Czy Bogu naprawdę na nas zależy?
O Melchiorze Wańkowiczu, pisarzu i dziennikarzu, opowiada się taką anegdotę. Ponoć, gdy był jeszcze dzieckiem, zapytał ojca: „Tato, wujek Stefan uprawia warzywa i modli się o deszcz, a wujek Alfred uprawia zboże i modli się o słońce. Przecież tego nie da się pogodzić”. „Nie martw się, Melchiorku – odpowiedział ojciec. – Pan Bóg znajdzie sposób, by zaszkodzić i jednemu, i drugiemu”. To oczywiste, że historię tę należy odczytać z przymrużeniem oka. Ale czy nigdy nie zdarzyło się wam chwila wątpliwości co do tego, że Bogu rzeczywiście na was zależy i że nie chce wam zaszkodzić?
Pewnie najrozsądniej byłoby, gdybyśmy do tego tematu podeszli, rozpoczynając od pytania: niby dlaczego Bóg miałby nam szkodzić i co by na tym zyskał? Ale ponieważ problem nie tylko dotyczy samego Boga, ile sposobu, w jaki my, ludzie, nierzadko na niego patrzymy, rozpocznijmy od rzutu oka na historię.
Bogowie greccy byli zazdrośni i samolubni
Może jeszcze pamiętamy z czasów szkolnych grecką mitologię? Trochę wypadałoby pamiętać, bo kultura starożytnej Grecji to jest jeden z filarów naszej europejskiej kultury. Mitologię do kanonu lektur wprowadził profesor Parandowski i jeśli znamy greckie mity, to prawdopodobnie dzięki niemu. Niestety, jak wynika z lektury mitów, cała plejada przedstawionych w nich bóstw zachowywała się jak źle wychowana młodzież i sprawy nie ratowali tu nawet najpotężniejsi i najbardziej sędziwi przedstawiciele tego świata, na czele z najważniejszym, choć nieco niezrównoważonym Zeusem. Zazdrośni, podstępni, kochliwi, próżni - najlepiej było nie wchodzić im w drogę. Kiedy sami schodzili na ziemię, często wywoływali nieszczęścia. Ludzie przypatrywali im się dyskretnie, jak dziś przypatrujemy się rodzinom królewskim, które na nasze życie nie mają wielkiego wpływu, za to dostarczają nam nieco rozrywki - ale gdyby ich nie było, świat wcale nie toczyłby się inaczej. Cześć i ofiary składane tym bogom miały charakter “prezentów”, ofiarowanych po to, żeby albo coś otrzymać w zamian, albo żeby złagodzić ich gniew. Bo dla kapryśnych greckich bogów ludzie w ogóle mogliby nie istnieć. Nie interesowali się nimi, a w niektórych sytuacjach wręcz im przeszkadzali. Bogowie greccy żyli we własnym odizolowanym świecie, między sobą przeżywali radości i smutki, miłość i nienawiść - i to dlatego słowo „Olimp” stało się dziś symbolem wyizolowanego świata, zamkniętego przed innymi. A kto mieszka w „Olimpie”, ten nic nie wie o życiu.
Czym od nich różniły się bliższe nam bóstwa słowiańskie?
Bóstwa słowiańskie zasadniczo nie różniły się niczym od tych greckich. Może tylko nie mieliśmy tak rozbudowanej mitologii, no i ci byli „nasi”. Zresztą niewiele o tych bóstwach wiemy, a ich kulty, jeśli istniały, miały charakter lokalny, a wszystkie próby ich współczesnego odnowienia nie opierają się na niczym innym, jak tylko zwykłej fantazji współczesnych. Zresztą ponieważ nie było w panteonie pogańskim jednego boga, który byłby w stanie wszystko scalić, wszyscy wiedzieli, że bardziej i tak należy obawiać się lokalnych diabłów, którym z czasem, już w epoce chrześcijańskiej, nadano konkretne imiona: Rokita (tam, gdzie były bagna) albo Boruta (tam, gdzie rosły bory).
Przyjęcie chrześcijaństwa teoretycznie miało zmienić tę błędną perspektywę “dalekiego Boga”, który nie interesuje się losem świata. Bóg bliski, który objawił się w Jezusie i w nim też w niebywały sposób zaangażował się w losy ludzi, miał zmienić wszystko: nie tylko z ogólnym obrazem samego Boga, ale z sposobem, w jaki odnosimy się do niego. Boga chrześcijańskiego już nie trzeba było przekonywać do okazania łaski, bo jego miłość stała się klimatem życia, czymś powszednim. Pytanie, czy to się udało i czy głęboko w świadomości wciąż nie zostaliśmy… poganami? Anegdota o małym Melchiorze Wańkowiczu mimo wszystko ukazuje niewesołą prawdę.
Jaki jest prawdziwy Bóg?
Bogowie greccy kochali świat, w którym żyli – ostatecznie Olimp to także część naszego świata. Zachowywali się jednak trochę tak, jakby zatrzymali się w połowie szóstego dnia stworzenia, zanim jeszcze pojawił się człowiek. Żyli we własnym świecie, a ludzie dla nich w sumie mogliby nie istnieć. „Nasi” słowiańscy bogowie byli niewiele lepsi, bo ludzie w ich rękach byli zabawką i igraszką. Tymczasem człowiek zawsze poszukiwał i tęsknił za takim Bogiem, który by go szanował i kochał. I co ciekawe, tak było od samego początku, od chwili stworzenia, ale człowiek potrzebował tysięcy lat, aby takiego – czyli prawdziwego – Boga poznać.
Dlaczego Bóg stworzył człowieka?
Księga Rodzaju rozpoczyna się od opisu stworzenia świata: Bóg pracowicie spędził pierwsze sześć dni, po kolei wymyślając poszczególne elementy kosmosu, a potem elementy samej ziemi i zachwycając się swym dziełem, a w końcu – szóstego dnia – stworzył człowieka. Zanim przystąpił do pracy, powiedział „sam do siebie” (co w kontekście Trójcy nabiera zupełnie wyjątkowego znaczenia): „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem…” (Rdz 1, 26). Zależało mu więc, aby był to ktoś, kto myśli podobnie jak Bóg, kto podobnie działa i podobnie czuje. Zależało mu, aby ktoś taki zamieszkał na ziemi i wziął ją w opiekę. Tym samym, w momencie, gdy przystąpił do stwarzania człowieka, ujawnia fakt, że cała praca poprzednich dni wykonana została dla człowieka – aby ten nie był bezdomny w kosmosie, ale aby miał gdzie mieszkać.
Wciąż jednak nie wiemy, dlaczego to zrobił? Odpowiedź uzyskujemy dopiero w fakcie Wcielenia, w Jezusie, który nie tylko że pojawił się, aby wszystko, co od czasów dzieła stworzenia się zepsuło, naprawić, ale aby dokonać tego jako Nowy Człowiek. Pięknie opisuje to św. Ignacy Loyola w rozmyślaniu o Wcieleniu: każe nam wyobrazić sobie napiętnowaną przez grzech ludzkość, a następnie przenieść się przed tron Boży, aby usłyszeć rozmowę Trójcy, która decyduje o Wcieleniu, ponieważ Bogu zależy na zbawieniu człowieka, a nie na jego zgubie (CD, 101-109). Bóg od samego początku chciał mieć w człowieku partnera, z którym mógłby spędzić całą wieczność.
Aż do końca świata Bóg jest “w drodze”
Nieocenionym skarbem dla nas, którzy szukamy odpowiedzi na pytanie, jaki jest Bóg, są Jezusowe przypowieści. Każda z nich mówi coś o Bogu, ale do najpiękniejszych i niosących najwięcej nadziei należy ta o zabłąkanej owcy i Dobrym Pasterzu. Pokazuje ona relację miłości i niepokoju o los owiec, oraz fakt, że Bóg nigdy nie rezygnuje z żadnej z nich, a gdy będzie trzeba, wyruszy na jej poszukiwanie. „Zagubiona owca” to wciąż jest „jego owca”, a on nie może pogodzić się z jej stratą, tym bardziej, że Chrystus-Pasterz nie tylko martwi się o jej los (znalazła się w prawdziwym niebezpieczeństwie), ale także wczuwając się w jej sytuację, wyobraża sobie, co ta zagubiona w tej sytuacji czuje.
Ta przypowieść najlepiej pokazuje relację Boga do człowieka i jego problemów, nawet tych, w które sam się wplątał i które są prostą konsekwencją jego postępowania. W odróżnieniu od wszystkich innych wcześniejszych przykładów – bóstw greckich czy słowiańskich – relacja z Bogiem chrześcijan opiera się na uczuciu miłości, a to wprowadza zupełnie nowe reguły postępowania.
Jednak coś w nas zostało z poganina
Mimo jasnego przekazu Ewangelii – bo przypowieść o Dobrym Pasterzu to nie jest jedyny dowód Bożej miłości – człowiek wciąż pozostaje nieco podejrzliwy wobec Boga. Wykorzystał to diabeł podczas kuszenia Ewy i wciąż to wykorzystuje, a anegdoty, jak ta przytoczona na początku, są tylko tego przykładem. Czasami boimy się coś „źle” powiedzieć na modlitwie albo jeszcze gorzej – czegoś nie dopowiedzieć, żebyśmy nie zostali źle zrozumiani. Ostatecznie w ogóle boimy się modlić własnymi słowami, w utartych formułach wyczuwając bezpieczne słowa, które nie wiemy, czy pomogą, ale na pewno nie mogą nam zaszkodzić. Boimy się cierpienia (nawet tego Chrystusowego), krzyża i śmierci. W ogóle boimy się Boga. Podczas gdy on wcale tego nie wymaga ani też nie sprawia mu to żadnej przyjemności. Bóg chce, żeby go kochać – i to jest cała „skomplikowana” tajemnica chrześcijańskiej pobożności.


Skomentuj artykuł