Po co księdzu pustynia?

Po co księdzu pustynia?
(fot. HORIZON / flickr.com / CC BY-NC-ND 2.0)

Jak trzeźwo zauważył Szymon Hołownia w tekście "Homilia czy Jezus" wywołanym przez pierwotną skargę Małgorzaty Wałejko opublikowaną w "Więzi" ("Nie-Dobra nowina"): "Przez katolickie internety przeleciała znów dyskusja o jakości kazań w polskim Kościele." Od tego czasu pojawiły się kolejne głosy, w tym polemika samej Gosi na blogu Szymona. Podzielam niestety obawy ks. Wojciecha Węgrzyniaka, który pisze: "Można i pisać artykuły o kazaniach, ale osobiście jestem sceptykiem. […] Już widzę, jak księża czytają takie teksty, nawracają się, zmieniają sposób głoszenia i teraz już będą głosić dobrze." Ile już było takich artykułów? Dziesiątki, setki? Co więc trzeba zrobić, żeby było lepiej? Pójść głębiej z pytaniami, poszukać przyczyn zjawiska społecznego i postawić wyżej poprzeczkę. Od gadania przejść do robienia, bo samo nie zrobi się na pewno.

Tekst Gosi Wałejko jest nadal kluczowy. Im więcej tekstów, tym łatwiej problem rozmyć i "zagadać". Autorka przyznaje: "Ja napisałam ten "więziowy" tekst ze wściekłości […]." Ma do niej święte prawo, bo są sytuacje w życiu, kiedy człowiek bardzo chce dobra dla drugiej osoby i czuje się bezradny. Bezradność wiąże się z frustracją, prowadząc do wściekłości. Jeśli ktoś nigdy nie rozzłościł się na Boga, nie pokłócił z Nim, nie ma z Nim żadnej relacji. Chrześcijaństwo jest relacją, a nie zbiorem dogmatów czy koncepcją etyczną. Bez relacji, bez miłości, byłoby niczym. To ona nadaje sens, wbrew wszystkiemu. W miłości albo się jest sobą, wyraża emocje, poglądy, wątpliwości, albo gra i udaje. Kłamie po prostu… Z tym, że Wałejko jest wściekła raczej na Kościół niż na Boga. Głównie na kaznodziejów. To ich obwinia o ponury i groźny obraz Boga, jaki mamy - częściowo słusznie. Poza katechezą kazania są głównym, najłatwiej dostępnym źródeł wiedzy o Bogu. Tradycyjnie był chętniej ukazywany jako Tremendum, z pominięciem Fascinans. Pedagogika strachu jest łatwa, wygodna. Na niej wielu katolików, w tym księży, się wychowało. Czego Jaś się nie nauczył, tego Jan nie będzie umiał.

Błogosławiona wściekłość, pod kontrolą rozumu, nie-agresywna. Dzięki niej tekst wywołał odzew, co samo w sobie mogłoby dać kaznodziejom do myślenia. Gdyby każdy ksiądz pozwolił sobie na bycie sobą, wyrażanie uczuć, także tych świadczących o słabości i niedoskonałości, dzielenie się doświadczeniem Boga, trudności związanych z relacją z Nim, miałby wielu słuchaczy. Autentyczność jest dziś fundamentem autorytetu. To centralna wartość współczesnej kultury. Oznacza asertywność, prostolinijność, bezpretensjonalność. Dawanie świadectwa. Kazanie rozumiane jako przemądrzałe nauki wygłaszane ex cathedra, z mocy autorytetu instytucji, trafiają jeszcze do niektórych ale ten styl zanika. Nie trafia w potrzeby ludzi XXI w..

Bywają księża non stop na froncie ideowym, cywilizacyjnym, moralnym, którzy wiernych traktują jak musztrowanych szeregowców. Straszący groźnym Wodzem i Sędzią w jednym, znajdujący oparcie w wizji surowego władcy, którego czują się namiestnikami. Patriarchy na tronie. Jedną z przyczyn dramatu jest to, że Kościół nie nadąża za zmianami w rozumieniu Bożego ojcostwa. A jak ma nadążać, skoro o ojcostwo pyta m. in. feminizm, a więc gender, czyli wróg? Znakomitym przykładem nowego ojcostwa duchowego był Jan Paweł II, teraz mamy Franciszka. Papież, który jest sobą i pochyla się nad każdym w potrzebie, nie buduje autorytetu na dystansie, nie odgradza się murem. Chce być blisko tych, którzy się źle mają. Idzie za Chrystusem z Ewangelii. I zbiera cięgi, bo nie takiego papieża niektórzy chcą. Dwa tysiące lat temu nie podobał się syn cieśli z Nazaretu, który do Jerozolimy wjechał na ośle, bratał się z niemoralnymi. Taki król? Skandal. Kto go uszanuje? A bliski, ludzki, zwyczajny papież? Antychryst, który uderza w prestiż instytucji!

Ten wątek jest oczywisty. Zmiany zachodzą powoli, lecz nieubłaganie, z woli Boga. Odkrywamy Miłosierdzie jako Jego najważniejszy atrybut. Coraz odważniej śpiewamy Mu "Abba, Ojcze". Jest jednak inny trop, co ciekawe - posoborowy, którego nikt nie poruszył.


REKLAMA

Wydawnictwo WAM - darmowa wysyłka książek


Wymagamy od księży autentycznego świadectwa wiary, obcowania z żywym Bogiem. Promieniowania doświadczeniem relacji osobowej, która i nas zachwyci, porwie, napełni nadzieją. Problem dotyczy nie tylko wąskich umiejętności kaznodziejów, ma szerszy charakter. Nie może być dobrym kaznodzieją ktoś, kto czasem nie odejdzie na pustynię. Nie w sensie dosłownym ale dopuszczenia Boga do głosu w swoim życiu. Pustynia po to jest, aby słuchać. Milczeć w odosobnieniu. Budować intymną więź z Panem, jak dziecko z Ojcem, uczeń z Mistrzem.

Kaznodziejstwo jest formą działalności publicznej. Co zrobił Jezus, zanim rozpoczął własną? Poszedł na 40 dni na pustynię. Gdzie jest miejsce pustyni w Kościele Rzymskim?

Inaczej, niż chrześcijanie wschodni, rozdzieliśmy powołanie Marty i Marii, tworząc zakony czynne i kontemplacyjne. Wyrzuciliśmy niemal całkowicie dziedzictwo Ojców Pustyni i tradycję pustelniczą.

Postawiliśmy kulturowo na dwie wartości: aktywizm i wspólnotowość, spychając pustynię (w sensie duchowym) na margines, redukując ją do wąsko rozumianych powołań zakonów kontemplacyjnych. Na Wschodzie św. Antoni Wielki jest czczony jako pustelnik, u nas, co jest niezrozumiałe, jako… opat (podobnie św. Makary). Żeby być opatem, trzeba być cenobitą, należeć do wspólnoty! Antoni pierwszy poszedł na pustynię, klasztory zaczęto budować kilkadziesiąt lat później. Polska tradycja z kolei zna Pięciu Braci Męczenników. Zamordowani w 1003 roku w swojej pustelni, są przedstawiani głównie jako męczennicy i… zakonnicy. Byli pustelnikami! Łączyli ewangelizację z życiem pustelniczym. Jedno nie istnieje bez drugiego. Pierwsi chrześcijanie poszli na pustynię w IV w., niedługo po edykcie mediolańskim, gdy Kościół zaczął cieszyć się przywilejami jako instytucja. Tak narodził się ruch monastyczny, który ma dwie "odnogi": eremicką i cenobicką. Słowo erem czy pustelnia jest puste, egzotyczne. Tymczasem znaczy różne rzeczy. W pewnym sensie na pustynię odszedł Benedykt XVI. Jego wsparcie dla działalności Franciszka to znak naszych czasów.

Są powołania pustelnicze na całe życie, są czasowe. Są też pustelnie "dla aktywnych". Co roku do pustelni benedyktynek jeździ ks. T. Halik, swoją pustelnię ma o. J. Góra, ks. A. Muszala - znakomici mówcy, pisarze i duszpasterze. Do "Reguły dla pustelni" św. Franciszka z Asyżu wracają franciszkanie, powrót do korzeni widać u karmelitów. Potrzebę pustelni w powołaniu czynnym dostrzegł św. br. Albert Chmielowski. Wielu założycieli zakonów, wspólnot i reformatorów miało okres pustyni (na Zachodzie - pustelni). Taka jest tradycja chrześcijańska i pora ją odkryć na nowo w hałaśliwym, pędzącym świecie nowych technologii, w ogromnym tempie życia.

Kaznodzieja prowadzi działalność publiczną. Ma się modlić. Raz do roku jeździ na rekolekcje, gdzie co robi? Słucha kazań. Żyje w biegu, ma dużo obowiązków, ma wykazywać się aktywnością. Być użyteczny i produktywny, mieć osiągi, podnosić statystyki. Gdzie jest miejsce na pustynię w jego formacji?

Od 1983 roku w Kodeksie Prawa Kanonicznego pojawił się kanon 603, który otwiera drogę powołań dla pustelników konsekrowanych. Wiem o jednym księdzu (z doktoratem zrobionym w Szwajcarii), który złożył śluby pustelnicze i trzech pustelnicach konsekrowanych w Polsce. O najbardziej wyjątkowej z nich opowiedziała mi jako pierwsza właśnie Gosia Wałejko. Zna s. Miriam od Krzyża, która mieszka w pustelni przy klasztorze karmelitanek bosych w Szczecinie. S. Miriam złożyła z własnej woli ślub całkowitego milczenia. Wyjaśniła to w pięknym liście "Dlaczego milczę?" opublikowanym w Więzi nr 11/2006:

"Pragnę, aby moje całkowite zamilknięcie było jakąś formą wynagrodzenia za to, co obecnie robi się w naszym kraju ze słowem.
Chciałabym również, aby moje milczenie było znakiem solidarności z ubogimi, w różny sposób niepełnosprawnymi, z wszelkimi "nawiedzonymi", których świat ma za nic, z ludźmi "bez głosu"; także z "głupimi dla Chrystusa". Jest dla mnie zaszczytem znaleźć się w ich gronie."

Kościół nie ufa pustelnikom. Boi się indywidualizmu, nie rozumie już charyzmatu. A nuż to jakiś nieprzystosowany szaleniec? Potrzeba zmiany mentalności, nie tylko w Polsce. Duch Święty woła, prawo kościelne zachęca, kultura zmienia się wolno. Pustelników z powołania zawsze było mało. Są znakiem bycia nie z tego świata. Gosiu: dobry kaznodzieja nie wyskoczy jak królik z kapelusza. Jeśli nigdy w życiu nie stanął przed sytuacją graniczną, która dodała mu odwagi, aby otworzyć drzwi Chrystusowi, to może zrobić tylko jedno. Udać się na pustynię. Usłyszeć głos Boga, żeby zacząć mówić od Niego, a nie od siebie…

Jak napisała s. Miriam: "Pan poprosił o jedną małą rzecz: dar mowy. W tym ubóstwie chce zamieszkać On sam, Słowo  - zamiast  słów." Dobre kazanie to nie popis retoryki ale dzielenie się Słowem przez duże S. Zanim Słowo stało się Ciałem, było Słowem. Dopiero wtedy pojawi się autentyczne kazanie z Ducha - przez duże K.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Po co księdzu pustynia?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.