Ślepi na dobro i mroczna wizja świata
Wciąż podgrzewana w przestrzeni publicznej kłótliwość produkuje zastępy ślepców, którzy twierdzą, że widzą lepiej niż inni, a tymczasem „własna złość ich zaślepiła” (Mdr 2,21b). Ich świat jest pełen wrogów i zagrożeń, spisków i pułapek, gdzie każdy gest otwartości i hojności jest podejrzany, gdzie każda życzliwość i dobry czyn budzą nieufność. To nigdy nie był mój świat.
Dziś nie brakuje ślepców. Otaczają się murem. Gdy stają się przewodnikami ludzi, zarażają innych ślepotą. Przekonują, że ich ciemny, urojony świat jest tym prawdziwym, tym jedynym? Czy da się przywrócić im wzrok, by dostrzegli poranek i wschodzące słońce, by przestali otaczać się mrokiem?
Niektórzy boją się przejrzeć na oczy, bo musieliby przyznać, że ich świat był kłamstwem. Takimi ślepcami w czasach Jezusa byli faryzeusze. Nie widzieli w Jezusie zwiastuna dobrej nowiny, lecz zagrożenie. Jego bezinteresowna dobroć, głoszona nadzieja, miłość większa od prawa, nie mieściły się w świecie stworzonym przez faryzeuszów.
Nierzadko słyszą z ust katolików: Nikomu nie można ufać, każdy chce nas wykorzystać, dookoła jest pełno zdrajców, obcy człowiek to terrorysta, sąsiedzi chcą nas zniszczyć. To wizja ślepca, który nie dostrzega dobra w drugim człowieku. Taki świat opisuje portugalski pisarz José Saramago w powieści „Miasto ślepców”. Wszyscy tracą wzrok. Ulice i sklepy opanowuje chaos. Jest jednak iskierka nadziei w tym mrocznym świecie – jedna osoba nadal widzi. Czy się ujawni? Zachęcam do lektury.
Brakuje dziś wizjonerów, którzy mimo toczących się wojen, rozpoznają na horyzoncie wschodzące słońce. Potrzebujemy ludzi, którzy dadzą nam poczucie bezpieczeństwa, przy których moglibyśmy oddychać pełną piersią, którzy nas zapewnią, że będzie dobrze, że Bóg nad wszystkim czuwa. Nieprawda, że wszędzie czyhają na nas oszuści, że każda wyciągnięta dłoń może okazać się próbą manipulacji, a każde dobre słowo podstępem. Co będzie z naszym chrześcijaństwem, jeśli będziemy doszukiwali się we wszystkim drugiego dna. Tak być nie może.
Człowiek, który karmi się wyłącznie wiadomościami o wojnach, katastrofach, przestępstwach i teoriach spiskowych ryzykuje ślepotą. W jego oczach świat staje się dżunglą, w której obcy tylko czekają, by odebrać mu wiarę, tradycję i majątek. Nie dostrzega ludzkiej dobroci, a tym bardziej miłości, bo jest zajęty walką ze swoimi urojeniami. Jest przesiąknięty lękiem i agresją. Wylewa żółć w internecie czy przy rodzinnym stole. Wciąga innych w mroczną wizję świata.
Taki ślepiec myśli, że jest jedynym, który widzi „prawdę” o złym świecie. Ale on nie widzi świata – on widzi tylko swój własny strach. Zmartwychwstały Jezus nie przychodzi, by go wyśmiać, czy osądzać, ale by wziąć go za rękę i wyprowadzić na światło dzienne z tego bunkra, z tej nory, z tej jaskini. Bo w świetle poranka obok zła istnieje potężne dobro.
W świecie ślepców ten, kto widzi kolory i słońce, jest wykluczany lub uważany za naiwnego optymistę. Ślepcy z lęku tworzą wspólnoty oparte na wspólnym wrogu. Zdarza się, że ktoś, kto mówi: „Spójrz, ci ludzie chcą ci pomóc”, zostaje okrzyknięty zdrajcą lub głupcem. Dla kogoś, kto zbudował całą swoją tożsamość na byciu „ofiarą złego świata”, nadzieja jest przerażająca. Jeśli świat nie jest tak zły, jak myślał, to oznaczałoby, że zmarnował lata na nienawiść i chowanie się w bunkrze. Łatwiej jest więc zanegować światło i pozostać w mroku, niż przyznać się do błędu.
Jezus, przychodząc z Dobrą Nowiną, został przez wielu faryzeuszów odrzucony właśnie dlatego, że ich „ciemny świat” czuł się zagrożony przez światło Ewangelii. Taka ślepota staje się pancerzem, którego nie da się przebić argumentami – może go rozbić tylko autentyczna miłość. Miłość, w której nie ma lęku.
Przykład takiej miłości odnajdujemy w postaci księcia Myszkina z powieści „Idiota” Fiodora Dostojewskiego. Myszkin patrzy na świat z dziecięcą ufnością. Wchodzi w środowisko petersburskich elit, rządzonych przez cynizm, chciwość, lęk przed ośmieszeniem i wzajemną nienawiść. Ludzie ci żyją w urojonym świecie zagrożeń. Są przekonani, że każdy chce ich wykorzystać, a miłość to tylko jedna z form posiadania lub upokorzenia. Ich serca są zimne i nieufne. Kiedy pojawia się Myszkin ze swoją prostotą i dobrocią, otoczenie reaguje na niego agresją lub kpiną. Nazywają go idiotą, bo w ich świecie ktoś, kto nie spiskuje i ufa bezgranicznie, musi być upośledzony. Jego pogodne podejście do wszystkiego jest dla nich niezrozumiałe i drażniące – jak światło, które razi ich chore oczy. Myszkin nie obraża się. Jest w stanie dostrzec w tych zakłamanych ludziach jakieś ukryte dobro. Kocha ich, mimo że go ranią. Nie próbuje ich przegadać argumentami – on po prostu przy nich jest i szczerze im współczuje. W postawie Myszkina nie ma cienia lęku przed złem, jest tylko czysta, nieraz bolesna miłość. Niewielu zobaczy w takim człowieku proroka. Większość okrzyknie go idiotą. Czy taki los czeka dziś każdego, kto patrzy z optymizmem w przyszłość?
Trudno oczywiście wymagać od ludzi, którzy doświadczają okrucieństwa wojny i cierpią z powodu niesprawiedliwości, by nie tracili pogodnego oblicza i ufnego spojrzenia. Potrzebują jednak kogoś, kto patrzy poza horyzont i przypomina im słowa Jezusa: nie trwóżcie się (Mk 13,7) i nie traćcie nadziei. Nie dajmy się zwieść możnym tego świata, którzy chcą, abyśmy się nawzajem zabijali. Po burzy przychodzi tęcza, która przypomina, że ostatnie słowo należy do miłującego nas Boga. Mrok grobu nie zgasi światła Zmartwychwstania.
Skomentuj artykuł