Na Końcu Świata wyją wilki. Spędziłem noc w najbardziej odludnym schronisku w Bieszczadach
Ścieżki do "Chaty na Końcu Świata" strzeże stare cerkwisko. Nie ma tu zasięgu. Do najbliższej miejscowości są trzy kilometry, a nocną ciszę przerywa wycie wilków. Jeśli szukasz miejsca, do którego można uciec po "rzuceniu wszystkiego i wyjechaniu w Bieszczady", właśnie je znalazłeś.
Lato to czas podróży, urlopów i odwiecznego pytania: gdzie wyjechać? Doskonale znamy ten dylemat, dlatego chcemy Wam pomóc. W każdy piątek wakacji zabierzemy Was do miejsc, które darzymy szczególnym sentymentem i do których zawsze chętnie wracamy, nawet jeśli nie są pozbawione wad. Podzielimy się sprawdzonymi wskazówkami, pokażemy ukryte perełki i podpowiemy, jak najlepiej odkryć to, co dany region ma do zaoferowania.
Dla pasażerów pochłoniętych mediami społecznościowymi IC 30162 Bieszczady to nic więcej niż zwykły pociąg międzymiastowy. Dla mnie jednak to dotknięcie przeszłości - czasów, w których pociągi pokonywały niezamieszkałe obszary Karpat - i realizacja długo planowanego przedsięwzięcia: "Rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady". Oczywiście pociągiem*.
Moja podróż rozpoczyna się w Krakowie z 45-minutowym opóźnieniem, bo skład, który miał być podpięty do pociągu już czekającego na dworcu głównym, nie dotarł na czas. Dzięki temu mogę zobaczyć łączenie dwóch pociągów i zauważyć nieoficjalną, ukrytą pod szybą maszynisty, nazwę jednego z nich: "Misiek". Idealna nazwa dla pociągu jadącego w Bieszczady.
Tego dnia pokonam koleją 295 kilometrów, częściowo historyczną Galicyjską Koleją Transwersalną, której wschodni odcinek pozostawał dla mnie dotąd białą plamą.
Zgodnie z rezerwacją, zajmuję miejsce w klasie drugiej, jednak szybko je opuszczam. Tak to już jest, że w pociągach wolę miejsca mniej oczywiste, często mniej komfortowe, ale za to oferujące lepsze doświadczenia. W "Miśku" znajduję je w otwartym przedziale rowerowym z odchylanymi siedzeniami.
Za Tarnowem pociąg opuszcza główną magistralę i - skręcając na południowy-wschód - wyraźnie zwalnia. Trasa za to robi się malownicza. Na "Galicjankę: wjeżdżamy w Stróżach. Przed dotarciem do Gorlic wokół robi się naprawdę ciekawie. Szczyty Beskidu Niskiego wydają się być niemal na wyciągnięcie ręki. Niestety kilkanaście kilometrów dalej pociąg znów oddala się od gór, wjeżdżając w Kotlinę Jasielsko-Krośnieńską. Jest trochę monotonnie. Dopiero w Zagórzu, po odbiciu na południe, znowu zagłębiamy się w góry. Skład wlecze się jeszcze bardziej - widać, że linii przydałby się remont, ale z drugiej strony dobrze, że w ogóle jest przejezdna.
Zagaduję do współpasażera - jednego z nielicznych, którzy po minięciu większych stacji zostali w pociągu. Okazuje się, że jedzie z Warszawy i w Rzepedzi ma spotkać się z kumplem, który idzie Głównym Szlakiem Beskidzkim. Będzie mu towarzyszył kilka dni. Trochę mu zazdroszczę.
Za Komańczą w pociągu zostają dwie, może trzy osoby. Przejeżdżając przez Jawornik dostaję gęsiej skórki na myśl o tutejszym cmentarzu, znanym z wampirycznych pochówków. Po prawej stronie w dole dymią bieszczadzkie retorty. "Misiek" pokonuje kilka zakrętów w dolinie rzeki Osławica, następnie wjeżdża w otwartą, pozbawioną drzew dolinę - krajobraz charakterystyczny dla Beskidu Niskiego. Na południowym-wschodzie majaczą jednak pierwsze szczyty Bieszczadów. Wokół jest naprawdę niewiele. W Łupkowie Nowym mijamy kilka rdzewiejących PRL-owskich wagonów i jadący na sygnale wóz straży pożarnej. "Ciekawe, co się pali?" - myślę. Nie przypuszczam, że za kilka godzin będę wzięty za podpalacza. Po kilku minutach zatrzymujemy się w osobliwym miejscu.
Łupków Stary to dawne kolejowe przejście graniczne i prawdziwe odludzie. Dalej jest tunel i Słowacja. Zabudowania stacji robią jednak wrażenie - to wielki galicyjski dworzec z imponującą wierzą obserwacyjną. Choć budynek jest w opłakanym stanie, jego część jest wciąż wykorzystywana do obsługi linii. Za uchylonymi drzwiami dyżurny ruchu, otoczony dźwigniami nastawniczymi, pije kawę.
Od razu idę w stronę schroniska, którego wymowna nazwa - "Chata na Końcu Świata" - świetnie oddaje jego klimat i atmosferę. W lipcowym upale, pośród cykających świerszczy, tylko przez chwilę cieszę się samotnością. Dołącza bowiem do mnie rowerzysta, który tydzień temu rozpoczął podróż po Beskidzie Niskim. Wygląda na kogoś, kto dawno z nikim nie rozmawiał i zasypuje mnie opowieściami o odwiedzonych miejscach.
W połowie drogi wyjaśnia się zagadka jadącego na sygnale wozu strażackiego. Kilkanaście bali z kiszonką (charakterystyczne wałki sprasowanej trawy, które można zobaczyć na łąkach Beskidu Niskiego pod koniec lata) niemal doszczętnie spłonęło, zostawiając po sobie czarne, tlące się pogorzelisko. Chociaż strażacy obficie polewają spaloną trawę wodą, szary dym wciąż unosi się w powietrzu. "Samozapłon" to pierwsze skojarzenie, które przychodzi mi do głowy.
Za pogorzeliskiem gubimy szlak i zamiast na ścieżkę prowadzącą do "Końca Świata", wychodzimy na otwartą przestrzeń, z której widać okolice Łupkowa. Zawracamy do starego cerkwiska i ostatecznie odnajdujemy szlak. Po dziesięciu minutach zza drzew wyłania się słynne schronisko.
Budynek jest odnowiony. Choć ma świeżo położony dach i sprawia wrażenie solidnego, na zdjęciach w internecie, które wykonano je parę lat temu, jego ściany nie są tak równe, a dach w kilku miejscach zapada się pod własnym ciężarem. Wchodzę i witam się z chatarem.
Janek ma na oko 60 lat, krótką brodę i krzaczaste brwi, schowane za szkłami masywnych okularów. Mieszka na "Końcu Świata" cały rok, pełniąc funkcję opiekuna schroniska i gospodarza przyjmującego gości. Ponieważ nie będę jedynym nocującym, "rozmowę BHP" zostawiamy na później. Zanoszę rzeczy na górę (na "Końcu Świata" śpi się na materacach w wieloosobowej sali na poddaszu), robię kawę i wypijam ją pod rosnącą niedaleko sosną. Wkrótce zjawiają się zapowiadani przez Janka pozostali goście. To przemierzający samotnie Bieszczady Jurek oraz Mikołaj i Weronika - jego znajomi, którzy postanowili spotkać się z nim na trasie.
"W schronisku możecie grać i śpiewać wszystkie piosenki poza disco polo i szantami" - mówi na koniec "wprowadzenia BHP" Janek, co początkowo przyjmujemy jako żart.
"A co z EKT Gdynia**" - pytam, próbując rozładować lekkie napięcie. Janek przez ułamek sekundy zastanawia się, o co mi chodzi i szybko zmienia temat. Jak się później okazuje, jego prośba jest całkowicie na serio i w zasadzie - zrozumiała. "Po co w górach śpiewać szanty?" - pyta retorycznie.
Z przybyłą ekipą umawiamy się, że wieczorem zapalimy ognisko. Kiedy Weronika, Mikołaj i Jurek zaczynają się rozpakowywać, wyruszam pieszo do Nowego Łupkowa na niedzielną Mszę (jest co prawda sobota, ale Eucharystia w niedzielę - jak dowiedziałem się wcześniej z telefonicznej rozmowy z kościelnym - na prośbę zmęczonych upałami parafian została przełożona na 6:30 i boję się, że zaśpię).
W końcu jestem sam (towarzysz na rowerze odjechał). Popołudniowy upał rozlewa się na szutrową drogę, a ukryte w trawach między szlakiem i lasem świerszcze kontynuują w dusznym powietrzu swój najgłośniejszy w tym roku koncert. Na wschodzie majaczą pierwsze bieszczadzkie szczyty. Mniej więcej w połowie drogi obok mnie zatrzymuje się samochód, w którym siedzi młode małżeństwo. Proponują mi podwózkę. Znowu nie jest mi dane cieszyć się samotnością, ale chętnie zgadzam się na transport i za kilka minut wysiadam Nowym Łupkowie. Do Mszy jest jeszcze godzina, więc idę do sklepu po wodę i piwo.
Moją uwagę przykuwają stare zielone wagony, które jeszcze kilka godzin wcześniej widziałem z pociągu. Okazuje się, że stacja, na której stoją, tętni turystycznym życiem i jest gratką dla miłośników kolei. Pytam gospodarza, czy mogę zrobić kilka zdjęć "pociągowi widmo". Ten nie tylko się zgadza, ale i daje klucz, żebym mógł wejść do środka. "To skład rządowy Edwarda Gierka" - rzuca, zaczynając opowieść o pociągu, który przemierzał niemal cały socjalistyczny świat - od Moskwy po Ułan Bator. Zaciekawiony, wbijam do środka i przyglądam się pozostałościom PRL-owkiego wyposażenia: podniszczonym meblom, resztkom sprzętu audio, flagom i obrazom przedstawiającym polskie miasta. Ciekawe, że choć w pociągu były sypialnie z prysznicem, zawartość toalety wypływała prosto na tory.
Po Mszy idę z powrotem do schroniska. Otwierając wciąż zimne piwo, liczę, że tym razem nikt nie przeszkodzi mi w spacerze. Niestety, nawet na pograniczu Beskidu Niskiego i Bieszczad, spotkań z ludźmi jest więcej, niż mogłoby się wydawać. Chyba nawet na swój sposób ich do siebie przyciągam. Wkrótce obok mnie zatrzymuje się pickup z mężczyzną w bandanie, który niby oferuje podwózkę, niby daje do zrozumienia, że powinien go posłuchać. Wsiadając, pilnuję, by dwie butelki z piwem w siatce, nie wydawały charakterystycznych dźwięków. Okazuje się, że gość za kierownicą to pracownik gminy od zarządzania kryzysowego, który wziął mnie za podpalacza kiszonki i zadaje sporo pytań - co tu robię, gdzie idę, kiedy przyjechałem… Gdy jednak dociera do niego, że mam zupełnie inne sprawy na głowie niż podpalanie siana, zaczynamy przyjazną rozmowę. Mężczyzna ma do rozwiązywania zagadkę tajemniczych pożarów, które w ostatnich dniach pojawiają się na składowiskach z kiszonką i wolałby być teraz z rodziną. Zostawia mnie pod cerkwiskiem.
Wieczorem nie udaje nam się zapalić ogniska, ponieważ pod schroniskiem ojciec z małym synkiem rozbili namiot i położyli się wcześnie spać. Zamiast tego pieczemy kiełbasy na patelni i do późna rozmawiamy przy piwie i gitarze. Weronika w końcu pasuje, ale Mikołaj, Jurek i ja jeszcze długo śpiewamy piosenki o Bieszczadach. A ponieważ chłopaki poznali się na żaglach - łamiemy zasadę chatara i gramy kilka szant.
Późną nocą wychodzę na taras schroniska, by posłuchać ciszy. Na niebie kręci się Droga Mleczna, a światło księżyca odbija się od niskiej mgły, pełznącej ku werandzie. Wielki kocur, który wcześniej chodził swoimi drogami, siada obok mnie, zaczyna mruczeć i, łasząc się, dopomina o uwagę. Gdy tylko wyciągam do niego rękę, wskakuje na moje kolana i układa się w kłębek.
Nagle dociera do mnie dźwięk, od którego dostaję gęsiej skórki. Choć słyszę go po raz pierwszy wżyciu, doskonale wiem, jakie zwierzę go wydaje. Gdzieś w lesie, najwyżej kilkaset metrów ode mnie, zaczyna wyć wilk. Po chwili dołączają do niego inne. Odgłosy watahy są coraz bliżej. Tajemnicze, niepokojące, złowrogie… Tylko tłusty kocur na moich kolanach mruczy, niewiele sobie robiąc z towarzystwa wilków.
O dziwo - mimo zarwanej nocy - budzę się wypoczęty i choć wcześniej tego nie planowałem, idę na poranną Mszę. Gdy wracam, po gościach "Końca Świata" nie ma już śladu - Jurek poszedł w dalszą drogę, a Weronika z Mikołajem wyruszyli do muzeum Beksińskiego. Poranek spędzam więc z Jankiem, pijąc kawę. Rozmawiamy o ociepleniu klimatu i teoriach spiskowych. Na koniec biorę hamak i ruszam na spacer, by ostatnie chwile w Łupkowie spędzić na pobliskim wzgórzu, słuchając szumu wiatru i szelestu kołyszących się traw. Ładuję akumulatory.
Pociąg do Krakowa odjeżdża punktualnie. Z żalem żegnam się z "Końcem Świata", w którym chociaż nie ma nic, jest wszystko czego potrzeba, zabierając z sobą odrobinę bieszczadzkiego spokoju.
* Moją kolejową podróż w Bieszczady odbyłem w lipcu 2025 roku. W 2026 roku PKP Intercity nie uruchomiło bezpośredniego połączenia z Krakowa do Łupkowa.
** EKT Gdynia to polski zespół szantowy, który ma w swoim repertuarze również kultowy w środowisku turystycznym utwór "Bar w Beskidzie".
Dziękuję, że przeczytałeś/przeczytałaś ten reportaż do końca. Sięgnij po więcej moich artykułów i odwiedź mojego bloga.
Skomentuj artykuł