Mszalne ćwiczenie Tolkiena

Mszalne ćwiczenie Tolkiena
Piotr Żyłka
4 lata temu

J.R.R. Tolkien jest uwielbiany przede wszystkim za "Władcę Pierścieni" i "Hobbita". Ten sam autor napisał swojego czasu kilka niezwykle ciekawych spostrzeżeń dotyczących Komunii i Eucharystii. Warto się z nimi zapoznać i zrobić małe ćwiczenie.

Zdarza mi się narzekać na poziom kazań w naszych kościołach. Nie robię tego ze złośliwości, po prostu zależy mi na ludziach, dla których kontakt ze słowem głoszonym przez księdza z ambony jest jednym z niewielu kontaktów z Kościołem. O nich musimy się troszczyć. O nich powinniśmy dbać. To do nich jesteśmy posłani.

Jakiś czas temu napisałem tekst, który był apelem do seminarzystów i księży. Mocno mi się za niego oberwało. Być może użyłem zbyt ostrego języka. Jednak patrząc z drugiej strony, przez internet przetoczyła się wtedy szeroka dyskusja (z czego się bardzo cieszę). Co do meritum zdania nie zmieniam. Dodam tylko, że nie chodzi mi o to, żeby zaraz wszyscy byli Szustakami, Pawlukiewiczami i Kaczkowskimi. Jasne jest, że nie każdy ma takie talenty. Nie chodzi też o wprowadzenie w seminariach kursu "Jak zostać efektownym kaznodzieją". Zdecydowanie ważniejsze jest nakierowanie młodych chłopaków formujących się na kapłanów na doświadczenie spotkania z Bogiem. To jest sprawa absolutnie fundamentalna. Zresztą dotyczy to nie tylko duchownych, ale nas wszystkich.

W tym sposobie myślenia jeszcze bardziej utwierdziłem się po przeczytaniu zapisu konferencji, którą ojciec Ranierao Cantalamessa (kaznodzieja Domu Papieskiego) wygłosił kiedyś w archikatedrze częstochowskiej do uczestników pielgrzymki wyższych seminariów duchownych: "Wy, najdrożsi młodzi seminarzyści jesteście w tych latach przygotowania. Gdybym mógł wrócić do tych czasów, inaczej rozumiałbym moje studia. Chciałbym studiować w Duchu Świętym. Bo tylko w świetle Ducha Świętego wytryska Światło Boże. Także wy, w tych latach przygotowania, napełnijcie serce Jezusem. Zakochajcie się w Jezusie. Bo później wam, jako kapłanom, nawet jeśli nie będzie mieć wielkiej wymowy, Jezus będzie wychodził z oczu. Paweł VI mówił, że chrześcijanie muszą mieć proroctwo w spojrzeniu". Tak więc nie chodzi o jakieś formacyjne techniki i sztuczki lub podwyższenie poziomu wykładów z homiletyki, ale o doświadczenie i rozwijanie relacji z żywym Bogiem. Ludzie potrafią zobaczyć różnicę. Określenia wierzący i niewierzący ksiądz nie wzięły się znikąd.

Żeby nie było, że tylko ciągle narzekam, to chciałbym się z Wami podzielić jeszcze jednym odkryciem. Są to dwa fragmenty listu J.R.R. Tolkiena do jego syna Michaela z roku 1963. Pierwsza część jest swoistą receptą, którą możemy stosować, kiedy mamy słabszy czas w kontakcie z Panem Bogiem: "Jedynym lekiem na słabnącą wiarę jest komunia. Choć niezmiennie jest samym sobą, doskonałym, pełnym i nietkniętym, Przenajświętszy Sakrament nie działa całkowicie i raz na zawsze dla nikogo z nas. Podobnie jak akt wiary, musi być ciągły, wzrastać przez praktykowanie. Częstość przynosi najlepsze efekty. Siedem razy w tygodniu jest bardziej pokrzepiające niż siedem razy z przerwami". Całkiem proste, prawda?

Drugi - niezwykle zabawny - fragment jest z kolei propozycją ćwiczenia. Propozycja wygląda następująco: "Mogę także polecić Ci jako ćwiczenie (do którego, niestety, bardzo łatwo jest znaleźć sposobność): przyjmuj komunię w okolicznościach obrażających Twój smak. Wybierz sapiącego albo bełkoczącego księdza albo dumnego pospolitego zakonnika. A także i kościół pełen zwykłego mieszczańskiego tłumu, źle wychowanych dzieci - od tych, które wrzeszczą, po te wytwory katolickich szkół, które siadają i ziewają, gdy tylko zostanie otwarte tabernakulum - brudnych młodzieńców bez krawatów, kobiet w spodniach i często z włosami w nieładzie i niczym nie przykrytymi. Przystąp do komunii razem z nimi (i módl się za nich). Będzie tak samo (a nawet lepiej), jak na mszy pięknie odprawionej przez wyraźnie świętego człowieka i wysłuchanej przez kilka pobożnych i schludnych osób".

Takie ćwiczenie może mieć zbawienny skutek. Szczególnie jeśli masz pecha i w twojej parafii nie ma żadnego porządnego kaznodziei. Nie dość, że człowiek przebije się do tego, co we mszy najważniejsze, to jeszcze jest szansa, że modlitwa podziała i coś dobrego się stanie - we mnie, w Tobie, w sąsiedzie z kościelnej ławki i w księdzu proboszczu wyczytującym z ambony kto i ile dał na remont dachu. No bo przecież wierzymy w moc modlitwy i w to, że Bóg może zmienić wszystkich i wszystko, prawda?

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Mszalne ćwiczenie Tolkiena
Komentarze (0)

Skomentuj artykuł

Mszalne ćwiczenie Tolkiena
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.