Zmiany personalne w parafiach to szansa na ożywczy deszcz
Przełom maja i czerwca to dla wielu katolików czas zmian. Przez ostatnich kilka tygodni wiele razy usłyszałam o tym, że jest komuś ciężko, bo jego/jej spowiednik zostaje przeniesiony do innej – odległej – parafii i w sercu zrodziła się pustka... To jednak nie będzie tekst o księżach i zmianach personalnych. To refleksja z głębi, o tym jak łatwo zatrzymać się w swoim życiu duchowym i ugrząźć jak w bagnie.
Zewnętrzne zmiany są, były i będą. Nie tylko w Kościele, ale też w codziennym życiu doświadczamy strat. Odchodzą nasi bliscy, przyjaciele (dosłownie, albo emocjonalnie...). Nasz świat się zmienia. Myślę o tym jak moja codzienność zmieniła się np. po śmierci mamy. Nie mieszkałyśmy razem, nie rozmawiałyśmy codziennie, ale – mimo to – życie bez niej jest inne. Dziś już mniej boli, ale ten brak jest nadal odczuwalny. Widzę w historiach, które ostatnio usłyszałam od ludzi jak ciężko jest nam się z tymi stratami pogodzić i jak łatwo wpaść wtedy w różne emocjonalne i duchowe pułapki...
Strata ma prawo boleć. Zmiana duszpasterza, do którego mieliśmy duże zaufanie, z którym czuliśmy się bezpiecznie i dzięki któremu nasza relacja z Bogiem była inna, może rodzić realny ból i nie jest to niczym złym. Ten ból warto przyjąć, przeżyć, zaopiekować się nim. Ktoś może się z tego śmiać, będąc jednak w środku Kościoła i rozmawiając z ludźmi, jakoś towarzysząc im w ich codzienności, widzę dwa ogromne zagrożenia i opłakane skutki nieutulonej straty.
Życie duchowe ze swojej natury jest dynamiczne, jak każda relacja... Przywiązując się do jednej formy, jednego kaznodziei i spowiednika, zamykamy się na inny „kanał” komunikacji z Bogiem. Noszę w sobie takie doświadczenie, że to, co kiedyś bardzo mnie karmiło i było życiodajne w mojej drodze duchowej, dziś już takie nie jest. Zmiany personalne w parafiach mają wiele minusów, ale tutaj widzę ich duży plus – nowy duszpasterz to nowa szansa, by nauczyć się przeżywać coś inaczej. Nie oceniajmy czy lepiej, czy gorzej. Czasem dopiero po jakimś czasie widzimy, że ta zmiana była nam bardzo potrzebna... Początkowo mogło nas coś odrzucać i razić, bo przecież mamy już swoje przyzwyczajenia, a ktoś robi i mówi inaczej... Trudno jest otworzyć się na pewne zmiany. Tutaj też warto dać sobie czas... Nazwać to, czego się obawiamy, co nam się nie podoba. Nie po to, by to ocenić, ale zobaczyć co jest dla mnie wartością, za czym tęskni moje serce. Czy aby na pewno pomaga mi to w relacji z Jezusem, czy jest tylko dobrze znaną, uklepaną formą? Wydmuszką. Czymś, co było i jest, więc tego nie ruszam, by się za bardzo nie wysilić. Tylko czy na tym można budować żywą relację?
Personalne roszady księży wpływają nie tylko na nasze życie wewnętrzne i burzenie tego, co znane w duchowej drodze. Widzę, że często rodzą też zwykłe ludzkie napięcia. Przychodzi odrzucenie. Nowy ksiądz z góry jest przegrany, bo nie jest w stanie doskoczyć do wysoko postawionej poprzeczki. Mniej (albo więcej!) się uśmiecha, inaczej spowiada, kazania dotyczą zupełnie innych przestrzeni, inaczej się ubiera, jest inny w codziennych kontaktach z parafianami. Znam pewną małą, wiejską parafię, gdzie ludzie tak mocno przywiązali się do poprzedniego proboszcza, że nowy ksiądz od dwóch lat próbuje przebić mur. Patrzę na tego kapłana z ogromnym współczuciem. Sama odbieram go jako dobrego, mądrego duszpasterza, ma bardzo mądre i życiowe kazania, bije od niego radość, ma świetny kontakt z dziećmi i młodzieżą. Mimo to ludzie nieustannie plotkują i wymyślają kolejne absurdalne opowieści na jego temat, szukają o co by się tylko przyczepić i zalewają go swoimi żalami. Beton. Mur. Odrzucenie. Bo nie jest taki jak poprzednik...
Dajmy sobie prawo do żalu i poczucia straty, ale niech one mają swoje granice... Może się wtedy okazać, że ta strata, która dziś tak bardzo boli przyniesie nam ożywczy deszcz. Nie tylko w relacji z Bogiem, ale też z samym sobą i ludźmi, których mamy obok. Zmiana może być nie tylko stratą, ale i szansą. Pozwólmy sobie na to, choćby na początku miało boleć...
Skomentuj artykuł