Czy jestem człowiekiem wiary, nadziei i miłości?

Czy jestem człowiekiem wiary, nadziei i miłości?
Fot. Igor Yaruta/depositphotos.com

Człowiek jako stworzenie jest ograniczony w czasie i przestrzeni, dobrze te granice zna, musi się z nimi zmagać i często są one dla niego powodem cierpienia. Jedną z granic, która najbardziej daje się człowiekowi we znaki, jest granica intelektualnego poznania.

Chęć zdobywania wiedzy pcha człowieka do odkrywania coraz to nowych obszarów rzeczywistości. Poznając coś nowego, człowiek zdobywa nad tym panowanie. Jest jednak Ktoś, kogo istnienia i działania ludzki intelekt nie jest w stanie pojąć, choć bardzo tego pragnie, a czasem nawet twierdzi, że tego dokonał. Pan Bóg, Niepojęty i Niezmierzony, Miłosierny - dlatego tak trudny do uchwycenia.

„Apostoł Jan rzekł do Jezusa: «Nauczycielu, widzieliśmy kogoś, kto nie chodzi z nami, jak w Twoje imię wyrzucał złe duchy, i zaczęliśmy mu zabraniać, bo nie chodzi z nami». Lecz Jezus odrzekł: «Przestańcie zabraniać mu, bo nikt, kto uczyni cud w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie»” (Mk 9,38-39). Apostołom wydawało się, że sytuacja wymyka się spod kontroli, bo ktoś działał bez ich wiedzy w imię Jezusa. Podobna sytuacja miała miejsce wieki przed Chrystusem w obozie zmierzającego ku Ziemi Obiecanej Narodu Wybranego: „Pan zstąpił w obłoku i mówił z Mojżeszem. Wziął z ducha, który był w nim, i przekazał go owym siedemdziesięciu starszym. A gdy spoczął na nich duch, wpadli w uniesienie prorockie.

Nie powtórzyło się to jednak. Dwóch mężów pozostało w obozie. Jeden nazywał się Eldad, a drugi Medad. Na nich też zstąpił duch, bo należeli do wezwanych, tylko nie przyszli do namiotu. Wpadli więc w obozie w uniesienie prorockie” (Lb 11,25-26). Jak widać, historia lubi się powtarzać, a człowiek od początków swojego istnienia, odkrywając i opisując Boga oraz Jego działanie, zmaga się z chęcią zapanowania nad Nim i wytyczenia Mu granic, żeby się to wszystko „trzymało kupy”.

I my dzisiaj także często mamy pokusę stawiania granic Duchowi Świętemu, określania, gdzie dokładnie działa, a gdzie z pewnością nie. O ile możemy wskazać siedem momentów, w których obecność Ducha jest pewna, mowa o sakramentach, o tyle nie możemy z taką samą pewnością stwierdzić, że działa On tylko wtedy. Podporządkowanie sobie Pana Boga to ograniczanie Jego działania we własnym życiu. Pozwólmy się zaskoczyć! Odpowiedź dana uczniom przez Jezusa jest też przestrogą dla nas: „Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami” (Mk 9,40).

Chrystus domaga się miłosiernego spojrzenia na tych, którzy są „poza”. Wobec próbujących żyć Ewangelią Mistrz z Nazaretu oczekuje włączającego spojrzenia na innych zamiast spojrzenia, które wyklucza. Podkreśla natomiast potrzebę stanowczego rozprawienia się z grzechem: „Jeśli zatem twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją (…). I jeśli twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją (…). Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je (…)” (Mk 9,43.45.47).

Obyśmy tak stanowczo rozprawiali się z własnym grzechem, jak rozprawiamy się z bliźnimi! Nie stawiajmy granic Duchowi! Poza widzialnymi granicami Kościoła jest zbawienie. Nie ma go jednak tam, gdzie nie ma chęci nawrócenia.

Odnalezienie Chrystusa nie musi się automatycznie łączyć z zaakceptowaniem Kościoła. Nie możemy tutaj stawiać znaku równości ani uznawać to za warunek prawdziwości nawrócenia. Odejście od Kościoła nie musi też oznaczać odejścia od Chrystusa. To są często bardzo skomplikowane historie ludzkich krzywd, zranień i zawiedzionych nadziei. Takie doświadczenia wielokrotnie sprawiają, że Kościół staje się dla niektórych jedynie bezduszną instytucją, od której lepiej trzymać się z daleka, żeby nie doznać jeszcze więcej bólu.

Nasza rola jako chrześcijan, zanim podejmiemy tzw. działania ewangelizacyjne, powinna polegać najpierw na unikaniu postawy, która wykluczałaby z naszego horyzontu spotkań ludzi myślących inaczej. Nie powinniśmy bać się dialogu z innymi. On nie jest niebezpieczny i nie jest wyrzekaniem się Chrystusa, jak to niektórzy lubią zarzucać. Bo dialog nie oznacza pójścia na kompromis i zdrady wyznawanych wartości, lecz jest furtką umożliwiającą spotkanie z drugim człowiekiem i poznanie go.

Często zetknięcie się z odmiennym światopoglądem może nas umocnić w wierze, uczynić ją bardziej dojrzałą, przemyślaną i przepracowaną. Apostołowie byli ludźmi dialogu i spotkania – dzięki temu Dobra Nowina o zbawieniu w Chrystusie mogła pokonywać kolejne granice i docierać do ludzkich serc, częstokroć odnajdując już w nich pewne „ziarna prawdy”, które dzięki zetknięciu z Ewangelią rozkwitły. Brak otwartości na dialog może świadczyć o nieugruntowaniu w wierze i w relacji z Panem.

Zamykamy się, ponieważ boimy się, że ktoś w pewnym sensie odbierze nam to, co jest dla nas cenne, podważając czy podając w wątpliwość wyznawane przez nas wartości. A niekiedy to chyba zwyczajnie zazdrościmy komuś wolności: że umie pytać i dociekać, że nie zgadza się na status quo, lecz szuka właściwej drogi.

Wróćmy do słów Jezusa o odcinaniu sobie kończyn i wyłupywaniu oczu, jeśli są powodem do grzechu. Zbawiciel wskazuje nam w ten przenośny sposób, że każdy grzech powinien być z naszego życia wyrugowany, że mamy rozprawiać się z nim stanowczo. Oczywiście, nie jest to takie proste, dobrze o tym wiemy. Chodzi jednak o to, żeby mieć w sobie postawę odrzucenia wobec grzechu, żeby się ze swoimi słabościami nie układać - żeby z nimi nie dialogować i nie iść na kompromisy!

Przegramy pewnie jeszcze setki razy z przeróżnymi pokusami, ale nasz dramat rozpocząłby się w momencie, gdybyśmy utracili świadomość grzechu, machnęli na niego ręką i żyli sobie lekko, jakby nic takiego się nie stało. A to właśnie grzechy odbierają nam pewność w wierze, ogołacają nas, a przez to zamykają na zetknięcie się i konfrontację z innymi.

Warto spojrzeć na grzechy rąk, nóg i oczu, o których mówi Chrystus, w sposób głębszy. Nie chodzi tu tylko o czyny związane z naszym ciałem – o to, że komuś przyłożyliśmy czy też spojrzeliśmy na drugą osobę z pożądaniem. Chodzi o pewne postawy, które czasami możemy przyjmować.

Grzechy rąk odnoszą się do miłości, której w nas wciąż za mało, przez co nie potrafimy wyciągać rąk na zgodę czy nieść nimi pomocy potrzebującym. Grzechy nóg związane są z naszą wiarą i relacją z Panem - chodzi o zagubienie na drodze życia i schodzenie z drogi Ewangelii. Grzechy oczu związane są z nadzieją na życie wieczne - odnosi się to do sytuacji, kiedy tracimy z oczu Królestwo Boże, a opuszczamy wzrok i zaczynamy patrzeć więcej na ziemię niż na niebo.

„Bogactwo wasze zbutwiało, szaty wasze stały się żerem dla moli, złoto wasze i srebro zardzewiało, a rdza ich będzie świadectwem przeciw wam i toczyć będzie ciała wasze niby ogień” (Jk 5,2-3). Święty Jakub kolejną już niedzielę z rzędu w mocnych słowach wskazuje nam na to, co jest celem ludzkiego życia.

Chrześcijaństwo nie istnieje bez obietnicy Królestwa Niebieskiego, która ma nadawać ton naszemu życiu - także temu, co w nim codzienne. Chrześcijanin to człowiek nadziei, bo czeka na więcej. To człowiek wiary, która sprawia, że jest w Kim tę nadzieję pokładać. To wreszcie człowiek miłości, która czyni Królestwo Boże realnie obecnym już teraz.

Kapłan archidiecezji gdańskiej. Student teologii dogmatycznej na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Rzecznik Ekstremalnej Drogi Krzyżowej. Współtwórca kanałów "Inny wymiar" i "KatOlizator".

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Tomasz Ponikło
27,93 zł
39,90 zł

Poruszająca książka o ostatnich latach życia ks. prof. Józefa Tischnera

Przez lata przekazywał nam mądrość ludzi gór, bo jak wiadomo greccy filozofowie to też górale. Niósł ciężkie brzemię nauczyciela solidarności. Pokazywał, jak myśleć według wartości...

Skomentuj artykuł

Czy jestem człowiekiem wiary, nadziei i miłości?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.