Czy to grzech, że naciągam ludzi?

Czy to grzech, że naciągam ludzi?
(fot. shutterstock.com)

"Najważniejsze, że jest praca". To jedno ze zdań, które od kilku lat często słyszę podczas tzw. odwiedzin duszpasterskich, czyli tradycyjnej kolędy. Często słyszę też o utracie pracy i szukaniu nowej.

"Wszystko jedno jaka, byle była, byle nie za minimalną stawkę, bo na czynsz, prąd i jedzenie trzeba jakoś zarobić".

Ci, którzy mają pracę, poza nielicznymi wyjątkami, niechętnie o niej mówią. Niejednokrotnie nawet we własnym gronie unikają tematu, poza tym, co konieczne. Praca jest dla nich tylko sposobem zdobywania środków na przeżycie.

Nie jest źródłem spełnienia, nie mówiąc już o satysfakcji. Podstawowym celem jest jej nie stracić. Nawet za cenę daleko idących kompromisów. Także moralnych. Również za cenę utraty godności. Upokorzenia.

W krótkim czasie przeprowadziłem dwie, wydawałoby się podobne, rozmowy. Liczący ponad pięćdziesiąt lat pracownik firmy zajmującej się pośrednictwem kredytowym ściszonym głosem opowiadał o naciskach ze strony pracodawcy, który zmusza go do przedstawiania klientom niezbyt korzystnych dla nich ofert w taki sposób, aby nie orientowali się, że mogą łatwo wpaść w pułapkę.

"Nasza sąsiadka zza ściany padła ofiarą czegoś takiego. Ma dziś do spłacenia kilkadziesiąt tysięcy. Na szczęście w innej firmie. Próbuję jej pomóc się z tego wyplątać, ale to nie takie proste. Poza tym muszę uważać, żeby nikt nie zauważył, że się w to angażuję, bo z pewnością bym wyleciał z pracy" - mówił. "Czy to grzech, że naciągam ludzi? Nie chcę tego robić, ale przecież muszę gdzieś pracować. Czuję się jak szmata" - dodał po chwili.

Drugi rozmówca był znacznie młodszy. Niedawno skończył studia. Dzięki znajomościom rodziców znalazł zatrudnienie w banku. Też zajmuje się pożyczaniem pieniędzy. "Sprzedaję kredyty" - informował krótko. "We frankach?" - pytałem zaczepnie. W odpowiedzi otrzymałem wykład na temat odpowiedzialności kredytobiorców za własne decyzje.

"Nikt ich nie zmuszał" - mówił pracownik banku z pełnym przekonaniem. Opowiedziałem więc o telefonie z propozycją bardzo ryzykownych przedsięwzięć finansowych, jaki kilka miesięcy otrzymał z banku jeden z moich znajomych.

"Kto nie ryzykuje, szampana nie pije" - zripostował mój rozmówca. Zapytałem o dylematy moralne w pracy. "Gdzie ksiądz żyje? To jest walka. Tu nie ma miejsca ani czasu na jakieś moralne dyrdymały" - wyrecytował podniesionym głosem, jak wyuczoną lekcję i nagle umilkł. Na pytanie, czy może sobie spojrzeć w oczy w lustrze, nie odpowiedział. Obecni przy rozmowie jego rodzice zmienili temat. Podsunęli talerz z ciastem.

Nie trzeba pracować w finansach, żeby mieć poczucie utraty godności w pracy. Pracownica sieci supermarketów, która opowiadała mi o nieuczciwych działaniach, w których musi brać udział, powiedziała, że "czuje się upodlona", ponieważ musi stosować w życiu podwójne standardy, inne w domu, w wychowaniu dzieci, a inne w pracy. "Zresztą, jaki sens ma uczenie dzieci uczciwości, skoro to im w życiu tylko będzie przeszkadzać?" - zamyśliła się.

Kilka tygodni po wyborze na Następcę św. Piotra papież Franciszek mówił w katechezie o godności pracy ludzkiej. "Praca jest kluczowym elementem godności osoby. By posłużyć się obrazem, praca ‘namaszcza’ nas godnością, napełnia nas godnością; czyni nas podobnymi do Boga, który pracował i pracuje, nieustannie działa" - wyjaśniał. Nie mówił niczego nowego. O godności pracy wielokrotnie przypominał św. Jan Paweł II.

W połowie stycznia br. Franciszek zwrócił uwagę na coś jeszcze. Podczas audiencji dla 6 tys. przedstawicieli katolickich organizacji pracowniczych Włoch zaapelował o nowy humanizm pracy.

"Potrzebujemy nowego humanizmu pracy, gdyż żyjemy w epoce wyzysku pracowników - czasie, w którym praca nie jest tak naprawdę w służbie godności ludzkiej, ale jest pracą niewolniczą! Potrzebujemy nowego humanizmu pracy, gdzie w centrum stoi człowiek, a nie zysk, gdzie gospodarka służy człowiekowi, a nie posługuje się człowiekiem!" - stwierdził z naciskiem. Wskazał, że w miejscu pracy i w ogóle w każdym środowisku trzeba przeprowadzić "reedukację ku uczciwości". "Oszustwa i szwindle są niegodne człowieka, serce powinno być od nich wolne" - przypomniał.

Był czas, że Kościół w Polsce bardzo dużo uwagi poświęcał ludziom pracy, przypominając o ich godności i wolności. Czy temat stracił aktualność? Myślę, że wręcz przeciwnie.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Czy to grzech, że naciągam ludzi?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.