Wulgaryzmy i szyderstwa obnażają hipokryzję kultury. Czy tego właśnie chcemy wokół siebie?
Czy to, co mówimy, pomaga drugiemu człowiekowi, czy go osłabia? Codzienne eksponowanie ironii, wulgaryzmu i szyderstwa w otaczającej nas przestrzeni szybko staje się częścią kultury i obezwładnia nas siłą inercji. Skąd się bierze ta powszechna gotowości do oswajania wulgaryzmów i akceptowania "gwiazdek" z intencją, że jak się brzydkie słowo nieco zasłoni, to można uznać, że problem zniknął?
Do parafii „serca”, do której zazwyczaj jeździmy co tydzień na niedzielne Eucharystie, prowadzi nas droga niemal przez całe miasto. Spędzamy więc w samochodzie prawie godzinę, prowadząc mniej lub bardziej interesujące rodzinne rozmowy. Gdy ostatnio wracaliśmy z Mszy, moją uwagę przykuł pewien billboard. Co gorsza przykuł też uwagę naszego siedmiolatka, dla którego żaden napis nie ma już tajemnic. I który z wyraźnym zaciekawieniem zapytał: „Mamusiu: a co to znaczy „piep*zyć Mickiewicza”?
W samochodzie na moment zapadła krępująca cisza. Na moment, bo przecież nie jest tak, że z wulgaryzmami się nie spotykamy. Ale też jedną z cech, którą szczerze podziwiam w moich starszych dzieciach jest to, że (przynajmniej przy nas) nie używają „brzydkich słów”. Nawet w największych emocjach i przy kłótniach między rodzeństwem, które bywają już epickie, nie zdarza im się „przeklnąć”. Nie mam przy tym złudzeń, że brzydkie słownictwo mają opanowane, bo spędzam wystarczająco dużo czasu na szkolnym korytarzu, żeby wiedzieć, jakiego słownictwa używają dziś dzieci. Cisza w samochodzie zapadła, bo siedmioletni Iwanek przeczytał na głos coś, czego nie mógł zrozumieć, a mnie uderzyła ironia tej sytuacji i potrzebowałam chwili, by się zastanowić nad dobrą odpowiedzią.
Ten moment obnażył hipokryzję kultury
Pytanie naszego dziecka to nie była przecież żadna prowokacja ani podstępna zagrywka starszego brata, który podpuścił młodszego, by wpadł w kłopotliwą sytuację. To był po prostu moment, który obnażył hipokryzję współczesnej kultury. Gwiazdka zasłaniała jedną literę („Piepr*zyc”). Wystarczająco mało, by wszystko było jasne. Wystarczająco dużo, by można było udawać, że to nie wulgarność. Ot, taki malutki, grzeczny, poprawny politycznie i funkcjonalny znak. Kolejny dowód naszej powszechnej gotowości do oswajania brzydoty i akceptacji, że jak się coś choć nieco zasłoni, to można uznać, że problem zniknął. Przecież „to tylko trochę przekory, tylko żart, tylko taki język młodzieży…”.
Starsza pani i jej nietypowy "przecinek"
Każdy billboard działa trochę jak tablica rejestracyjna - niesie rzeczową informację i z założenia ma być komunikatywny dla wszystkich. I ten billboard rzeczywiście był komunikatywny, i to nad wyraz skutecznie. Choć nie mam pojęcia (ani tym bardziej nie poczułam się zachęcona, by się dowiedzieć), o czym jest ten film (numer trzy przy tytule zasugerował, że ta "epopeja" trwa już co najmniej trzy sezony), to zatrzymała mnie myśl, co długofalowo robi z nami taka bezrefleksyjna akceptacja języka kpiny i szyderstwa w naszym społeczeństwie. Przypomniała mi się też - zabawna skądinąd – scenka rodzajowa, której byłam kiedyś świadkiem. Na przystanku stały dwie starsze panie i dość głośno ze sobą rozmawiały. Temat był frapujący, bo dyskutowały o współczesnej młodzieży i jej wychowaniu. W pewnym momencie jedna z pań zaczęła perorować: „No, pani Krysiu, k…, niech sobie pani, k…, wyobrazi, że ten mój Januszek, k…., ten mój najmłodszy z wnuków, k…, wie pani który, to strasznie, k…, ale to strasznie przeklina!”. Przyznam, że trudno było zachować powagę w obliczu takiego dictum, ale jednocześnie nieco przerażające było to, że starsza pani używała słowa powszechnie uznawanego za obelżywe zupełnie bezrefleksyjnie. Niczym przecinka albo pauzy.
Ważyć słowa, pielęgnować uprzejmość, czyli nie szydzić i nie kląć...
Może więc, idąc za wezwaniem papieża Leona XIV, warto zmierzyć się w sercu i z takim pytaniem, czy codzienne eksponowanie ironii, wulgaryzmu i szyderstwa w otaczającej nas przestrzeni nie staje się częścią naszej kultury, która nas obezwładnia siłą inercji? Czy nie jest tak, że kiedy język traci ciężar, traci też zdolność do rozróżniania dobra od zła? Dudni mi w tyle głowy papieskie wezwanie z orędzia na Wielki Post, żebyśmy uczyli się w tym czasie z powrotem: "ważyć słowa i pielęgnować uprzejmość…”. Biorę je sobie za rzeczywistą wskazówkę, bo myślę, że trafnie papież diagnozuje: "Wtedy wiele słów nienawiści ustąpi miejsca słowom nadziei i pokoju". Proste, a jednak tak trudne w realizacji, gdy się za to zabieramy w praktyce.
Czy to, co mówię, pomaga drugiej osobie, czy ją osłabia?
Myślę, że post od słów raniących naszych bliźnich nie jest tylko o języku, który wypowiadamy podczas emocji, ale o języku kultury, która kształtuje naszą komunikację. Często to, co przyjmujemy jako zabawę albo lekki dowcip, w dłuższej perspektywie staje się fundamentem tego, co uważamy za normalne. W tym sensie elementem naszego nawrócenia jest więc też moment zatrzymania się i uruchomienie wyobraźni, zanim cokolwiek wyartykułujemy na głos, czy to, co mówię, pomaga drugiemu człowiekowi, czy go osłabia, czy użycie "gwiazdki", mrugnięcia okiem, skrótu nie utwierdzi w kimś przyzwolenia na bylejakość.
Od tego, jak mówimy, świat staje się lepszy
"Słowo Boże jest większe niż gwiazdka, nawet ta najbardziej krzykliwa" – pomyślałam tamtej niedzieli w samochodzie. I po raz n-ty w historii swojego macierzyństwa powtórzyłam na głos: "Dziecko, to słowo, nawet z gwiazdką, należy do tych tzw. brzydkich. A skoro mówimy, że są „brzydkie słowa”, a chcemy, żeby świat był piękniejszy, to dbajmy o to, by opisywać go i komunikować się z nim w jak najładniejszy sposób. Od tego jak mówimy, świat staje się realnie lepszy. A panowanie nad własnym językiem nie wymaga szczególnych supermocy. No, może tylko … myślenia, wrażliwości i nieco dobrej woli. Wierzę, że ty masz tych cech pod dostatkiem i będziesz potrafił być prawdziwym językowym ninją". Świata nie zmienimy, ale to, jak my się wyrażamy - to może być nasz wkład w głoszenie dobrej nowiny. Bez gwiazdek, bez ironii, bez hipokryzji.
Skomentuj artykuł