Kim naprawdę byli moderniści?

Kim naprawdę byli moderniści?
(fot. Public domain via Wikimedia Commons)

Sto dziewięć lat temu - 8 września 1907 roku - papież Pius X ogłosił encyklikę Pascendi dominici gregis przeciwko modernizmowi katolickiemu. I się zaczęło. Teologowie katoliccy z mocą i w majestacie prawa rozpoczęli szeroko zakrojoną wojnę z modernizmem.

Setki broszur, dziesiątki książek, zastępy teologów, roczniki czasopism, wzloty i upadki karier - oto kampania antymodernistyczna. Wszystko przeciwko modernizmowi.

Problem jest tylko jeden. Właściwie niewielki. Modernizmu katolickiego nie było. Nie było go w takiej formie, jaką nadał mu papież. Zebrał on twierdzenia różnych myślicieli i złożył je w jeden system, który - rzekomo - mieli wyznawać wszyscy moderniści (choć z obawy przed demaskacją - w ukryciu). Na nic zdały się zaprzeczenia, tłumaczenia, że Urząd Nauczycielski stworzył sobie przeciwnika - kampania się rozpoczęła. Również w Polsce.

Polski modernizm - wielki nieobecny

To musiało się niektórym wydawać dziwne. Każdy polski antymodernista zaznaczał, że czego jak czego, ale modernizmu katolickiego w Polsce nie było, a on zabiera głos tylko po to, żeby przyczynić się do tego, że go nigdy nie będzie. Co prawda byli jacyś tacy lekko w tę stronę odchyleni, ale to tylko "modernizanci". Pomijając fakt, że określenie "modernizanci" to zbytnia skromność i niedocenianie możliwości polskiej myśli religijnej, warto się takim modernizantom przyglądać i sięgać do ich pism. Nie są to wielkie tomy, ani grube księgi. Większość polskich prac modernistycznych to cieniuchne broszurki, ale warto zdmuchnąć z ich okładek kurz i je otworzyć.

Po co? Dla niezwykłej przyjemności, jaką jest przecieranie oczu ze zdziwienia. Łatwo zauważyć, że prawie nic się nie zmieniło. Wydawałoby się, że sto lat, dwie wojny światowe i niezwykle ważny sobór to dostatecznie dużo czasu, żeby wszystko stało się zupełnie inne. A jednak nie.

Kontekst, owszem, jest inny, ale podstawowe pytania związane z chrześcijaństwem przecież nie tracą na aktualności: kto i jak może czytać Biblię? Gdzie jest granica pomiędzy indywidualnym zgłębianiem tekstu a wspólną interpretacją wspólnoty? Czym jest wiara? Co jest w niej ważniejsze - doświadczenie czy uznawanie pewnych prawd? Co wierzącego obowiązuje - bardziej nakaz sumienia czy reguły etyczne wspólnoty? Jaki stosunek powinni zająć chrześcijanie wobec otaczającego ich świata? A przecież na tych pytaniach lista się nie kończy.

Katecheta na tropie wiary

Proponuję wziąć dziś na warsztat jednego z modernistów-"modernizantów" - księdza Jana Ciemniewskiego. Był katechetą we Lwowie przez ponad trzydzieści lat (1902-1939). Główną sprawą, która go nurtowała, było kształtowanie charakteru młodzieży: jak wychować, żeby nie zepsuć i nie dać światu zepsuć tego, kogo się wychowało. Jednak w 1907 roku, miesiąc po encyklice, wraz z kościelnym błogosławieństwem ukazała się jego krótka broszurka o wierze.

Tytuł dostojnie archaizujący: O akcie wiary ze stanowiska nowożytnej psychologii. A poruszany problem - zadziwiająco współczesny. Jak opisać wiarę, aby jednocześnie uchwycić jej istotę i stworzyć narzędzie do myślenia i przekonywania? Od jakiej strony omówić problem, żeby czytający nie tylko zrozumiał, ale poczuł się zachwycony, zadziwiony czy zainteresowany, a nawet zachęcony do wierzenia (jeżeli jeszcze nie wierzy)? Teologia - także teologia wiary - powstaje przecież w ramach pewnej wspólnoty i ma być narzędziem do rozmowy o najważniejszych dla niej sprawach, a nie suchą wiedzą encyklopedyczną.

Ta broszurka to klasyczny przypadek modernistycznej teologii. Ma ona służyć nie tylko abstrakcyjnym podróżom do krainy prawdy, ale przede wszystkim godzić Kościół ze współczesnym światem i cywilizacją. Taka zgoda Kościoła i świata wiąże się z dwoma rzeczami. Po pierwsze, jej celem jest zmiana świata na lepsze, uczynienie go bardziej chrześcijańskim. Ma to być środkiem, który powstrzyma moralną i duchową katastrofę cywilizacji (Ciemniewski pisze nawet o możliwym powrocie do stanu barbarzyństwa).

Drugim równie ważnym postulatem związanym z poszukiwaniem zgody między Kościołem a nowoczesnością jest dostrzeganie w świecie wszystkich dobrych pierwiastków. Korzystanie z wynalazków naukowych, filozoficznych, społecznych, by rozwijać chrześcijańskie życie i myśl. Sięgnięcie do najnowszych zdobyczy ludzkiej myśli ma pozwolić dotrzeć do tych, którzy są do Kościoła zdystansowani, a zarazem wzbogacić samo chrześcijaństwo. Ono bowiem, choć zawsze takie samo na poziomie podstawowych zasad, nieustannie się zmienia. Ten fakt mocno podkreślał w swoich pracach uznawany przez wielu modernistów (Loisy’ego, Tyrrella, Zdziechowskiego) za patrona kardynał John Henry Newman. Miał on na myśli nie tylko zamiar przemiany świata na chrześcijański, ale też wzięcie ze świata wszystkiego, co w nim dobre i pożyteczne.

Poszukiwanie zgody świata i Kościoła nie jest więc radosną afirmacją absolutnie wszystkiego, co nowe, jak wielu (w tym Pius X) chciało rozumieć "modernizm", ale umiejętnością dostrzeżenia, że w świecie kryją się rzeczy dobre. Trzeba więc wyrzec się strachu i nauczyć odróżniać pożyteczne od szkodliwego - bez uprzedzeń i zbędnych założeń.

Bardziej moje, bardziej wspólne?

Wydawałoby się to proste i zdroworozsądkowe, ale prowadzi do zupełnego przeobrażenia w myśleniu o religii i teologii. Wielu (a wśród nich większości teologów neoscholastycznych i hierarchów kościelnych przełomu XIX i XX wieku) to przeobrażenie wydało się zupełną katastrofą. Rozmiary tej "katastrofy" - czy po prostu przeobrażenia - są doskonale widoczne, kiedy przyjrzy się bliżej dyskusjom nad zagadnieniem wiary.

Podstawowe pytanie tutaj brzmi: czy wiara jest przede wszystkim sprawą jednostki, która odkrywa głos Boga w swoim wnętrzu i się nawraca, czy też jest skarbem Kościoła, który nakazuje swoim członkom do uznawania pewnej ilości prawd wiary?

Czy należy uznać za prawo każdego wierzącego wsłuchiwanie się w wewnętrzny głos Boży i podążanie za jego wskazówkami, czy też trzeba przede wszystkim dbać o jedność i spójność Kościoła - o to, aby wszyscy wierzyli w to samo?

O właściwą odpowiedź na te pytanie toczyli spór moderniści i ich przeciwnicy. Ich odpowiedzi przybierały formę definicji wiary i traktatów o wierze.

Zachowawcze i przesadnie ostrożne definicje wiary mówią o niej tylko jako o uznaniu za prawdziwe szeregu prawd dogmatycznych. Ciemniewski to krytykuje, bo takie ujęcie prowadzi do formalizmu: ważne jest czysto zewnętrzne potakiwanie głową, a przetrawienie każdej z tych prawd nikogo nie interesuje. Bóg, który zmuszałby do takiej wiary, zamienia się w falsyfikat Boga - to "Bóg konserwatywny, który nie lubi zmiany i lęka się wszelkiego postępu, który nie wymaga od człowieka myśli i samodzielności, lecz ślepego posłuszeństwa".

Inaczej będzie, jeśli uznamy wiarę przede wszystkim za akt woli, za indywidualnie spotkanie z Bogiem (dzięki Jego łasce) i rozpoczęcie życia duchowego: nieustannej rozmowy z Bogiem. Wtedy uznanie prawdy dogmatów będzie konsekwencją pobożnego życia. I to jest według modernistów właściwa kolejność. Cenzorzy obawiali się takiego rozumowania, nie chcieli "wikłać" pojęcia wiary w psychologiczne uwarunkowania człowieka (nadmiernym ryzykiem wydawało im się uwzględnienie zmiennych emocji człowieka). A może to po prostu sprawa, o którą warto się spierać?

Wydaje się bowiem, że odkryte przez ten spór dwa możliwe spojrzenia na wiarę musi godzić w sobie każdy katolik. Z jednej strony wiara jest przecież skarbem strzeżonym przez Kościół, a z drugiej strony jest czymś indywidualnym. W przeciwieństwie do Piusa X i antymodernistycznych teologów, Sobór Watykański II dostrzegł tę podwójność i doprowadził do tak istotnych zmian w języku teologii i katechezy, że te dwa możliwe spojrzenia na wiarę wydają się dziś oczywistością.

Należy jednak pamiętać, że nie zawsze tak było. Ksiądz Ciemniewski został zmuszony do odwołania swoich poglądów dotyczących istoty aktu wiary i uznania omawianej pracy za pomyłkę. Trudno dopatrywać się tu oportunizmu. Jeżeli chciał pozostać aktywnym duszpasterzem - na czym mu przede wszystkim zależało - nie miał innego wyjścia. Włączył się nawet później w zwalczanie modernizmu, pisząc - już z zupełnie innych pozycji myślowych - pracę o filozoficznych źródłach modernizmu.

W jego biografii podporządkowanie się autorytetowi okazało się ważniejsze niż własne stanowisko. Choć może nie do końca. Jeszcze kilka dobrych lat później - kiedy spór o modernizm nieco ostygł - swoją broszurkę dawał w prezencie osobom, które szczególnie szanował. Warunki bezlitosnego tępienia modernizmu wymusiły na nim tę zastanawiającą podwójność.

Michał Rogalski - historyk filozofii i myśli religijnej, badacz modernizmu katolickiego i innych polskich sporów filozoficznych przełomu wieków XIX i XX, prócz tego student reżyserii teatralnej

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Kim naprawdę byli moderniści?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.