Lech Kaczyński miał rację

Lech Kaczyński miał rację
Protest na Litwie przeciwko działaniom Rosji na Krymie (fot. EPA/Valda Kalnina)
7 lat temu

Rosyjskie działania na Krymie pokazują, że historia oparta na zbrojnym konflikcie państw wcale nie przestała być realna w naszym regionie. I nie wynika to wcale z faktu, że u steru władz Federacji Rosyjskiej jest właśnie Władimir Putin.

Polskie media w ostatnich dniach pełne były wypowiedzi zdumionych ekspertów i publicystów, którzy nie mogą zrozumieć rosyjskich działań. Tuzy mainstreamowego dziennikarstwa na czele z Tomaszem Lisem, Moniką Olejnik wyrażają głośno swoje zdumienie i oburzenie. Często słychać głosy, że Putin zachowuje się irracjonalnie, że oszalał, że "chyba jest chory". Szczerze mówiąc, trudno inaczej niż z politowaniem odnosić się do tego typu wypowiedzi. Tego rodzaju "analizy sytuacji" świadczą raczej o tym, że duża część naszych opiniotwórczych elit, ale także publiczności pogrążona była w swoistej "geopolitycznej drzemce", że zwykłe chciejstwo, życzeniowe myślenie dawało przyjemną iluzję całkowitego bezpieczeństwa.

Dziś powszechnie przypomina się słowa prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wypowiedziane 12 sierpnia 2008 r. w stolicy Gruzja, Tibilisi. Wiązały się ze zbrojną agresją Federacji Rosyjskiej na to państwo. Prezydent mówił: "Dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę". W znacznej części polskich mediów te słowa wyszydzano jako histeryczne, jako przedstawianie niemożliwych do zrealizowania scenariuszy. Dziś słyszę je wypowiadane z całą powagą przez ludzi, którzy z nich kpili. Czytam je na portalach, na których w dobrym tonie było naśmiewanie się z geopolitycznych obaw prezydenta Kaczyńskiego. Skąd ta zmiana?

Typ umysłowości znacznej części polskich publicystów ukształtowany jest na mrzonkach związanych z wizją "końca historii", który miał nastąpić także w naszym regionie po upadku Muru Berlińskiego i Żelaznej Kultury. Dość powszechna stała się wtedy wiara w spokojny świat, w którym konflikty rozwiązuje dyplomacja i handel, Rosja jest wreszcie słaba, a cały kontynent, na czele z Unią Europejską zmienia się wedle demoliberalnych standardów. Ale nic takiego nie mogło się stać: owszem, szczególnie Rosja czasów Jelcyna pogrążona była w znacznym kryzysie tożsamościowym i płaciła znaczną cenę geopolityczną za przegraną czasów Zimnej Wojny. Ale bardzo szybko podjęła grę, której stawką było odzyskanie wpływów w poszczególnych częściach tzw. "bliskiej zagranicy", przejęcie nad nimi kontroli politycznej, ekonomicznej, militarnej, a także terytorialnej.

Dlaczego tak się dzieje? Przede wszystkim nie dlatego, że "Putin jest z KGB", jak można tu i ówdzie przeczytać. Najistotniejszej lekcji udzielają nam podręczniki historii, a także mapy historyczne. Nie bez znaczenia są także analizy co bardziej przytomnych rosjoznawców, wskazujących na charakter rosyjskiej idei państwowej. A jest to idea imperialna: nie od czasów, gdy rządzi Rosją Putin, nie od czasów Lenina i Stalina, ale od wielu już stuleci. I na mocy tej idei Rosja będzie zmierzać zawsze do ekspansji. Także na Zachód. Pokazują to również mapy, zarówno sowieckie, jak mapy rosyjskiego imperium. Bardzo przepraszam za mocne słowa, ale tylko głupcy mogli uwierzyć, że coś się w tej materii zmieniło przez ostatnie kilkanaście lat.

Tylko ludzie patrzący krótkowzrocznie, ucieszeni względną słabością Rosji w naszych czasach, mogli uwierzyć, że coś się zmieniło w tych kwestiach. Nic się nie zmieniło, nawet osłabiona Rosja jest groźna dla słabszych od siebie państw. Teraz widzimy, że wykorzystuje każdą okazję, by jak najbardziej twardo bronić własnych wpływów i interesów. A reakcje Zachodu? Cóż, przykład Francji i Niemiec pokazuje, że dopóki te kraje nie czują zagrożenia dla własnych, żywotnych interesów, pozwolą Rosji konsekwentnie poszerzać i odbudowywać strefę wpływów. Jak daleko będzie ona mogła sięgać? Czas pokaże. Bo nie należy się spodziewać, że wysiłki państwa rosyjskiego na rzecz zwiększenia kontroli za swoją zachodnią granicą wygasną samoistnie.

Słyszałem kiedyś opinię, że kilkadziesiąt lat pokoju w naszych stronach jest ewenementem. To opinia, która gorszy, bo spodziewanie się najgorszego jest zawsze w złym tonie, szczególnie wśród ludzi "umiarkowanych i rozsądnych". Tyle że czymś innym jest ekscytacja perspektywą konfliktu zbrojnego, a czymś innym świadomość, że nie jest on niemożliwy. Dlatego właśnie w interesie Polski było i jest trzymać Rosję jak najdalej od swoich granic. A to oznacza, że prezydent Kaczyński miał rację, angażując się w sprawy pozornie odległych nam państw, jak Gruzja. Nie rozumiano go. Całe mnóstwo histeryzujących dziś publicystów wolało święty spokój. Cóż, może krymska/ukraińska lekcja będzie dla nich i dla ich czytelników nauczką i dobitnym przypomnieniem historii naszego regionu.

I na koniec: zbyt łatwo współcześni Europejczycy, w tym my, Polacy, wierzymy, że wojna jest tylko czymś, co jak jeszcze jedną rozrywkę ogląda się w telewizorach. Ale świat jest pełen uchodźców, którzy mieli nadzieję, że wojna nigdy nie zawita w ich próg. Nie szukając daleko: tak przecież było całkiem niedawno w Jugosławii. Cieszmy się z pokoju, ale nie bądźmy naiwni, że jest on dany komukolwiek raz na zawsze.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Lech Kaczyński miał rację
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.