Lekarze nie dawali mu szans na przeżycie. Dziś głosi Ewangelię i przygotowuje się do kapłaństwa
Historia Jana Mikuški jest opowieścią o gwałtownym zatrzymaniu w biegu życia i o odbudowie wszystkiego od fundamentów. Dwudziestoczteroletni dziś kleryk, pochodzący ze środkowej Słowacji, przygotowuje się do święceń diakonatu. Studiuje teologię, a jeden z semestrów spędził na wymianie w Słowenii. Jego droga do kapłaństwa nie zaczęła się jednak w ciszy klasztornego krużganka, lecz w chaosie dojrzewania, doświadczeniu choroby i dramatycznym kryzysie sensu.
Wczesna młodość Jana była naznaczona silną potrzebą przynależności. Jak wielu nastolatków, pragnął być akceptowany przez rówieśników. Najpierw znalazł swoje miejsce w drużynie piłkarskiej, gdzie wspólnota sportowa dawała mu poczucie wartości i więzi. Jednak wraz z tym środowiskiem przyszły nowe wzorce zachowań – język, treści i styl życia, których wcześniej nie znał. Stopniowo zaczął je przejmować, chcąc nie odstawać od grupy. Rodzinny dom przekazał mu podstawy wiary i modlitwy, lecz w tym okresie silniejsze okazały się potrzeby emocjonalne niż duchowe. Fascynacja nowymi bodźcami wypełniała chwilowo pustkę, ale w dłuższej perspektywie prowadziła do coraz większego zagubienia.
W wieku czternastu lat wydarzyło się coś, co radykalnie przerwało ten etap. Jan doznał ciężkiego wylewu spowodowanego rzadką, genetyczną chorobą naczyń krwionośnych mózgu. Uszkodzone naczynie pękło, a krwotok wewnętrzny doprowadził do stanu krytycznego. Lekarze nie dawali rodzinie nadziei na przeżycie chłopca. Wspólnota parafialna i najbliżsi rozpoczęli intensywną modlitwę, a ku zdumieniu wszystkich następnego dnia Jan się obudził.
Prawdziwa próba dopiero jednak się zaczęła. Po odzyskaniu świadomości usłyszał diagnozę: paraliż lewej strony ciała i brak szans na samodzielne chodzenie. Dla nastolatka, który dotąd żył sportem i planami na przyszłość, był to moment całkowitego załamania. Rozsypała się wizja życia, przyjaciele oddalili się, a on sam zmagał się z gniewem, rozpaczą i poczuciem bezsensu. Towarzyszyły mu myśli rezygnacyjne, a jedynym realnym oparciem pozostali rodzina i parafia.
Ten czas okazał się okresem duchowej pustyni. Jan zadawał pytania o Boga, ale nie potrafił jeszcze dostrzec sensu wydarzeń. Wszystko, co wcześniej nadawało mu wartość, zostało odebrane. Dopiero całkowite rozbicie dawnych fundamentów otworzyło przestrzeń na budowanie nowych.
Po około miesiącu nastąpił nieoczekiwany przełom. Jan odzyskał czucie w sparaliżowanej nodze i stopniowo zaczął poruszać kończyną. Rehabilitacja przyniosła zdumiewająco szybkie efekty – w krótkim czasie z osoby przykutej do łóżka stał się kimś, kto znów chodził i wrócił do służby przy ołtarzu. Trwałym śladem choroby pozostały jedynie trudności z lewą ręką, ale najważniejsza zmiana dokonała się wewnątrz. W Janie obudziła się poważna potrzeba poszukiwania Boga i nowego sensu życia.
Paradoksalnie, w czasie najcięższej choroby nie modlił się o cud. Był rozgniewany na Boga i na obraz Boga, jaki otrzymał w dzieciństwie. Dopiero później zrozumiał, że źródłem kryzysu był także jego własny egocentryzm – świat kręcił się wokół niego, a cierpienie obnażyło tę iluzję. Gdy odzyskał możliwość chodzenia, pojawiło się w nim pragnienie służby. Nie znał jeszcze formy tej drogi, ale oddał swoje życie do dyspozycji Boga.
Z czasem zaczęło dojrzewać powołanie do kapłaństwa. Pierwsza myśl o takiej drodze pojawiła się już w okresie rekonwalescencji, ale decyzja nie przyszła od razu. Po maturze Jan zdecydował się wstąpić do seminarium. Początkowo zderzył się tam z rozczarowaniem – wyobrażał sobie idealną wspólnotę i nieustanną duchową wzniosłość. Rzeczywistość okazała się bardziej zwyczajna i wymagająca. Przeżył poważny kryzys, w którym na nowo musiał zapytać o sens swojego wyboru. Dopiero gdy przestał oczekiwać, że seminarium spełni jego własne wyobrażenia, a zaczął oddawać przestrzeń Bogu, pojawił się wewnętrzny pokój.
Istotnym doświadczeniem na tej drodze było także spotkanie z papieżem Franciszkiem jeszcze przed wstąpieniem do seminarium. Dla Jana było to symboliczne potwierdzenie obranej drogi i duchowy impuls na przyszłość.
Dziś Jan nie idealizuje swojej historii. Wie, że ograniczenia fizyczne nadal są częścią jego życia i że czasem bolą. Nie ukrywa trudności w modlitwie ani napięć w relacji z Bogiem. Rozumie modlitwę jako realną więź, w której jest miejsce zarówno na zaufanie, jak i na pytania czy bunt. Z tego doświadczenia czerpie przekonanie, że wiara nie jest ucieczką od problemów, ale sposobem ich przeżywania.
Patrząc na cierpienie, Jan nie daje łatwych odpowiedzi. Uznaje je za tajemnicę, której nie da się w pełni wyjaśnić. Wierzy jednak, że Bóg nie pozostawia człowieka samego w próbie i że z czasem można zobaczyć owoce nawet najtrudniejszych doświadczeń. Swoją historię traktuje jako dowód, że czas duchowej pustyni bywa konieczny do wzrostu.
Na pytanie, jakim kapłanem chciałby zostać, nie tworzy precyzyjnych planów. Oddaje swoją przyszłość Bogu i deklaruje gotowość do każdej posługi – niezależnie od jej prestiżu. Każdy dzień traktuje jako dar, zwłaszcza że śmierć jednego z młodych kleryków w jego seminarium uświadomiła mu kruchość życia.
Swoje przesłanie kieruje szczególnie do młodych ludzi, którzy szukają akceptacji na drogach mogących prowadzić do zagubienia. Podkreśla, że Bóg działa w swoim czasie i że okresy oczekiwania czy duchowej pustyni nie są stratą, lecz przestrzenią dojrzewania. Dopiero wtedy człowiek uczy się rozpoznawać to, co naprawdę ważne.
Skomentuj artykuł