Gen. Gielerak: najłatwiej zaatakować kraj między trzecią a piątą rano, w dzień świąteczny
Wojna nie zaczyna się od wystrzału, ale od momentu, w którym system przestaje działać wystarczająco szybko. W rozmowie z dziennikarzem portalu Zero.pl, gen. broni prof. Grzegorz Gielerak, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie, opisuje, jak wyglądałby pierwszy etap poważnego kryzysu militarnego lub terrorystycznego w Polsce i co w takich chwilach decyduje o przetrwaniu systemu ochrony zdrowia.
- Generał Gielerak wskazuje, że "najłatwiej" uderzyć w państwo "między trzecią a piątą rano", gdy większość społeczeństwa śpi, a dodatkowym czynnikiem ryzyka są dni świąteczne.
- Jak podkreśla ekspert, system ochrony zdrowia nie załamuje się stopniowo, lecz "od pierwszej sekundy" działania SOR-ów, gdy zaczynają dzwonić telefony i dochodzi do krytycznego obciążenia.
- W sytuacji kryzysowej najszybciej brakuje personelu medycznego. Jak mówi, "przede wszystkim ludzi", ponieważ infrastruktura i zasoby błyskawicznie przestają wystarczać przy masowym napływie poszkodowanych.
- Generał podkreśla, że przygotowanie nie może być sporadyczne - "prawdziwa gotowość nie zna przerw". Jednocześnie zaznacza, że nie wszystkie placówki w Polsce są przygotowane na duże obciążenia, a czas na budowę systemu bezpieczeństwa medycznego się kurczy.
Najłatwiej zaatakować kraj "między trzecią a piątą rano"
Jak mówi, kluczowe znaczenie ma nie tylko przygotowanie instytucji, ale także moment, w którym potencjalne zagrożenie uderza. Na pytanie dziennikarza, kiedy najłatwiej byłoby wyrządzić Polsce krzywdę, odpowiada wprost:
"Między trzecią a piątą rano. Wtedy większość z nas pogrążona jest w głębokim śnie. Nie bez przyczyny największe konflikty zbrojne rozpoczynały się właśnie o tej porze".
Generał zwraca też uwagę, że "najbardziej ryzykowne są zawsze dni świąteczne". Dodaje, że w sytuacji masowego zdarzenia system ochrony zdrowia nie "pęka" stopniowo, ale reaguje natychmiastowym przeciążeniem. Jak stwierdza w rozmowie z dziennikarzem, dzieje się to "od razu. A konkretniej od pierwszej sekundy, gdy rozdzwaniają się telefony na szpitalnych oddziałach ratunkowych. Jest to moment krytyczny, zdolny sparaliżować cały łańcuch reagowania. Wtedy najważniejsze staje się pytanie: jak szybko jesteśmy w stanie odzyskać kontrolę nad rzeczywistością?" - czytamy na Zero.pl.
Największym problemem w przypadku ataku zbrojnego są braki kadrowe
W ocenie dyrektora WIM kluczowym zasobem w kryzysie nie są wyłącznie leki czy krew, lecz przede wszystkim kadry medyczne. Jak podkreśla, chodzi "przede wszystkim ludzi. Zwłaszcza tych z wysokimi kwalifikacjami. Żadna przychodnia czy szpital nie jest w stanie przyjąć kilkukrotnie więcej pacjentów, niż danego dnia zakładała. Błyskawicznie kończy się też miejsce, w którym można położyć poszkodowanych. Krew i leki wyczerpują się równie szybko" - informuje Zero.pl.
Gotowość do reagowania w przypadku kryzysu nie może być stanem okazjonalnym
Gielerak nie pozostawia też wątpliwości co do znaczenia przygotowania i ćwiczeń. W jego ocenie gotowość nie może być stanem okazjonalnym, lecz stałym. Jak mówi: "prawdziwa gotowość nie zna przerw, albo jest stała, albo nie ma jej wcale".
Nie wszystkie placówki w Polsce są przygotowane na duży poziom obciążenia
W rozmowie pojawia się również scenariusz nagłego masowego zdarzenia pod szpitalem. Generał wyjaśnia, że reakcja byłaby natychmiastowa i oparta na procedurach: uruchomieniu systemu kryzysowego, skalowaniu SOR oraz mobilizacji dodatkowego personelu. Wskazuje też, że w razie potrzeby wykorzystywane są zasoby innych podmiotów leczniczych.
Jednocześnie ostrzega, że nie wszystkie placówki w kraju są przygotowane na taki poziom obciążenia. W jego ocenie czas na budowę realnego systemu bezpieczeństwa medycznego państwa się kurczy, a warunki geopolityczne wymagają stałej gotowości - czytamy na portalu Zero.pl.
Źródło: Zero.pl / red
Skomentuj artykuł