Po co tak naprawdę zabieramy dzieci na wakacje? To pytanie nie daje mi spokoju

Fot. Limor Zeller Mayer / Unsplash x Canva

Po co zabieramy dzieci w wakacyjną podróż? Dla dziecka hotelowy basen i rzeka pełna kamyków mogą być atrakcją zupełnie tej samej wartości. I często najważniejszy jest czas, w którym leży się obok siebie na kocu i rozmawia - nieważne, czy na Bali, czy nad Bałtykiem, czy w ogródku babci. Z drugiej strony mamy tendencję, by z odpoczynku robić sobie bożka i gloryfikować leniuchowanie. Tylko jak to wpływa na dzieci?

W miniony weekend byliśmy na rekolekcjach naszej wspólnoty. Przywiozłam z nich jedno pytanie, które kołysze mi się w sercu w sposób szczególny teraz, gdy już na horyzoncie majaczy całkiem konkretna wizja rodzinnych wakacji. Na jednej z konferencji rekolekcjonista zauważył bowiem: wielu rodziców zabiera dziś swoje dzieci w dalekie podróże, ale po co to robią? Po to, by miały piękne wspomnienia? Czy tylko o te piękne wspomnienia w podróżowaniu ma chodzić?

DEON.PL POLECA



Zatrzymało mnie to pytanie. W gonitwie codzienności mało który rodzic się nad nim w ogóle zastanawia, a przecież postawienie go sobie otwiera bardzo ciekawą wychowawczą perspektywę. Po co zabieramy dzieci nad morze albo w góry? Jaki ma cel, założenie, ukryty sens nasze rodzinne podróżowanie? Czy w ogóle chcemy, by taka wyprawa była czymś więcej niż ładnym wspomnieniem w albumie ze zdjęciami (zakładając w ogóle, że ktoś je w ogóle wywoła i do nich po latach wraca)?

Zrobiłam szybką sondę w przedszkolnej szatni, gdy akurat rozmowy zeszły na temat wakacyjnych planów. Zakładając kapcie naszemu maluchowi dowiedziałam się, że Iksińscy lecą na urlop do Włoch, Ygrekowie jadą nad Bałtyk, a rodzina Zet przebąknęła coś o wyprawie na Bali. Na pytanie, po co wybierają się z dziećmi właśnie tam, odpowiedzi były zaskakująco zgodne: „żeby słońca dzieciaki zaznały”, „żeby odpoczęły”, „żeby popluskały się w ciepłym morzu”. Jasne, że te odpowiedzi niewiele mi mówiły o prawdziwych intencjach rodziców, ale jednak pokazały pierwszą myśl, najprostsze skojarzenie. Jakie?

Nie chodzi tylko o słońce. A pytanie o sens wakacyjnych podróży otwiera mi dwa wątki w głowie. Pierwszy dotyczy tego, jak mało zastanawiamy się nad tym, że podróżowanie z dziećmi może dawać o wiele więcej niż ciepłe słoneczko i okazję do leniuchowania. Każda podróż jest przecież szansą na spotkanie z Innym, na poszerzenie horyzontów, na posmakowanie różnorodności świata, na zaznanie samodzielności. Wystarczy chwila uwagi, by z wyjazdu, który miał być „tylko” wypoczynkiem, zrobić coś, co dziecko zapamięta nie ze względu na hotelowy basen, a ze względu na to, czego się tam nauczyło o świecie i o sobie. Tylko czy my w wychowaniu jeszcze w ogóle bierzemy pod uwagę „poszerzanie horyzontów” przez podróżowanie, skoro Internet umożliwia nam podglądanie niemal każdego zakątka świata i zdaje się oferować odpowiedzi na niemal każde pytania? Czy owo „poszerzanie horyzontów” jest jeszcze rzeczywiście na naszej, rodzicielskiej checkliście celów wychowawczych?

Coś więcej niż tylko o odpoczywanie. Druga myśl dotyczy z kolei tej swoistej gloryfikacji odpoczywania, w którym z leniuchowania robimy sobie bożka. I sama łapię się na tym, że jeśli swoje wewnętrzne refleksje dotyczące wizji wakacji sprowadzam wyłącznie do „wyjechać w Bieszczady, żeby odpocząć i nabrać sił”, to w jakiś sposób się zubażam. Już tłumaczę, co mam na myśli.

W dzieciństwie niemal każde wakacje spędzałam u babci na tak zwanej „służbie”. „Pojedziesz do babci, pomożesz dziadkom trochę w domu, w polu, pobędziesz trochę z nimi” – mówili mi rodzice. I kiedy wspominam tamte rozmowy, słyszę wyraźnie, jak inaczej postawiony był akcent, niż dzisiejsze: „Dziecko, masz wakacje, musisz odpocząć”. Bo przecież moja „służba” u babci w praktyce nigdy nie oznaczała żadnej harówy i wstawania o świtaniu, ale jednocześnie, jadąc do dziadków, byłam zawsze uwrażliwiana, by być dla innych pomocną i drugiego człowieka ciekawą. I ten ludzki, społeczny akcent był zawsze stawiany na pierwszym miejscu. Być może właśnie ta postawa moich rodziców ufundowała we mnie głębokie przekonanie, że praca, pomoc drugiemu człowiekowi i uważność na potrzeby innych - wcale nie muszą oznaczać orki na ugorze, a ja nie jestem tak wykończona rokiem szkolnym, bym nie mogła skosić trawy u babci w ogrodzie czy pomóc zbierać jabłek w sadzie . Zastanawiam się, czy w tym, co i jak mówię dziś do moich dzieci, one rzeczywiście słyszą, że w życiu chodzi o coś więcej niż tylko o odpoczywanie. Bo to „więcej” częściej niż rzadziej wymaga wysiłku.

I trzecia sprawa: pochwała nudy. Jest jeszcze jeden aspekt tych dywagacji, o którym pomyślałam, słuchając przedszkolnej giełdy planów wakacyjnych. Istnieje naprawdę realne ryzyko, że im więcej w wyjeździe zaplanowanych atrakcji, animacji, basenów z falami i wieczorków tematycznych, tym mniej miejsca zostaje na coś, co wcale nie wymaga ani Bali, ani Bałtyku, czyli na zwyczajny, niezagospodarowany czas, w którym z dzieckiem po prostu się jest.

Bo prawda jest taka, że dla dziecka hotelowy basen i rzeka pełna kamyków mogą być atrakcją zupełnie tej samej wartości. Do pewnego wieku nie o entourage chodzi, a o to, czy dziecko ma w ogóle szansę się ponudzić (to jedno) i czy ma przy tym kogoś, z kim tę nudę zamieni w czas spędzony razem (to drugie). Niekoniecznie twórczy, niekoniecznie pełen wymyślnych zabaw. Czas, w którym leży się obok siebie na kocu i się rozmawia. W którym tata po raz dziesiąty buduje fort z piasku, bo dziecku sprawia frajdę możliwość robienia coś razem, a jemu pozwala choć na chwilę oderwać się od trosk codzienności.

Dziś rozpraszaczy mamy coraz więcej i o nudę zrobiło się naprawdę trudno. Nie mam też złudzeń, że dla współczesnych dzieci półgodzinna obserwacja mrówki w naturze jest wyzwaniem na miarę treningu do sił specjalnych. Ale to nie znaczy, że nuda przestała być potrzebna. Znaczy tylko, że potrzebuje dziś więcej naszego świadomego starania. Sama nuda dziecka zostawionego z telefonem w pokoju hotelowym nie przemieni się w nic. Nuda dziecka, które ma przy sobie kogoś gotowego ją z nim przeżyć - może. Tylko znowu to pytanie, czy my w ogóle mamy w sobie zgodę na nudę i zwyczajnie przeżywany wspólny czas? Taki, którym nijak nie da się pochwalić w social mediach?

Nie wiem, dokąd pojedziecie tego lata i czy będzie to Bali, Bałtyk czy babciny ogród. Wiem tylko, że pytanie naszego rekolekcjonisty zostało we mnie i pewnie zostanie na długo: po co jeździmy w różne miejsca? Jaki jest sens naszych podróży? Nie odpowiem oczywiście za nikogo, ale myślę, że u progu wakacji warto chociaż raz, gdzieś między rezerwowaniem noclegu a pakowaniem walizek, zatrzymać się przy nim choć na chwilę.

DEON.PL POLECA


Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Po co tak naprawdę zabieramy dzieci na wakacje? To pytanie nie daje mi spokoju
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.