Polak, który został wzorem dla Papuasów. Historia lekarza w sutannie, który uleczył dżunglę

O. Jan Jaworski. Fot. YouTube / ojwojtek
YouTube / ojwojtek/ misyjnie.pl / radioemaus.pl

Wyobraź sobie, że porzucasz stabilną karierę chirurga w Poznaniu, by zamieszkać w jednym z najbardziej odizolowanych miejsc na ziemi. Miejsce, gdzie zamiast asfaltu masz błoto, zamiast klimatyzacji parną dżunglę, a zamiast spokojnych dyżurów plemienne wojny na maczety. Tak zaczyna się opowieść o ojcu Janie Jaworskim, Polaku, który w prowincji Chimbu na Papui-Nowej Gwinei stał się żywą legendą, łączącą precyzję skalpela z siłą modlitwy.

Geniusz z Poznania i "Umowa z Bogiem"

W latach 70. Jan Jaworski był obiecującym absolwentem Akademii Medycznej w Poznaniu. Miał fach w ręku i świat u stóp, ale czuł, że polskie sale operacyjne to dla niego za mało. Ciągnęło go tam, gdzie pomoc jest towarem deficytowym. Już na studiach zaprzyjaźnił się z ks. Andrzejem Grzelą, z którym razem planowali misje, marząc o wyjeździe do egzotycznej Papui. Gdy koledzy ruszyli w 1974 roku, Jan został, by zdobyć specjalizacje: chirurgię ogólną oraz urazowo-ortopedyczną.

Punktem zwrotnym była wystawa w Wiedniu poświęcona Papui-Nowej Gwinei. Patrząc na zdjęcia wymalowanych wojowników z górskich plemion, poczuł jednocześnie paraliżujący strach i nieodpartą fascynację. To wtedy zapadła decyzja: Jan postanowił zostać księdzem, nie rezygnując z bycia lekarzem. Wysłał list do Ministerstwa Zdrowia Papui i jednocześnie zapukał do drzwi seminarium. Jak sam wspomina: "Zawarłem z Bogiem umowę – cokolwiek się stanie, jestem gotowy". Bóg przyjął wyzwanie, choć droga do wyspy wiodła przez biurokratyczne piekło i wyjazd na... paszporcie turystycznym.

Walka o prawo do operowania

Droga do bycia "chirurgiem w sutannie" nie była usłana różami. Kościelna biurokracja bywała równie sztywna, co medyczne procedury. Przełożeni w zakonie stawiali sprawę jasno: "Albo Msza, albo sala operacyjna. Nie można służyć dwóm panom". Dla ojca Jaworskiego była to bolesna próba, bo wierzył, że jego dłonie leczą na chwałę Bożą.

DEON.PL POLECA

Sytuację uratował dopiero Jan Paweł II. Kiedy papież (który sam dwukrotnie odwiedził Papuę) mianował nowego biskupa dla tamtejszych terenów, nastąpiło zmiękczenie serc hierarchów. Ojciec Jaworski dostał dyspensę i mógł wrócić do ratowania ludzkiego życia w najbardziej ekstremalnych warunkach.

Biały Wódz plemienia Chimbu

Przez ponad 40 lat pracy w regionie Chimbu, o. Jan wypracował sobie autorytet, jakiego nie posiadał tam żaden biały człowiek przed nim. W kulturze, gdzie krew przelewa się za zabitą świnię lub obrazę honoru, Polak stał się najwyższą instancją rozjemczą. Gdy w 2001 roku wojna klanowa spaliła jego parafię Jombal "aż do ziemi", o. Jan nie uciekł. Co niedzielę bił w dzwon w pustym kościele, aż ludzie zaczęli wracać z kryjówek w dżungli.

DEON.PL POLECA

 

 

Dzięki swojej niezłomności i odwadze został okrzyknięty wodzem. Ale o. Jan nie kolekcjonuje tytułów. Dla niego ważniejsza jest punktualność. Wierzy, że na misjach "czas to życie", a minuta spóźnienia w dżungli może oznaczać, że pacjent wykrwawi się na stole, zanim on zdąży umyć ręce do zabiegu. Dziś, gdy populacja wyspy wzrosła trzykrotnie, o. Jan operuje często w holu szpitalnym, bo sale nie mieszczą już potrzebujących.

OjWojtek i zderzenie z brutalną rzeczywistością

Niedawno o ojcu Janie dowiedziało się młodsze pokolenie Polaków dzięki wyprawie popularnego youtubera Wojtka Przeździeckiego (ojwojtek). Film z wizyty u misjonarza stał się hitem, bo pokazał o. Jana nie jako posągową postać z ambony, ale jako zmęczonego i niesamowicie zdeterminowanego człowieka, który wciąż biega między kościołem a szpitalem, walcząc z korupcją i brakiem sprzętu.

Internauci mogli zobaczyć "polski kawałek Papui", czyli miejsce, gdzie o. Jan otacza szczególną opieką kobiety, ofiary przemocy seksualnej i plemiennych rytuałów. To tam wybrzmiało jego najsłynniejsze zdanie: "Leczenie ciała jest tym łatwiejszym zadaniem. Naprawa ludzkiej duszy i zbrutalizowanej społeczności to prawdziwe wyzwanie".

Więcej niż lekarz, więcej niż ksiądz

O. Jan nie nawracał Papuasów siłą. On najpierw zszywał ich rany, budował dla nich domy opieki, a dopiero potem, własnym przykładem, pokazywał, że istnieje inna droga niż odwet i maczeta. Nawet adwentyści czy wyznawcy innych religii składają przed nim broń, widząc w nim "człowieka Bożego".

Największą wartością jest po prostu bycie dla drugiego człowieka, bez względu na to, jak bardzo "dziki" wydaje się nam jego świat.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Polak, który został wzorem dla Papuasów. Historia lekarza w sutannie, który uleczył dżunglę
Komentarze (3)
JM
~Justyna Mic
10 maja 2026, 10:14
W Papui-Nowej Gwinei ksiądz może dzwonić i wzywać wiernych. W naszej i okolicznych parafiach można dzwonić tylko o wyznaczonej porze: nawet na Wielkanoc i na pogrzebach nie wolno. Z powodu nadmiernej głośności ograniczono użytkowanie boisk sportowych (np. tylko do godziny osiemnastej). Władze wzięły stronę kogoś,komu przeszkadza każdy hałas. Czasem się zastanawiam, czy jeszcze mieszkają na terenie parafii, czy może się już przeprowadzili, a zakaz pozostał.
HZ
~Hanys z Namysłowa
10 maja 2026, 21:00
Szanowna Pani,w latach 70, pracował taki jeden na kopalni, dzięki legitymacji partyjnej skończył podstawówkę, potem techniczne górnicze,miał wszystko w raportach pisał,szczelanie stropu,jemu też przeszkadzały dzwony w bytomskich parafiach, napisał więc skargę do odpowiednich władz,jak załoga kopalni się dowiedziała,to stał się obiektem kpin, pośmiewiskiem, wtedy Polacy inaczej reagowali , tragiczne wręcz jest to że dziś ludzie w Polsce mają to gdzieś.U nas w Niemczech mieszkam blisko kościoła w ewangelickiego, jakieś 100 metrów, mają bardzo piękne i donośne dzwony, dzwonią o 12,o 18, dzwonią do pogrzebu.W okresie pandemii biły dodatkowo o 20,przez 15 minut,u nas ta pandemia wszechczasów budziła wielki niepokój,dzwony przypominały i zagrożeniu, zawsze dzwony dzwonią w czasie trwogi.Tez się dziwię co się z Polską stało.Podobno jest to kraj katolicki.czy Polacy w swoim oportunizmie wszystko zatracili?
HZ
~Hanys z Namysłowa
9 maja 2026, 14:00
Szkoda że nie wiem kto był autorem tej wystawy, mogę przypuszczać że był nim inny werbista,bo oni tam byli na misjach, miałem szczęście poznać jednego Ślązaka, nazywał się o. Józef Jurczyga SVD,był z zamiłowania fotografem,występował w latach 70 w programie TVP,6 kontynentów.Duzo opowiadał o Papuasach,w latach 60 ub wieku byli jeszcze ludożercami, byłem na kilku jego prelekcjach w latach 60 tych, pierwszy raz widziałam kolorowe slajdy,w Polsce były jeszcze nieznane.Potem w kościele w Bytomiu słyszałem że rząd Indonezji zwrócił się do Polski o wysłanie jeszcze więcej misjonarzy,co bardzo zdziwiło szefa polskiego MSZ,Czyrka.Takie wspomnienia wróciły po przeczytaniu tej publikacji.Misjonarze SVD odegrali duża rolę w cywilizowaniu tego plemienia mającego bardzo mały kontakt z cywilizowanym światem.Holendrzy lubili eksploatować tą kolonię,a potem zostawili ich samych siebie,tam mówił mi Indonezyjczyk mieszkający obecnie w Niemczech.