Aktywiści pro-choice nawrócili mnie na pro-life

Aktywiści pro-choice nawrócili mnie na pro-life
(fot. shutterstock.com)

Zacząłem powoli otwierać oczy. Zaczynałem dostrzegać w nowym świetle te kobiety, a szczególnie tę jedną, która szła najbliżej mnie. Zacząłem dostrzegać to, że ja też byłem częścią tego problemu.

Moja zmiana nastawienia wobec opcji pro-life zaczęła się - co bardzo dziwne - po tym, jak wziąłem udział w marszu osób opowiadających się za prawem kobiety do decydowania o aborcji wiosną 1992 roku. W kwietniu tamtego roku razem z tysiącami innych studentów pojechałem do Waszyngtonu, aby uczestniczyć w demonstracji organizowanej przez National Organization for Women (NOW, Narodowa Organizacja Kobiet). Sprawa sądowa Planowane Rodzicielstwo przeciw Casey [kluczowy dla amerykańskiego ustawodawstwa proces sądowy z 1992 roku dotyczący prawa do aborcji - przyp. tłum.] toczyła się jeszcze w amerykańskim Sądzie Najwyższym, a kampania przed wyborami prezydenckimi trwała w najlepsze.

Aktywiści opcji pro-choice wyprężali swoje polityczne muskuły, podczas gdy politycy przemawiający za opcją pro-choice wymachiwali ludziom przed oczami swoim "działaniem w dobrej sprawie". Tamtej wiosny na National Mall w Waszyngtonie zebrało się 400 tysięcy osób - większość wymachiwała transparentami z napisem: "Jestem twarzą amerykańskiego ruchu pro-choice".

W tamtym czasie byłem twarzą amerykańskiego ruchu pro-choice. Miałem 20 lat i skończony licencjat na Uniwersytecie Massachusetts Amherst, byłem oddanym lewicowcem i gniewnym, niepraktykującym katolikiem. Co do Kościoła, byłem przekonany, że to opresyjna, uwsteczniająca i małostkowa instytucja - nie chciałem mieć z nim nic wspólnego. Szukałem czegoś innego - miłości, to jasne, ale nie tylko.

Chodziło mi o coś więcej. Szukałem Prawdy, Wielkiej Idei, według której mógłbym ułożyć sobie życie i pracę. Myślałem, że znajdę ją pod śmieszną marką liberalizmu, który poznałem na uczelni - w radykalnej socjaldemokracji, politycznej tożsamości i jakiejś formie burżuazyjnego aktywizmu, która już wtedy wydawała się anachroniczna. Nie zrozumcie mnie źle - jestem dumny z tego, na jakiej uczelni studiowałem. Otrzymałem tam bardzo dobre wykształcenie, zdobyłem przyjaciół, a ta instytucja pomogła mi wyjść na w miarę przyzwoitego człowieka, którym jestem dzisiaj.

Ale przenieśmy się na parking przy Pentagonie, gdzie poszedłem po całym dniu maszerowania i demonstracji złapać jakiś autobus, który zabierze mnie z powrotem do Massachusetts. Idąc w stronę naszego wynajętego, poobijanego autobusu Greyhound, doznałem olśnienia. Maszerując waszyngtońską Pennsylvania Avenue, przez całą drogę rozmawiałem z kobietami. Zdarzało mi się to wcześniej, ale nigdy w taki sposób.

Większość osób idących w demonstracji stanowiły kobiety. Czułem, że było coś niezwykłego w podążaniu w tym ogromnym tłumie kobiet, co dawało im motywację i poczucie wolności, aby mówić o swoim życiu w sposób zupełnie transparentny. Prawie w ogóle nie poruszyliśmy tematu aborcji. Rozmawialiśmy za to o przeszkodach, z którymi stykają się w codziennym życiu - w domu, w pracy, w klasie - z wieloma przejawami niesprawiedliwości, wielkimi i małymi trudnościami, które wynikają z życia w otwarcie nienawistnym albo zwyczajnie obojętnym na nadzieje kobiet.

Zacząłem powoli otwierać oczy. Zaczynałem dostrzegać w nowym świetle te kobiety, a szczególnie tę jedną, która szła najbliżej mnie. Zacząłem dostrzegać to, że ja też byłem częścią tego problemu, że ja też nieświadomie przykładałem swoją cegiełkę do muru niesprawiedliwości, który wokół nich powstawał. Ja też wielokrotnie nie doceniałem ich punktu widzenia, ich talentów, wyzwań, którym stawiają czoła. Feministki mogą opisać to, czego doświadczyłem tamtego dnia jako "wzrastanie w świadomości". Tak właśnie było. Po raz pierwszy nauczyłem się, w jaki sposób kobiety w kraju i za granicą cierpią niesprawiedliwość, która narusza ich niezbywalną wartość i godność.

Wszystko to kotłowało się w mojej głowie, kiedy szedłem w stronę parkingu Pentagonu. Jak zwykle byłem już spóźniony i bardzo się spieszyłem. Kiedy próbowałem wskoczyć na trzy małe schodki przy wejściu do autobusu, przewróciłem się i upadłem prosto na twarz. Gdy spojrzałem w górę, nade mną stała kobieta i chciała mi podać rękę. Z początku nie dostrzegłem jej gestu, ponieważ skupiłem wzrok na wielkich czarnych literach na jej białej koszulce, które układały się w napis: "Aborcja na życzenie bez przepraszania".

W tamtym momencie coś nagle pękło w moim sumieniu. Słowa na jej podkoszulku były tępe, wyraźne i jednoznaczne. Jeśli miały być prowokacyjne, to im się udało. Tak, ja też właśnie przedefilowałem przez miasto w demonstracji zwolenników opcji pro-choice, wykrzykując rytmicznie jakieś nikomu niepotrzebne absurdy. Ale to było coś zupełnie innego.

Słowa z jej koszulki były pozbawione tego podstawowego moralnego wezwania, z którym spotkałem się wcześniej. Kobieta, z którą rozmawiałem podczas marszu, sprawiła, że jasno pojąłem to w nowy, radykalny sposób - to jest jawnie niesprawiedliwe, żeby traktować kogokolwiek gorzej z całym szacunkiem dla pełni jego człowieczeństwa. Wtedy, leżąc na ziemi przy wejściu do autobusu, pojawiło się w mojej głowie nowe pytanie. Czy życie ludzkie, poczęte w ciele kobiety, nie zasługuje na dokładnie takie samo poszanowanie? Czy matka tak samo jak i jej nienarodzona córka nie są jednakowo istotami ludzkimi z niezbywalną godnością, której nikt nie jest w stanie unieważnić?

Zastanawiałem się nad tymi pytaniami przez kilka lat, zanim w pełni opowiedziałem się za opcją pro-life. To zdarzenie jest dla mnie przypomnieniem, że podróż do prawdy często prowadzi okrężną drogą i że nie jest sprawą oczywistą zwykłe podkreślanie tego, co uważamy za bezsporne. Z czasem oczywiście wróciłem do Kościoła i to w zupełnie szokujący sposób!

Ale co ciekawe i jednocześnie paradoksalne, to nie Kościół skierował mnie na drogę aktywizmu pro-life. Zrobiły to te kobiety, które demonstrowały w Waszyngtonie wiosną 25 lat temu, i to one jako pierwsze pomogły mi uświadomić sobie rzeczywistość seksizmu i niesprawiedliwości, a tym samym niechcący pobudziły moje sumienie do dostrzegania wartości w każdym ludzkim życiu.

Matt Malone SJ - od 2012 r. prezes i redaktor naczelny "America Magazine". Tekst pierwotnie ukazał się na łamach americamagazine.org

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Aktywiści pro-choice nawrócili mnie na pro-life
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.