Czas pierwszych komunii, czyli kościelno-świecki festiwal hipokryzji
Maj w pełni. Pogoda w końcu się poprawiła. Polacy rzucili się na przypalone kiełbaski, bo wiadomo, grill został stworzony po to, żeby mężczyznom dać złudzenie, że potrafią gotować. Maturzyści rozpoczęli zmagania egzaminacyjne, a w Kościele zaczął się czas pierwszych komunii. Ale czy tylko w Kościele? Skądże znowu! Komunie to cały wielki biznes, a ich duchowy wymiar jest wyłącznie pretekstem, napędzającym wielką machinę finansową.
Teoretycznie nie mamy wątpliwości, że pierwsza komunia to powinien być czas wyjątkowy w życiu każdego dziecka, a jeśli dziecka, to i całej rodziny. Pełne uczestnictwo w Eucharystii nierozerwalnie wiąże się z przystąpieniem do komunii – przecież Pan Jezus powiedział: „Bierzcie i jedzcie”, chleba więc nie konsekruje się po to, aby go przechowywać w tabernaculum, ale jeść. Na mszy nie wystarczy być pobożnym obserwatorem. Komunia (i to nie tylko ta pierwsza), czyli spożywanie Ciała Pańskiego, zawsze jest czymś wyjątkowym. Według nauczania Kościoła warunkiem niezbędnym do przystąpienia do komunii (a więc także blokującym ten przywilej), jest oczyszczenie się z grzechów. To dlatego małżonkom żyjącym w powtórnych związkach odmawia się prawa do komunii, albo przynajmniej utrudnia się przystąpienie do niej. Komunia jest tak wyjątkowa, bo jest pamiątką tego, co wydarzyło się podczas Ostatniej Wieczerzy i niejako powtórzeniem tego wydarzenia. Wszystko to sprawia, że pierwsze przystąpienie do komunii jest momentem naprawdę uroczystym, do którego nie tylko trzeba się przygotować, ale też odpowiednio je przeżyć. Jak to wygląda w praktyce?
Trzeba się przygotować
Najważniejsze zadanie w całym tym procesie przypada rodzicom i katechetom, a właściwie ci ostatni są tu przewodnikami na tej drodze. Realizują program zarówno w szkole, jak i przy parafiach. Zwłaszcza jego pierwszy etap jest wyjątkowo ważny, bo zawiera cały szereg tematów, których przerobienie ma pomóc dzieciom w świadomym przeżyciu tego wydarzenia. Mówimy “świadomym”, mając jednocześnie na uwadze fakt, że wszystko opiera się na wierze, bo Eucharystia to jedna wielka tajemnica i my, dorośli, również do niej podchodzimy z wiarą. Przygotowanie do pierwszej komunii opiera się więc na rozbudzeniu i utrwaleniu tej wiary. Jak więc widzimy, ten pierwszy etap, może czasami nieco sformalizowany, jednak nie jest jeszcze najgorszy, ale już wkrótce…
Im bliżej uroczystości, tym gorzej
Im bliżej uroczystości, tym coraz bardziej na dalszy plan schodzi wymiar duchowy, a pojawiają się inne rzeczy, które z czasem w całym procesie zaczynają bezwzględnie dominować. Pierwszym z takich „szkodliwych” elementów jest to egzamin. Jak każdy egzamin, jest on dla dzieci stresujący. Wprawdzie jest to jedna wielka formalność (bo jeśli ktoś nie zda, to co? – nie będzie dopuszczony do komunii?), mimo wszystko widmo tego sprawdzenia wiadomości cały proces mocno formalizuje. Jest to też pierwszy z przejawów hipokryzji (tym razem kościelnej): bo choć w przygotowaniu chodziło o kwestie wiary, to ostatecznie sprowadza się to do sprawdzenia, ile dzieci zdołały wykuć na pamięć. No a do tego dochodzi jeszcze i taki element, że jak to bywa z każdym egzaminem, żeby dobrze poszło, trzeba mieć szczęście. Na tym jednak nie koniec. Aby cała uroczystość w kościele wypadła ładnie, blisko samych uroczystości zaczyna się czas prób, wkuwania wierszyków, uczenia się „ładnego czytania” próśb i modlitw. Rodzice w tym czasie zajmują się sprawami organizacyjnymi, gdzie na czele wysuwa się troska (podszyta paniką i złością), żeby przyjęcie i wszystkie towarzyszące mu okoliczności wypadły tak, żeby dziecko zapamiętało je na całe życie… Ale zaraz, czy to naprawdę chodzi o dziecko, czy raczej o samych rodziców i zaproszonych gości? No oczywiście że nie chodzi o dzieci, bo impreza im bardziej „wystawna”, tym bardziej jest robiona dla siebie. I często ten moment jest kluczowy dla „zabicia” duchowego charakteru pierwszej komunii: w całym zgiełku przygotowań rodzice nie mają czasu na to, o czym mówi się w kościele. Jeśli katecheta ich zmusi do uczestniczenia w jakimś spotkaniu, siedzą jak na gwoździach, czekają, kiedy to wszystko się skończy, są rozdrażnieni. Zwykle wtedy pokłócą się o fotografa, o wystrój Kościoła, a na wszelkie nowe pomysły księdza czy katechetów reagują złością, argumentując, że „za bardzo obciąża się dzieci”.
Ze strony Kościoła wprawdzie udało się ograniczyć pewne nadużycia, na przykład rzadko spotyka się już „konkurs księżniczek”, nie mniej jednak – czasami dla świętego spokoju – księża odpuszczają: udają, że nie widzą całego tego szaleństwa, a z drugiej strony, aby zupełnie nie dać się wyrugować z przygotowań, narzucają własne wymogi i formalności – niepotrzebne, bez których można by się obejść. W ten sposób na tym ostatnim etapie mamy do czynienia ze swoistą szarpaniną i udowadnianiem, kto jest ważniejszy: Kościół czy okołokomunijny biznes. A Pan Jezus pokornie stoi u drzwi i czeka, kiedy go wpuszczą…
W tym czasie media szaleją
A media, jak to zwykle bywa, nie pozostają bierne. Umiejętnie podgrzewają atmosferę, co kilka dni przypominając klasyczne, „okołokomunijne” tematy. A to użalają się nad biednymi dziećmi niewierzących rodziców, które są pozbawione możliwości uczestnictwa w całej tej „zabawie”. Co ciekawe, piszą o tym tak, jakby to Kościół miał się czuć winny tej sytuacji. Przy okazji pozytywnie, a nawet z pewną fascynacją piszą o różnych świeckich uroczystościach, które pierwszą komunię mają zastąpić. Kolejnym tematem jest systematycznie odgrzewany od kilku lat problem traumy spowiedzi dziecka. „Syn był blady jak ściana” – takie i inne opinie mają stanowić argumenty przeciw spowiedzi. Jeszcze innym tematem, mocno eksploatowanym, jest kwestia, ile pieniędzy włożyć do koperty oraz sprawa komunijnych prezentów. W tym ostatnim w sukurs dziennikarzom przychodzi cały wielki biznes, usiłujący na komunii jak najwięcej zarobić. I w tym wszystkim w ogóle trudno już szukać jakiegokolwiek wymiaru duchowego, nawet jego namiastki. A Pan Jezus dalej pokornie stoi u drzwi i czeka, kiedy go wpuszczą…
Kościół zarobi na tym wszystkim marne… 30 srebrników
Dlaczego, choć w Kościele od lat widzimy, że to wszystko poszło w złym kierunku, niewiele z tym robimy? Czy Kościół na tym zarabia? Ależ wprost przeciwnie. Po całej komunijnej imprezie w kościele zostaje parę bukietów kwiatów (które i tak przed najbliższą niedzielą trzeba wymienić) i być może symboliczny prezent od rodziców. Czyli Kościół zarabia jakieś paskudne 30 srebrników, których lepiej żeby nie miał, bo koszty uzyskania tego „przychodu” są katastrofalne: w postaci zmęczenia i niesmaku, że oto znowu przyczyniliśmy się do tego instrumentalnego wykorzystania Pana Jezusa, który realnie przychodzi do dzieci i z pewnością dla niego jest to naprawdę podniosła chwila – tylko że chyba nie za bardzo pozwalamy mu się tą chwilą cieszyć…
Skomentuj artykuł