Palikot po wyborach

Palikot po wyborach
Szef Ruchu Palikota Janusz Palikot podczas konferencji prasowej, 20 bm. w Warszawie. Podczas konferencji poinformowano, że dotychczasowy szef świętokrzyskich struktur SLD poseł Sławomir Kopyciński będzie zasiadał w sejmowym klubie Ruchu Palikota. (fot. PAP/Grzegorz Jakubowski )
Dominik Ciołek SJ

Dla PO, zdobycie przez RP ponad 10 procent poparcia było przejrzeniem się w lustrze, by dostrzec pierwsze zmarszczki. PO straciła część głosów ludzi młodych i status gospodarczej i obyczajowej awangardy, by stać się partią ludzi w sile wieku, która uosabia stabilizację i przewidywalność, ale także urzędniczą ociężałość. Przy dość jednoznacznym zwycięstwie wyborczym PO osiągnęła status partii interesu państwa i weszła w swój wiek średni.

Dla PiS Ruch Palikota to objawienie, że nie wszyscy przeciwnicy Jarosława Kaczyńskiego należą do PO. Teraz jest ich nie tylko więcej, ale również są bardziej radykalni niż coraz mniej ideowy, a bardziej pragmatyczny Tusk. Tworzy to paradoksalnie nowe możliwości merytorycznej współpracy PO-PiS, tym bardziej prawdopodobnej im dłużej Palikot wytrwa w swoim radykalizmie.

SLD choć już od dłuższego czasu był już tylko parlamentarnym szyldem dla konstelacji organizacji lewicowych, to ostatnio stracił monopol i resztki autorytetu bycia rdzeniem polskiej lewicy. Wybory 2011 to sukces lewicy społecznej Palikota, która zagospodarowała sierocy elektorat zawiedzony kunktatorstwem PO i pasywnością SLD.

Hierarchia kościelna, choć podobnie jak PiS zdała sobie sprawę, że wyrósł jej nowy i bardziej buńczuczny przeciwnik pozbawiony balastu PRLowskiej przeszłości, to jednak nie znalazła sposobu na pijarowską zagrywkę Palikota, którą jest sprawa krzyża w Sejmie. Mimo, że z moralnego punktu widzenia kwestia jest niejednoznaczna nawet pośród duchowieństwa, to pijarowsko rzecz biorąc, już jest sukcesem Palikota. Nie tracąc czasu, wykorzystał wyborcze "momentum" i na fali medialnej popularności zdobył kolejne procenty poparcia społecznego. A że łatwo może być przegłosowany w Sejmie głosami PO, PiS i PSL, to zapewne już przewidział.

Rozumiem Konferencję Episkopatu Polski, bo cóż innego można było powiedzieć? Teolog czy etyk może i powinien wejść w niuanse oceny nie tylko propozycji Palikota, ale obecności symboli religijnych w sferze publicznej. Natomiast KEP jako strukturalna reprezentacja Kościoła katolickiego, kiedy wypowiada się publicznie, przemawia językiem politycznym czy tego chce czy nie, i nie mogła zająć innego stanowiska niż przeciwko usunięciu krzyża z Sejmu. Pozostaje jednak otwarte pytanie, czy w oficjalnym przesłaniu jest przestrzeń, która pozwoliłaby na sproblematyzowaną dyskusję, która bardziej adekwatnie oddałyby naturę obecności religii w państwie demokratycznym.

Po wyborach 2011 pytanie zasadnicze brzmi: czy Palikot i jego 10 procent poparcia wystarczy na realizację zapowiedzi budowy państwa świeckiego? Myślę, że nie, z zastrzeżeniem.

Sukces Palikota, pomimo jego intensywnej pracy w terenie podczas kampanii wyborczej jest w głównej mierze oparty na jego intuicji i wyczuciu nastrojów społecznych. Zebrał głosy ludzi odrzucających starą alternatywę PO-PiS. Na tle jego niezbyt oryginalnego i wcale nielewicowego projektu "nowoczesnego państwa" wyeksponował z niespotykaną dotąd siłą postulaty antyklerykalne. Zagrał va banque i ugrał 10 procent, wystarczająco, by zdeklasować środowisko post-PRLowskiego SLD i stać się główną siłą lewicy społecznej.

W tym względzie okazał się politykiem skutecznym, od którego nie wymaga się, aby kreował nowe idee. Wystarczy, że właściwie i głośno wypowie to, o czym wielu tylko myśli. To różni pragmatyków i organizatorów od liderów i polityków stanu, którzy kreują nową rzeczywistość. Palikot nie jest ani oryginalny, ani nie posiada sprecyzowanej wizji państwa, poza kalkami osiagnięć demokracji zachodnich. Obserwując Palikota, który wciąż priorytetowo traktuje front antykościelny, wątpię czy on w pełni rozumie na czym polega specyfika inkulturacji demokracji w polskich warunkach. Jest niemniej jednak skutecznym menedżerem i pijarowcem, co w zupełności wystarczy na jakiś czas, by prowadzić politykę głośną, o której będzie się mówić.

Palikot jest mimo wszystko typem gwiazdora, co wprowadza do jego pragmatyzmu element ryzyka. Nawet jak na polskie warunki, zbyt dużego. Kiedy w wywiadach wytykano mu radykalną zmianę poglądów od czasów "Ozonu" do dzisiejszego antyklerykalizmu, bezradnie przepraszał za błędy młodości. Ale "Ozon," to bynajmniej nie zamierzchła młodość Palikota, ale lata 2005-2006. Brak dystansu w podążaniu za zmiennymi ze swej natury tendencjami społeczno-politycznymi czyni Palikota partnerem politycznie niestabilnym, i co za tym idzie, trudnym we współpracy, o czym najlepiej wiedzą jego koledzy z Platformy. Na marginesie należy zauważyć, że skandaliczno-plotkarski styl, w którym rozprawia się z PO w wywiadzie-rzece "Kulisy Platformy" na dłuższą metę buduje wokół Palikota atmosferę braku zaufania, czy też, niemożności jego zbudowania. Czy Palikot, który udowodnił w czasach PO, że albo gra pierwsze skrzypce, albo nie gra wcale, będzie w stanie współpracować na zasadzie partnerstwa w klubie wyborczym? Brak charyzmatycznych osobowości w RP (znamienna odmowa współpracy Ryszarda Kalisza) i sama nazwa ruchu sugerują odpowiedź negatywną.

Ruch Palikota, kiedy przyjrzymy się jego postulatom, jest jak sprinter w przeciwieństwie do maratończyka. Biegnie szybko, ale nie potrafi utrzymać wysokiego tempa. To, co zapamiętaliśmy z kampanii wyborczej to precyzyjna krytyka instytucji Kościoła katolickiego i, już w jej cieniu, mglista wizja "nowoczesnego państwa." To, co jest w stanie zapewnić polityczne paliwo na przyszłość, to wcielanie w życie projektów, które uczyniłyby aparat państwa, prawo i administację bardziej przyjazne obywatelowi.

Ruch polityczny, którego osią jest negatywna krytyka jednej instytycji jest skazany, jeśli nie na wymarcie, to na marginalizację. Obywatelowi, który udziela poparcia wybranej partii politycznej, chodzi przede wszystkim o poprawę jakości życia materialnego. Postulowane przez Palikota zredukowanie roli publicznej Kościoła nie ma tu nic do rzeczy, bo Kościół nie zajmuje się w pierwszym rzędzie bytem materialnym obywateli. Skupienie negatywnej uwagi na instytucji ze swego powołania nieekonomicznej, jest zasłoną dymną mająca na celu odwrócenie uwagi od braku propozycji rozwiązania problemów społeczno-ekonomicznych. I choć te ostatnie tworzą prawdziwą materię polityki probywatelskiej, to Palikot doskonale wie, że podjęcie się reformy państwa jest procesem żmudnym i obfitującym w porażki. Nie ma tu zbyt wiele miejsca na spektakularne sukcesy i popularność medialną (vide: jego organiczona aktywność w Komisji "Przyjazne Państwo").

Zaangażowanie w realną politykę ze swej natury czyni partie polityczne i ich liderów przedmiotem wielostronnej krytyki. Póki co, Palikot nie ukazał się światu się jako lider za jakiego się uważa. Dopóki są wyborcy, którzy widzą różnicę między pijarem a polityką proobywatelską, dopóty Palikot będzie miał sporo do udowodnienia, że jest nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla wyborców. W przeciwnym razie, większość elektoratu Palikota wkrótce porzuci propagandową i chwytliwą politykę "bycia przeciw" i zwróci swe poparcie ku partii, która rzeczywiście będzie realizować program "przyjaznego państwa." Oparta na obietnicach i konfrontacji polityka kampanii wyborczej nie jest opartą na kompromisach polityką dnia powszedniego, i nie da się jej prowadzić przez całą kadencję Sejmu. Na dłuższą metę nikt nie będzie chciał permanentnej wojny w polskiej polityce.

A jednak realizacja państwa świeckiego dokonuje się, ale znacznie wolniej niż chciałby tego Palikot i niekoniecznie jego rękami. Zwyczajne i od dawna znane procesy demokratyzacji i sekularyzacji będą głównymi siłami, które zredefiniują formułę stosunków państwo-Kościół w Polsce. Ale to już nie jest historia Palikota.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Palikot po wyborach
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.