Przyjmuję sakramenty pomimo tego, że czuję paraliżujący lęk
Zawsze zaskakują mnie tego typu wiadomości i dotykają głęboko... Gdy przeczytałam słowa: „pani jako jedyna w taki sposób porusza ten temat”, poczułam ogrom zaufania. O spowiedzi mówię w mediach społecznościowych od lat. O tym, jak przeżywam sakramenty, czym dla mnie są oraz o tym, jakie trudności pojawiają się na mojej duchowej drodze. Chyba to ostatnie budzi największe emocje. To, że jakaś świecka kobieta w Internecie nazywa „moje” uczucia, lęki, zranienia, wątpliwości. Często też jest jedyną osobą, którą „znam”, która w ogóle taki temat porusza. Co to mówi o nas, jako Kościele? Nie wiem… Dlaczego jest tak, że nie mamy obok siebie innych wierzących, z którymi możemy swobodnie na takie tematy rozmawiać? A może oni są, tylko ich po prostu nie widzimy?
Wiadomość, która dotarła do mnie kilka dni temu zawierała proste pytanie: jak przestać się bać? I choć pytanie jest proste, odpowiedź wcale już taka nie jest. Wszak ile ludzi, tyle lęków. I każdy z nich może mieć inne źródło, więc – podobnie jak w medycynie – na każdy z nich warto byłoby przyjąć inne lekarstwo. Sama nie spotkałam się nigdy z publikacją, która tłumaczyłaby to, jak pokonać taki lęk, która była by zwykłym ludzkim wsparciem na tej wyboistej drodze.
Nauczyłam się mówić głośno „boję się. Wstydzę się powiedzieć o tym głośno” itd. Spowiednicy najczęściej reagują empatią, wsparciem, cichym towarzyszeniem. Jeśli mają choć odrobinę dojrzałości, wiedzą przecież jak smakuje ten wstyd i lęk – sami go przecież doświadczają, gdy klękają przy konfesjonale jako penitenci. Tyle, że my boimy się nazwać swój lęk, bo co sobie ksiądz pomyśli? A co jeśli pomyśli, że chce ci pomóc? Co jeśli zrozumie i po prostu przyjmie? Może warto zaufać i spróbować?
Zapytałam w jednym z wpisów w moich mediach społecznościowych o „patenty” na lęk. Jedna z wiadomości, które otrzymałam była też bardzo o mnie i o tym, co robię, by wracać pomimo oporów i całej palety trudnych uczuć. „Miałam w sobie ogromnie dużo lęku przed spowiedzią. Paraliżującego lęku, takiego, który mnie momentami zamrażał, odcinał, krzyczał uciekaj. Co mi pomagało to uświadamianie sobie do Kogo idę. I celowo piszę z dużej litery, bo mam tu na myśli Tego, który jest nieskończonym Miłosierdziem”. Ta odpowiedź jest mi niezwykle bliska – od dawna mam tę świadomość, że jestem w Kościele nie tylko ze względu na ludzi, ale na Boga – Jego sakramenty i to w jaki sposób mogę Go w Kościele poznawać i doświadczać. To dodaje mi siły wtedy, gdy czuję paraliżujący lęk…
Potrzebuję Kościoła i sakramentów, ale też drugiego człowieka. Lęki, przeszkody, wątpliwości i poczucie głębokiego osamotnienia będą pojawiać się pewnie jeszcze nie raz. Mimo to wiem, że warto. Doświadczyłam, że smutek zmienia się w radość. Lęk w zaufanie. Pusta w światło. Samotność w bliskość, a wstyd w otulenie. Trzeba jednak nauczyć się działać pomimo lęku i dziś wiem, że jest to sztuka, której uczymy się całe życie…


Skomentuj artykuł