Przyjmuję sakramenty pomimo tego, że czuję paraliżujący lęk

zdj. ilustracyjne / fot. depositphotos.com

Zawsze zaskakują mnie tego typu wiadomości i dotykają głęboko... Gdy przeczytałam słowa: „pani jako jedyna w taki sposób porusza ten temat”, poczułam ogrom zaufania. O spowiedzi mówię w mediach społecznościowych od lat. O tym, jak przeżywam sakramenty, czym dla mnie są oraz o tym, jakie trudności pojawiają się na mojej duchowej drodze. Chyba to ostatnie budzi największe emocje. To, że jakaś świecka kobieta w Internecie nazywa „moje” uczucia, lęki, zranienia, wątpliwości. Często też jest jedyną osobą, którą „znam”, która w ogóle taki temat porusza. Co to mówi o nas, jako Kościele? Nie wiem… Dlaczego jest tak, że nie mamy obok siebie innych wierzących, z którymi możemy swobodnie na takie tematy rozmawiać? A może oni są, tylko ich po prostu nie widzimy?

Gdy myślę o swojej własnej duchowej drodze i o wszystkich historiach, które usłyszałam na przestrzeni ostatnich lat, widzę, że ogromnym ciężarem jest zarówno samotność, jak i poczucie bycie wybrakowanym katolikiem. To poczucie, że tylko ja tak mam – ja się boję, wstydzę, nie umiem się dobrze przygotować, wypowiedzieć – a inni radzą sobie z tym bez problemu. Czy aby na pewno? Moje doświadczenie rozmów z ludźmi pokazuje, że jest wręcz odwrotnie. Znam bardzo wiele osób, które skrzywdzone w konfesjonale niedojrzałością spowiednika, tak bardzo boją się wrócić do spowiedzi, że odkładają sakrament na potem – które trwa latami i choć pragnienie spowiedzi wraca, lęk okazuje się być silniejszy. Znam też takich, którzy nie doświadczyli krzywdy od księdza, ale od najbliższych, którzy straszyli ich Bogiem. Sędzią, który w wielkiej księdze zapisuje każdy najmniejszy błąd, po to by nas za niego surowo ukarać i rozliczyć. Spowiedź staje się wtedy traumą, bo jak z otwartym sercem iść do kogoś, kto czeka na ciebie wyłącznie z naganą? Znam też osoby, które dają sobie wmawiać kłamstwo, że są tak złymi ludźmi, że Bóg na pewno im nie przebaczy, a samo wypowiedzenie na głos swoich grzechów jest tak wstydliwe, że lęk przed oceną, odrzuceniem i potępieniem jest silniejszy. Tymczasem w konfesjonale wcale nie czeka na nas surowy sędzia, ale Ojciec pełen tęsknoty i miłości.

Wiadomość, która dotarła do mnie kilka dni temu zawierała proste pytanie: jak przestać się bać? I choć pytanie jest proste, odpowiedź wcale już taka nie jest. Wszak ile ludzi, tyle lęków. I każdy z nich może mieć inne źródło, więc – podobnie jak w medycynie – na każdy z nich warto byłoby przyjąć inne lekarstwo. Sama nie spotkałam się nigdy z publikacją, która tłumaczyłaby to, jak pokonać taki lęk, która była by zwykłym ludzkim wsparciem na tej wyboistej drodze.

Nauczyłam się mówić głośno „boję się. Wstydzę się powiedzieć o tym głośno” itd. Spowiednicy najczęściej reagują empatią, wsparciem, cichym towarzyszeniem. Jeśli mają choć odrobinę dojrzałości, wiedzą przecież jak smakuje ten wstyd i lęk – sami go przecież doświadczają, gdy klękają przy konfesjonale jako penitenci. Tyle, że my boimy się nazwać swój lęk, bo co sobie ksiądz pomyśli? A co jeśli pomyśli, że chce ci pomóc? Co jeśli zrozumie i po prostu przyjmie? Może warto zaufać i spróbować?

Zapytałam w jednym z wpisów w moich mediach społecznościowych o „patenty” na lęk. Jedna z wiadomości, które otrzymałam była też bardzo o mnie i o tym, co robię, by wracać pomimo oporów i całej palety trudnych uczuć. „Miałam w sobie ogromnie dużo lęku przed spowiedzią. Paraliżującego lęku, takiego, który mnie momentami zamrażał, odcinał, krzyczał uciekaj. Co mi pomagało to uświadamianie sobie do Kogo idę. I celowo piszę z dużej litery, bo mam tu na myśli Tego, który jest nieskończonym Miłosierdziem”. Ta odpowiedź jest mi niezwykle bliska – od dawna mam tę świadomość, że jestem w Kościele nie tylko ze względu na ludzi, ale na Boga – Jego sakramenty i to w jaki sposób mogę Go w Kościele poznawać i doświadczać. To dodaje mi siły wtedy, gdy czuję paraliżujący lęk…

Potrzebuję Kościoła i sakramentów, ale też drugiego człowieka. Lęki, przeszkody, wątpliwości i poczucie głębokiego osamotnienia będą pojawiać się pewnie jeszcze nie raz. Mimo to wiem, że warto. Doświadczyłam, że smutek zmienia się w radość. Lęk w zaufanie. Pusta w światło. Samotność w bliskość, a wstyd w otulenie. Trzeba jednak nauczyć się działać pomimo lęku i dziś wiem, że jest to sztuka, której uczymy się całe życie…

DEON.PL POLECA

DEON.PL POLECA

Z wykształcenia pedagog i doradca rodzinny. Z wyboru żona, matka dwóch synów. Nie potrafi żyć bez kawy i dobrej książki. Autorka książki "Doskonała. Przewodnik dla nieperfekcyjnych kobiet". Prowadzi bloga oraz Instagram.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Przyjmuję sakramenty pomimo tego, że czuję paraliżujący lęk
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.