Przemoc domowa

Krzysztof Wołodźko

Kilka lat mieszkałem w Krakowie przy ulicy, gdzie znajduje się Okno Życia. Jednak poza tym wspaniałym dziełem miłosierdzia siostry zakonne prowadzą tam także - a może przede wszystkim - Dom Samotnej Matki.

Czym jest Dom Samotnej Matki, tego wyjaśniać chyba nie trzeba. Znajdują tam schronienie kobiety, które z różnych przyczyn życiowych musiały uciekać z małym dzieckiem z "czterech ścian niewoli/niedoli" - ratować się przed przemocą fizyczną i psychiczną, cierpieniem, strachem, niemożnością zbudowania normalnego życia i domu.

Dlaczego to kobiety w Polsce wciąż muszą uciekać? - pytanie niekiedy źle widziane, bo przez różnej maści moralistów traktowane jako przejaw feminizmu (przeciętnemu odbiorcy prawicowych mediów feminizm kojarzy się co najwyżej z Magdaleną Środą, Kazimierą Szczuką i może jeszcze podejrzanym słowem "patriarchalizm"). Albo inne pytanie: - dlaczego, jeśli uciec nie chcą lub nie mogą, muszą dźwigać przez całe nieraz życie męża/partnera, który pasożytuje na nich w imię "polskiego modelu rodzinnego", powszechnie aprobowanego, w którym "mężczyzna może więcej"? Na ten model składa się wiele: przemoc domowa, oparta zwykle na najbardziej prymitywnej sile i zastraszeniu, brak wsparcia rodziny i najbliższych sąsiadów/znajomych/przyjaciół, stereotypowe myślenie o podziale ról społecznych/domowych (ten już znaczy zresztą mniej), brak efektywnej pomocy ze strony instytucji społecznych i państwowych, czego korzenie wyrastają jeszcze z "obyczajów urzędniczych" PRL i słabości rodzimego społeczeństwa obywatelskiego.

Oczywiście, ktoś znów powie, że "przemoc domowa" to rzecz typowa dla środowisk biednych, marginesu społecznego. Ten stereotyp, pożyteczny dla spokoju sumienia ludzi z tzw. "porządnych rodzin", zakłamuje rzeczywistość. Oczywiście, jeśli komuś przyjemnie jest wierzyć, że w domach szanowanych profesorów, poważanych biznesmenów, lubianych dziennikarzy, polityków lokalnych i "centralnych", albo - tak po prostu - w domach lepiej lub gorzej sytuowanej klasy średniej nie dochodzi do przemocy domowej (mówię tu o wieloletnim, długofalowym procesie, nie kłótni z rzucaniem talerzami) to pozostawiam go z tym tyle naiwnym co szkodliwym obrazem.

DEON.PL POLECA

Mocno wyrażane opinie, takie jak przedstawiona w tym felietonie, powodują nieraz u części czytelników taką oto konfuzję: czy nie dybie się tu aby na świętość rodziny? W takich przypadkach jednak myli się zasadniczo sympatyczny dla ogółu "święty spokój" z prawdziwą świętością i wartością rodziny. Bo jaki to dom i jaka rodzina, gdzie fundamentem jest czyjaś krzywda, czasem ciągnąca się aż po grób - bo nikt nie miał odwagi, sił, nadziei na to, by powiedzieć "dość", by spróbować zmiany. Bo z zewsząd słyszał głosy, że właściwie - ewentualnie - jedyną drogą wyjścia jest ucieczka. A kobieta, szczególnie kobieta z dzieckiem/dziećmi często nie ma gdzie uciec. Co czasem prowadzi do tego, że "pakuje się" w kolejne nieudane związki - nie z głupoty czy z demoralizacji - po prostu mechanizmy psychologiczne i społeczne to determinanty znacznie silniejsze, niż myślą o tym wspomniani już moraliści.

Powie ktoś, nie bez racji, że dojrzały i odpowiedzialny mężczyzna nigdy nie doprowadzi do tego, by kobieta z dzieckiem musiała uciekać z domu. Problem w tym, że w związki (w tym sakramentalne) wchodzą nie zawsze dojrzali mężczyźni i dojrzałe kobiety. Ta kwestia to także wielkie wyzwanie - również dla duszpasterzy Kościoła. To jednak trochę inne zagadnienie, które wymagałoby osobnego felietonu.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Przemoc domowa
Komentarze (19)
M
mieszczuch
22 stycznia 2013, 11:51
@zielona To prawda, ale ze sposobem wyrażania przemocy przez kobiety bywa różnie. Podobno, nawet zgodnie ze starymi statystykami, sprzed 8 lat, 50% więcej kobiet uderzyło swojego męża w twarz, niż na odwrót. Teraz ta tendencja się pogłębia. Kobiety niszczą swoich mężów nie tylko psychicznie.  W naszym społeczeństwie, w trwałych małżeństwach, nawet jednorazowe uderzenie żony uchodzi za patologię i jest potępiane przez otoczenie, natomiast jeśli to kobieta bije męża, zwykle jest kwitowane krótko: "sam sobie winien". 
Katarzyna Rybarczyk
22 stycznia 2013, 10:59
Każy uznaje własną patologię za normę... lub też wyobrażenie o niej. Szczerze mówiąc, nie znam nikogo, kto w tzw. sakramentalnym związku uderzyłby żonę... To koszmarny obciach - tak u mnie w pracy, jak i wśród znajomych, czy tutaj, gdzie mieszkam. Przy czym kilka nieco zbyt ostrych żon znam - i to nie zawsze bywa śmieszne ;))) To prawda. moja teściowa konsekwentnie i od lat stosuje wobec swojego męża i dzieci przemoc psychiczną. Kobiety również bywają sprawcami przemocy, tylko maja inne metody, które trudniej udowodnić...
22 stycznia 2013, 10:58
@Krzysztof Wołodźko Proszę spojrzeć jeszcze raz na swój tekst. Miesza on wiele wątków i powszechnie uznanych prawd z oskarżeniami pod adresem wybranych grup. Problem poruszany jest ważny i realny, ale tekst wygląda bardziej na lewicową agitkę niż solidną wypowiedź. Problem przemocy domowej nie jest uwarunkowany poglądami politycznymi sprawców, a jeśli jest to... proponuję poczytać statystyki z głosowania w obwodach zamkniętych. Dlaczego to kobiety w Polsce wciąż muszą uciekać? Dlaczego to pytanie może być traktowane jak przejaw feminizmu? Bo uczciwe postawione powinno brzmieć: Dlaczego ofiary przemocy domowej muszą uciekać? Bo musza uciekać niezależnie od płci. Muszą bo... no i mamy politykę – Państwo (tu Sądownictwo, Policja) nie działa. Dlaczego musi uciekać więcej kobiet niż mężczyzn – bo są silniejsi fizycznie, a Państwo (i społeczeństwo) nie staje po stronie słabszych. I następne pytanie: Dlaczego wśród zgłoszeń przeważają kobiety? Czy decyduje tu tylko siła fizyczna czy też stereotyp mówić, że chłop nie pójdzie na babę na policję bo wstyd... (liczba zgłoszeń w ciągi 10 wzrosła o 50% w przypadku przemocy wobec kobiet i o 200% w przypadku przemocy wobec mężczyzn). Bo znęcanie psychiczne trudniej udowodnić? Chłop po prostu wyprowadza się do innej baby? Jest, źle a będzie jeszcze gorzej – po prostu rodzina jest w kryzysie. Te rodziny w statystykach to przemoc domowa - wspólne zamieszkiwanie niezależnie od formy prawnej związku.  Jak kiedyś chłop bił babę to jej bracia dawali mu w skórę pod karczmą...
D
ditdi7t
22 stycznia 2013, 10:08
Niezły tekst. Problem przemocy niekoniecznie fizycznej jest na porządku dziennym i w małżeństwach i w związkach niesakramentalnych i na nic zda się skarament jak w sercach ludzi nie ma Boga. Kłopot w tym, że bez sakramentu można łatwiej zerwać relację a w małżeństwie trzeba się godzić z tym, że do końca życia będzie się siedziało przy kupce popiołu i błota, która została po płomiennej miłości z pierwszych lat po ślubie.
M
mieszczuch
22 stycznia 2013, 00:34
Małżeństwo nie chroni, ale "życie na kocią łapę" - naraża. Nie ma zobowiązań, nie ma odpowiedzialności, nie ma współodpowiedzialności, pojawia się stres, konieczność rozładowania - to jest i przemoc. Jak się przesadzi, to zmienia się partnera i po problemie... W małżeństwie jest perspektywa reszty życia z tą jednorazową (?) przemocą. Nie wyobrażam sobie, żeby żona chciała żyć z mężem, który ją poniżył... No chyba, że przeprosił na klęczkach, odpokutował i nie zrobił tego nigdy więcej. Przecież żona to mąż, mąż to żona. Jak można poniżać kogoś, z kim jest się na dobre i na złe?...
M
Marga
21 stycznia 2013, 23:34
Patologie są wszędzie - małżeństwo, niestety, przed nimi nie chroni...
M
mieszczuch
21 stycznia 2013, 23:12
Każy uznaje własną patologię za normę... lub też wyobrażenie o niej. Szczerze mówiąc, nie znam nikogo, kto w tzw. sakramentalnym związku uderzyłby żonę... To koszmarny obciach - tak u mnie w pracy, jak i wśród znajomych, czy tutaj, gdzie mieszkam. Przy czym kilka nieco zbyt ostrych żon znam - i to nie zawsze bywa śmieszne ;))) Natomiast, jeśli chodzi o związki "na kocią łapę", to w zasadzie wszyscy alkoholicy mieszkający w okolicy (mieszkam na starym, PRLowskim osiedlu) żyją w takich związkach. Policja przyjeżdża niemal tylko do nich i tylko oni robią awantury. Nie ma takich zbyt wielu i wszyscy o nich wiedzą.   A reszta... szkoda gadać. Nawet największe kozaki, najwięksi pyskacze miękną przy swoich połowicach... Ale zgodnie z doświadczeniami niżej podpisanych, reszta pewnie bije się po cichu...
21 stycznia 2013, 23:03
Kochani! Wygląda na to, że największe patologie są w małżeństwie. W związku partnerskim to nie występuje. Zatem po co się żenić/za mąż wychodzić? Czy nie lepiej na kocią łapę?
M
Marga
21 stycznia 2013, 22:25
Brawo święta naiwności! Sakramentalny związek trwający od 40 lat nie uchronił mojej teściowej od przemocy fizycznej i psychicznej; patrząc z boku - idealna para, zasiadająca w pierwszych ławkach powiatowego kościoła. Ludzie, to naprawdę nie jest margines! Byłam w szoku, bo o przemocy dowiedziałam się dopiero po slubie, a znałam ludzi od wielu lat. W mojej klatce też jest małżeństwo - starsi ludzie - w którym przemoc werbalna jest na porządku dziennym (wyzywanie, ponizanie itp.). To nie są odosobnione przypadki. Poza tym: jeśli nawet zasięg przemocy byłby mniejszy niż się nam wydaje, czy to zwalnia z wrażliwości?
R
RP
21 stycznia 2013, 21:51
Mysle, ze to bardzo dobry artykul. Maz mojej kolezanki nie pije, ale za to jak krzyczy i terroryzuje (oboje z wyzszym wyksztalceniem, Warszawa; normalna rodzina)! I przypomne sobie mojego dziadka, ktorego bardzo kochalam, ale ktory byl totalnym despota niezdolnym do normalnej rozmowy i uwzglednienia racji innej osoby. Takie zachowania mialy bardzo negatywny wplyw na wielu czlonkow rodziny (ach, dla swietego spokoju: motto mojego dziecinstwa). A moja rodzina jest normalna, wszyscy pracowali(a), nie bylo alkoholu, wierzaca, blisko kosciola, z tradycjami muzycznymi. A u sasiadow bylo gorzej. Trzeba zmieniac stereotypy, podwyzszac bariere normalnosci, uczyc lepszych i bardziej konstruktywnych zachowan.
ŻU
życie uczy
21 stycznia 2013, 20:03
ja nie wycofałam zeznania. ale mojemu mężowi, rodzicom i sąsiadom udało się metodą chowania głowy w piasek doprowadzic do sytuacji, że właściwie zostaliśmy formalnie uznani jako współwinni i zostawiono nas samym sobie. i tylko własnemu przebudzeniu (łasce Bożej) i postawieniu spraw na ostrzu noża zawdzięczam wyprowadzenie się Męża. zbytnie zaufanie do pomocy instytucjonalnej, lub do tego że otoczenie zachowa się niezgodnie ze swoimi schematami - prowadzi do wtórnej wiktymizacji ofiary. i choc ofiarą sie nie czuję, to myślę że obiektywnie ujmując nie przeżyłam w pewnym stopniu czego innego niz często przeżywają żony patologicznych alkoholików. a mój Mąż nie pije - i to jest Jego główny atut w każdej konfrontacji ze służbami. dopiero nieformalna separacja pozwala nam na bardziej konstruktywną pracę nad sobą, każdemu z osobna. dla teoretykow trochę zimnego prysznica praktyki.
G
gienek
21 stycznia 2013, 19:09
W tym przypadku zgadzam się z jazmigiem. W przypadku małżeństw sakramentalnych, z wieloletnim stażem, nawet mąż o skłonnościach patologicznych, musi się dostosować do presji otoczenia, środowiska, wyznawanej wiary. Przecież nie da się ukrywać w nieskończoność tego, co dzieje się w czterech ścianach domu, zwłaszcza, jeśli są to ściany bloku. Oczywiście, są i tacy zwyrodnialcy i egoiści, którym wszystko jedno, ale oni raczej nie stworzą trwałej rodziny. W przypadku tzw. marginesu, gdzie związki trwają krótko i gdzie łatwo jest ukryć przemoc, bo trwa ona tyle, co związek - takie patologie są zdecydowanie bardziej częste.  Poza tym, najnowsze badania wskazują, że to kobiety są zwykle źrodłem przemocy. Zerknijcie na [url]http://reklamaspoleczna.blox.pl/html[/url] lub na stronę w serwisie <a href="http://www.prawaojca.org.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=260:mczyzna-jako-ofiara-przemocy-domowej-sawomir-mielnik&catid=1:najnowsze-wiadomoci&Itemid=50">prawa ojca</a>.  Zgadzam się, że jako społeczeństwo powinniśmy chronić samotne matki z dziećmi. Ale nie wylewajmy dziecka z kąpielą. Współcześni mężczyźni i tak już często nie chcą zostać mężami - np. w USA typowa wymówka wiecznego kawalera brzmi "nie, bo kobiety nie są już kobietami". Coś w tym jest.
jazmig jazmig
21 stycznia 2013, 18:02
Do jazmig: Zjawisko nie dotyczy tylko marginesu! To jeden ze stereotypów, dotyczących przemocy. Wykształceni, dobrze sytuowani mężczyźni też biją swoich najblizszych - trzeba się tylko rozejrzeć i nie udawać, że się nie słyszy. Odsyłam do artykułu w "Wysokich Obcasach" sprzed kilku miesięcy - m.in. o tym, jak to pan prawnik rozbił na głowie żony laptop, a jego koleżanka sędzia potwierdziła policji, że to kobieta była agresywna... To tylko mały wycinek rzeczywistości przemocowej... A przemoc ekonomiczna? Kobiety, które "nie pracuja" - czytaj: wychowują przyszłe pokolenia, które muszą tłumaczyć się mężusiom z każdej wydanej złotówki i nie dostają NIC na potrzeby własne? To też margines?? ... Już napisałem do Pauliny, tego się łatwo ukryć nie da. Piszesz o wyjątkach, a nie regule.
jazmig jazmig
21 stycznia 2013, 18:00
@Paulina jazmig Co masz na myśli, pytając o robienie reguły z marginalnych zjawisk? ... Mam na myśli sugerowanie, że przemoc rodzinna jest regułą, a nie wyjątkiem. Mieszkam w budynku, gdzie mieszkają różne rodziny, ściany są akustyczne, więc wszelkie awantuty i płacze doskonale słychać. Latem, przy otwartych oknach, słychać odglosy z całego osiedla, gdzie mieszka kilka tysięcy ludzi i jakoś nie słyszę awantur, płacu dzieci, krzyku bitych kobiet itp. Mam oczywiście świadomość, że istnieją takie zjawiska i znam ludzi, którzy kiedyś pracowali w domu samotnej matki. Większość pensjonariuszek to były kobiety z tzw. marginesu. Rodziny patologiczne, z alkoholizmem, to tam głównie jest przemoc. Podkreślam - głównie, a nie jedynie. W tzw. "normalnych" rodzinach jest to rzadkość, ale zdarza się.
M
Marga
21 stycznia 2013, 17:43
Do jazmig: Zjawisko nie dotyczy tylko marginesu! To jeden ze stereotypów, dotyczących przemocy. Wykształceni, dobrze sytuowani mężczyźni też biją swoich najblizszych - trzeba się tylko rozejrzeć i nie udawać, że się nie słyszy. Odsyłam do artykułu w "Wysokich Obcasach" sprzed kilku miesięcy - m.in. o tym, jak to pan prawnik rozbił na głowie żony laptop, a jego koleżanka sędzia potwierdziła policji, że to kobieta była agresywna... To tylko mały wycinek rzeczywistości przemocowej... A przemoc ekonomiczna? Kobiety, które "nie pracuja" - czytaj: wychowują przyszłe pokolenia, które muszą tłumaczyć się mężusiom z każdej wydanej złotówki i nie dostają NIC na potrzeby własne? To też margines???
P
Paulina
21 stycznia 2013, 17:28
jazmig Co masz na myśli, pytając o robienie reguły z marginalnych zjawisk?
E
Etyk
21 stycznia 2013, 16:53
Jak łatwo z jednego moralizatorstwa przeskoczyć w inne... - A może to poprostu inna forma ucieczki od problemu?
:
:)
21 stycznia 2013, 15:57
Jeżeli "takie przypadki zdażają się" to już nie jest to normalna rodzina. A aco do rodzin "lepszych" tam jeszcze rzadziej kobiety przyznawają się do przemocy. Pozycja i wstyd zamykają im skutecznie usta.
jazmig jazmig
21 stycznia 2013, 15:40
A tak dokładnie, to o co panu chodzi? Robi pan z marginalnych zjawisk regułę? Kodeks karny pozwala na ściganie dręczycieli, wg obowiązujących przepisów łatwo można dręczyciele wyrzucić z domu, ale do tego wszystkiego potrzeba jednej rzeczy: bita kobieta musi zgłosić przemoc i nie wycofywać zeznań. Skoro te kobiety często wycofują zeznania, to żadne przepisy im nie pomogą. Zjawiska o których pan pisze dotyczą głównie tzw. marginesu, aczkolwiek i w normalnych rodzinach zdarzają się takie przypadki.