Już dziś trzeba pomyśleć o łączeniu diecezji

Fot. Episkopat News

Wiele osób zelektryzowała w tych dniach wieść o tym, że biskupi łączą seminaria duchowne. Tak stało się np. w metropolii wrocławskiej, której biskupi (archidiecezja wrocławska, diecezja świdnicka, diecezja legnicka) zdecydowali, że ich klerycy będą uczyli się razem. Także biskup bydgoski zdecydował się na przeprowadzkę swoich kleryków do Poznania, gdzie już od pewnego czasu studiują także alumni z diecezji kaliskiej.

Ale łączenie seminariów nie jest wcale procesem, który rozpoczął się dziś. Od lat wspólne studia w Krakowie odbywają alumni z archidiecezji krakowskiej oraz diecezji bielsko-żywieckiej (ta ostatnia nigdy nie powołała do życia własnej placówki). Podobnie jest w Częstochowie, gdzie razem uczą się klerycy częstochowscy i sosnowieccy. Od 2011 r. wspólną formację mają też przygotowujący się do kapłaństwa z Gliwic i Opola.

Podobne decyzje podejmą lada moment również inni biskupi, bo takowe zalecenia dostali z Watykanu. A o tym, że jest to proces nieuchronny pisałem na łamach „Rzeczpospolitej” w październiku 2015. Już wtedy w obrębie Konferencji Episkopatu Polski dyskutowano o współpracy w edukacji przyszłych księży.

Oczywistym powodem, dla którego łączy się seminaria jest spadek powołań. W 2005 r. naukę w seminariach diecezjalnych rozpoczęło ponad tysiąc alumnów, w 2015 było ich już tylko 748, a jesienią ub. roku formację rozpoczęło tylko 242 kleryków. Ilu zacznie naukę w tym roku? Trudno powiedzieć, bo proces rekrutacji trwa. Faktem jednak bezspornym jest, że utrzymywanie wielkich gmachów seminaryjnych, kadry dydaktycznej dla garstki młodych ludzi jest zwyczajnie nieopłacalne. To m.in. z tego powodu klerycy diecezji zielonogórsko-gorzowskiej opuścili seminarium w Paradyżu i przenieśli się do Gorzowa Wielkopolskiego, a w Gnieźnie w budynku seminarium ulokowano centrum rekolekcyjne.

DEON.PL POLECA

Trudno jest jednoznacznie wskazać powody, dla których liczba adeptów do kapłaństwa maleje. Jest ich wiele. To z jednej strony przemiany społeczno-kulturowe, przesuwanie w czasie momentu podjęcia ważnej życiowej decyzji przez młodych ludzi, kryzys demograficzny, ale z drugiej też skandale w Kościele, nieumiejętność ludzi Kościoła z dotarciem do młodzieży, ogólna – czasem podsycana zewnętrznie przez polityków – kiepska atmosfera wokół Kościoła. Prostej recepty na zaradzenie temu nie ma.

Niemniej faktem jest, że w przyszłości czekają polski Kościół chude lata. Co prawda tzw. siły duszpasterskie wciąż jeszcze są, ale na papierze. Duża część duchownych to dziś emeryci, którzy owszem pomóc mogą, ale samodzielnie parafii nie poprowadzą. Spadek liczby kleryków na pierwszym roku w przyszłości przełoży się na liczbę nowowyświęconych księży. Ostrożnie szacuje się, że do święceń dochodzi połowa alumnów. Oznacza to, że za pięć lat w całej Polsce wyświęconych zostanie około setki duchownych. Nie ma zatem zastępowalności pokoleń. Już dziś nie ma kim obsadzać parafii. I stąd biskupi w wielu diecezjach (np. archidiecezjach gnieźnieńskiej, częstochowskiej, poznańskiej czy diecezji łowickiej) zdecydowali się jakiś czas temu na łączenie parafii unią personalną – jeden ksiądz obsługuje dwie parafie. Tu jeszcze zaradzić coś można. W Watykanie istniała kiedyś specjalna komisja zajmująca się równomiernym rozmieszczeniem kapłanów na świecie. Są miejsca w Polsce, gdzie księży jest dużo, są takie gdzie jest ich niewielu. A zatem współpraca międzydiecezjalna mogłaby być odpowiedzią.

Śmiem twierdzić, że ów kryzys powołań i powołanych przeniesie się wkrótce także na poziom diecezji. Będzie to temat trudny, burzliwy, ale trzeba będzie się mocno zastanowić nad tym, czy istnienie niektórych diecezji powołanych do życia w 1992 roku przez Jana Pawła II i w latach późniejszych ma jakiś sens. Zmniejszająca się owczarnia (a statystyki w tym zakresie nie da się oszukać) może nie potrzebować aż tylu pasterzy, na których utrzymanie wszak łoży. Ewentualny proces ponownej konsolidacji jednostek terytorialnych Kościoła w Polsce będzie znacznie łatwiejszy aniżeli np. we Włoszech, gdzie biskupstw jest multum, ale ich likwidację zatrzymują uwarunkowania historyczne.

Im szybciej zacznie się o tym w Kościele myśleć, tym lepiej. Nie będzie szoku, a i może – oby – coś ożywczego i nowego się z tego zrodzi. Nie można bowiem stać z założonymi rękami i ciągle narzekać, bo staniemy „się folklorystycznym muzeum lokalnych pustelników, skazanych na powtarzanie wciąż tego samego” (papież Franciszek, „Evangelii gaudium”).

Jest dziennikarzem, kierownikiem działu krajowego "Rzeczpospolitej". Absolwent kursu „Komunikacja instytucjonalna Kościoła: zarządzanie, relacje i strategia cyfrowa” na papieskim Uniwersytecie Santa Croce w Rzymie. W wydawnictwie WAM wydał: "Nie mam nic do stracenia - biografia abp. Józefa Michalika" oraz "Wanda Półtawska - biografia z charakterem"

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Już dziś trzeba pomyśleć o łączeniu diecezji
Komentarze (7)
GW
~Grześ Wawrzyszyn
30 czerwca 2022, 17:01
"Wiele osób zelektryzowała w tych dniach wieść o tym, że biskupi łączą seminaria duchowne." Serio? Łączenie seminariów w których nauczycieli jest kilka razy więcej niż uczniów to jakaś zaskakująca wiadomość? Może jakby to Kościół ponosił koszty utrzymania to by nie było takich cyrków.
TR
~Tomasz R.
30 czerwca 2022, 14:58
w Polsce nadal nie ma semianrium tzw tradycyjnego z pielegnacja liturgii w obu porzadkach rytu rzymskiego, wszystkie semainria starego obrzadku na calym swiecie sa przepelnione (w Gricigliano we Wloszech nie ma juz nawet pomeiszczen typu garaze czy dawne kurniki , bo wszystkie pomieszczenia sa przerabiane na pomieszczenia dla klerykow- mimo ostatnich ograniczen Papa Francesco przyszlsoc Kosciola to jednak obocneco wielu porzadkow i rytow liturgicznych
JN
~Jan Nowak
30 czerwca 2022, 09:14
Zmniejszenie ilości diecezji nie wchodzi w grę. Pokazuje to przykład choćby Włoch, gdzie na maleńkim obszarze jest nieraz 5-6 diecezji. Są to nieraz stolice biskupie historyczne, sięgające czasów apostolskich i dlatego nikt się nie zgodzi na ich likwidację ani na połączenie z inną diecezją. Ponadto żaden biskup diecezjalny nie pozbędzie się władzy, którą ma nad swoją diecezją. Może być mikroskopijna i prawie zupełnie bez wiernych, ale jest jej zwierzchnikiem i ma na jej terytorium pełnię władzy.
JO
Jan Ops
30 czerwca 2022, 08:49
Czy diecezji jest za dużo? Śmiem twierdzić, że dałaby się obronić odwrotna teza. Może należy raczej przemyśleć kim jest biskup? Pasterzem stojącym blisko swych owiec czy odległym urzędnikiem? I nie chodzi nawet o to, że być może ten czy inny biskup sam oddziela się murem biurokracji od wiernych. Jest po prostu fizyczną niemożnością być blisko dziesiątek czy setek tysięcy wiernych, kilkuset księży i niewielu mniej parafii. Można nimi zarządzać jak w dużej korporacji, ale nie o to chyba chodzi. Pasterzowanie nie polega na wizytacji parafii, z towarzysząca temu sztuczną pompą, raz na kilka lat. Ale na więcej nie ma czasu. Może małe diecezje, wielkości 3-5 dekanatów, gdzie biskup mógłby raz na miesiąc czy kwartał wpaść do parafii z kazaniem, na spotkanie duszpasterstw itp, porozmawiać z wiernymi, jak jeden z nas, a nie dostojnik w towarzystwie kurialnej świty byłyby znakiem jedności pasterzy i ludu? No i kurie musiałyby być oczywiście mniejsze, bez zbędnej i kosztownej administracji.
KP
~katolik pomniejszego płazu
1 lipca 2022, 02:30
Więcej diecezji to większe "niebezpieczeństwo", że któryś biskup poczuje miętę do tradycjonalizmu, a po co to komu...
GC
~Grzes Cwikowski
2 lipca 2022, 21:32
Zgadza się
GC
~Grześ Cwikowski
2 lipca 2022, 21:35
Podzielili najbardziej prowincję płd wsch i wschodzie rubieże w imię czego?