Złe dzieci, źli rodzice, źli nauczyciele. Czy ktoś jeszcze pamięta, po co jest szkoła?

Zdjęcie ilustracyjne. Fot. Depositphotos

Tegoroczny Dzień Edukacji Narodowej przypada kilka dni po atakach uczniów w polskich szkołach i dniu, który ochrzczono mianem „krwawego piątku”. Były dyskusje, medialne komentarze, a wraz z nimi powrócił spór o to, kto jest winny – dzieci, rodzice czy nauczyciele. To kolejna odsłona niekończących się potyczek między rodzicami a nauczycielami. Tylko czy w tej walce o rację nie zatraca się najważniejsze – dobro dziecka?

W związku z wydarzeniami z ostatnich dni, kiedy z powodu gróźb ataków w polskich szkołach niektóre placówki postanowiły odwołać zajęcia, a niejeden rodzic zdecydował się nie wysyłać dziecka do szkoły, w sieci i nie tylko zapanowała moda na szukanie winnych. Można było spotkać się z opiniami, które w uproszczeniu sprowadzają się do tezy, że to wina telefonów, gier komputerowych i uzależnienia od nowych technologii. Z jednej strony zarzuty kierowano wobec rodziców, wskazując na ich zaniedbania i dzisiejsze metody wychowawcze. Z drugiej pojawiały się pretensje wobec polskiego szkolnictwa, które zdaniem komentujących powinno lepiej zadbać o dobrostan psychiczny młodego pokolenia i zwracać uwagę na niepokojące sygnały.

DEON.PL POLECA



Boimy się młodych czy boimy się o młodych?

Debata w dużej mierze skupiła się na budowaniu atmosfery strachu i przerzucaniu winy za przemoc wśród dzieci i młodzieży. Natomiast w niewielkim stopniu z tych dyskusji przebijała się troska o młode pokolenie oraz zainteresowanie tym, co leży u podstaw niebezpiecznych zachowań młodych ludzi. W tej kwestii bardzo dosadnie wypowiedział się abp Adrian Galbas: "Z powodu tego, co dzieje się ostatnio w naszym kraju, można mieć takie wrażenie, że się boimy młodych" – zauważył. Wskazał jednocześnie, że lęk przed młodym pokoleniem nie jest rozwiązaniem problemu: "Chodzi o to, bracia i siostry, byśmy się bali o młodych. Wszyscy: rodzice, Kościół, szkoła, państwo. Byśmy się bali o młodych, byśmy się o nich troszczyli, byśmy byli uważni na nich, byśmy chcieli dotrzeć tam, gdzie widzimy, że przeżywają swoją samotność i z tego powodu cierpią. Jeśli wyjdziemy do młodych ludzi z miłością, oni nie wyjdą do nikogo z nożem".

Za decyzją dziecka czy nastolatka o zaatakowaniu kolegów lub pracowników szkoły mogą kryć się problemy różnej natury, których dorośli wcześniej nie dostrzegli. Trudności w radzeniu sobie z emocjami, samotność czy doświadczenie przemocy to tylko niektóre z kwestii, których nie powinniśmy bagatelizować. Jednak zamiast spoglądać w stronę dzieci, my dalej patrzymy na dorosłych – rodziców, nauczycieli i polityków, wskazując winnych kondycji młodego pokolenia. Podyskutujemy, przedstawimy argumenty na potwierdzenie własnej racji, rodzic będzie bronił rodziców, nauczyciel stanie po stronie nauczycieli, a łatwo zapomnieć, że system edukacji jest po to, by rodzice i nauczyciele razem stawali po stronie dzieci – ich właściwego rozwoju, kondycji psychicznej i fizycznej oraz przyszłości, która jest także przyszłością nas wszystkich.

Nie jest to zatem kolejny tekst, w którym wskazuję winnych przemocy wśród dzieci i młodzieży, ale raczej próba refleksji nad tym, czy aby na pewno nasza uwaga skupia się na problemach młodego pokolenia, a nie na nas samych, obronie własnej grupy przed zarzutami i odbijaniu piłeczki między rodzicami a nauczycielami.

Każdy broni swojej racji. A kto pamięta o dziecku?

Ten trwający od lat pojedynek sprowadza się do tego, że wielu z nas, zamiast spojrzeć obiektywnie na stan rzeczy, okopuje się na swoich stanowiskach i odpiera wszelkie argumenty, które uznaje za podważanie własnych kompetencji wychowawczych. W konsekwencji, zamiast słuchać siebie nawzajem ze wspólną troską o dobro młodego pokolenia, łatwiej nam żyć w bańce własnego otoczenia – bez krytyki, rzetelnej dyskusji i zastanowienia się, czy aby na pewno odpowiedzialność za problemy w jakimś stopniu nie leży także po naszej stronie.

DEON.PL POLECA

W praktyce łatwiej jest powiedzieć: "To wina dzisiejszych rodziców" lub "Wszystko przez tych nauczycieli". Możemy tak przerzucać się winą za dzisiejszą kondycję dzieci i młodzieży, myśląc, że zajmujemy się ich problemami. Jednak samo mówienie i wskazywanie winnych ich nie rozwiąże. Tak ta potyczka trwa od lat. A kiedy na własne oczy dostrzegamy poważne konsekwencje odwracania wzroku od istoty problemu, zamiast szukać porozumienia i dążyć do wspólnego dobra, po raz kolejny zaczynamy budować mur.

Dawne doświadczenia, dzisiejsze podziały

Stawanie po przeciwnych stronach barykady ma również swoje korzenie w osobistych doświadczeniach ludzi odpowiedzialnych za wychowanie młodego pokolenia. Z jednej strony mamy rodziców czy dziadków, którzy w swoich czasach zetknęli się z zupełnie innym niż dzisiaj podejściem nauczycieli, a więc z tzw. twardą ręką. Mówiło się przecież, że "nauczyciel ma rację nawet wtedy, gdy jej nie ma". Niejeden rodzic czy dziadek zakończył edukację z przekonaniem, że bywał niesprawiedliwie traktowany właśnie dlatego, że zdanie pedagoga było najważniejsze. W podobnym przekonaniu funkcjonowali też ówcześni rodzice, którzy nierzadko stawali po stronie nauczyciela, a nie własnego dziecka. Być może nie za bardzo mieli wyjście. Słyszy się, że "takie były czasy".

Jednak uczniowie z tamtych lat – dzisiejsi rodzice czy dziadkowie – bazują na swoich doświadczeniach i niejednokrotnie decydują się stawać po stronie własnych dzieci, a nie obcego człowieka, którym jest dla nich nauczyciel. Bywa, że nie biorą nawet pod uwagę zdania pracowników szkoły i bezgranicznie ufają dzieciom, ponieważ pamiętają czasy, gdy ich rodzice bagatelizowali ich zdanie, a bezkrytycznie przyjmowali słowa nauczyciela. W ten sposób, kierując się własnymi przykrymi wspomnieniami, łatwo popaść w skrajność i traktować każdego nauczyciela z dystansem, niemal jak przeciwnika i konkurenta w wychowaniu własnych dzieci.

Z drugiej strony niejeden nauczyciel odbiera uwagi i sugestie rodziców dotyczące swojej postawy, a także ich próby obrony dziecka jako ingerencję we własne kompetencje i podważanie autorytetu. Łatwo wówczas zapomnieć, że to rodzic jest pierwszym i najważniejszym wychowawcą dziecka, a samych rodziców zacząć traktować jak roszczeniową grupę, która tylko czeka, by wbić szpilę systemowi edukacji i nauczycielom.

Szkoła nie może być polem bitwy dorosłych

Kto rozmawiał z nauczycielami i rodzicami dzieci w wieku szkolnym, ten wie, że rozmowa o problemach wychowawczych często kończy się wzajemną krytyką i zrzucaniem winy – czy to na rodziców, czy na nauczycieli. Możemy tak przerzucać się odpowiedzialnością w nieskończoność, ale jeśli zamiast bronić własnych racji, nie zwrócimy się wspólnie w stronę dzieci i ich problemów, trudno oczekiwać poprawy sytuacji. Będziemy co jakiś czas rozmawiać o tym, co się stało i kto ponosi za to odpowiedzialność, a rozterki dzieci i młodzieży pozostaną niezauważone.

W Dniu Edukacji Narodowej warto zadać sobie pytania, które są kluczowe dla przyszłości naszego społeczeństwa: Czy pamiętamy jeszcze, czemu służy szkoła? Kto powinien być w centrum zainteresowania systemu edukacji – nauczyciel, rodzic czy jednak dziecko?

Dziennikarz i publicysta. Pisze o sprawach społecznych i wyzwaniach współczesnego świata. Ukończył z wyróżnieniem dziennikarstwo i komunikację społeczną oraz dziennikarstwo specjalistyczne i medioznawstwo na UPJPII w Krakowie. Laureat Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka (2026), nominowany do niej również w 2023 roku.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Złe dzieci, źli rodzice, źli nauczyciele. Czy ktoś jeszcze pamięta, po co jest szkoła?
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.