Gdy inny zyskuje, ja nie tracę
Gdyby odczytywana dziś w kościołach przypowieść wydarzyła się naprawdę w jakiejś firmie, kolejnego dnia rano dyrektor pewnie znalazłby na biurku wezwanie z inspekcji pracy, a związki zawodowe zwołałyby pilne zebranie. Łatwo nam wczuć się w tych, którzy przyszli do pracy o świcie. Cały dzień w upale, a wieczorem dostają tyle samo, co ktoś, kto pojawił się na godzinę przed końcem. Wszystkie zasady, na których opiera się ludzki rynek pracy, krzyczą, że to niesprawiedliwe: „Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzy znosiliśmy ciężar dnia i spiekotę” (Mt 20,12).
Jezus mógł opowiedzieć tę historię łagodniej, ale jednak wsadza kij w mrowisko. Chce, żebyśmy się oburzyli, bo tylko wtedy zauważymy, jak bardzo nasze myślenie różni się od Bożego. Od kilku niedziel liturgia słowa dosłownie ćwiczy nas w takim właśnie przestawianiu wzroku – żebyśmy zaczęli patrzeć na świat, na siebie i na innych ludzi według logiki Boga. Dziś mówi o tym prorok Izajasz: „Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – mówi Pan. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje – nad waszymi drogami i myśli moje – nad myślami waszymi” (Iz 55,8-9).
Zauważmy, że gospodarz winnicy nikogo nie oszukał. Pierwszym zapłacił dokładnie tyle, ile obiecał: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czyż nie o denara umówiłeś się ze mną?” (Mt 20,13). Skandal nie polega na tym, że komuś zabrano, tylko na tym, że komuś dano. A żeby to zrozumieć lepiej, potrzebujemy drugiego czytania, w którym Paweł Apostoł pisze: „Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk” (Flp 1,21). Człowiek, który tak mówi, patrzy na życie z zupełnie innej perspektywy – nie od strony wypłaty, ale od strony wieczności. Śmierć nie jest dla niego momentem rozliczeń, tylko drzwiami do tego, czego naprawdę pragnie: „być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze” (Flp 1,23). I tu, wydaje się, jest klucz. Jeśli sens naszego życia mieściłby się w tym, co zdążymy zrobić, zarobić i osiągnąć przed śmiercią, to dzisiejsza Ewangelia mówi po prostu o jawnej niesprawiedliwości. Jeden się nadźwigał, drugi prawie nic nie zrobił, a wynik ten sam. Wówczas słowa Jezusa nie miałyby sensu. Ale jeśli sens życia człowieka leży poza horyzontem śmierci, w wieczności, to wszystko zaczyna się „kleić”. Denar z przypowieści nie oznacza jedynie pensji, lecz Boga, który nie ma do zaoferowania nic innego niż samego siebie. A samego siebie nie da się rozdzielić na większe i mniejsze porcje. Albo jestem z Nim, albo nie. Zapłata jest więc ta sama nie dlatego, że praca nie ma wartości, lecz dlatego, że Bóg nie sprzedaje nieba na godziny.
Zwróćmy uwagę na jeszcze jeden cytat z pawłowego listu: „Jeśli zaś żyć w ciele – to dla mnie owocna praca” (Flp 1,22). Apostoł nie wylicza godzin, bo dla niego już samo życie w Chrystusie jest nagrodą, dlatego nawet wysiłek nazywa owocnym. Pierwsi robotnicy skrupulatnie wyliczali, dlatego też cały ich dzień pracy był dla nich tylko ciężarem i spiekotą. I to chyba najbardziej gorzki wniosek: można przepracować w winnicy cały dzień i nigdy nie zasmakować, jakim darem było przebywanie z Gospodarzem. Można latami chodzić do kościoła i traktować to jedynie jak smutny obowiązek.
Na Bożym „rynku pracy” rządzą miłosierdzie i cierpliwość. Gospodarz wychodzi na rynek o trzeciej, szóstej, dziewiątej i jedenastej godzinie, bo chce dać szansę każdemu. Najęci jako ostatni nie stoją tam jednak z lenistwa: „Bo nas nikt nie najął” (Mt 20,7). Ilu ludzi wokół nas stoi dziś „na rynku” właśnie dlatego, że nikt nigdy nie opowiedział im o Bogu w sposób, który mógłby ich poruszyć? A nam niekiedy, zamiast ich zapraszać, łatwiej przychodzi oceniać. Życie pokazuje, że cierpliwość i miłosierdzie wobec drugiego to cechy, na które trudno się zdobyć. Wystarczy, że ktoś wróci do Kościoła po trzydziestu latach, a już w głowie pojawia się pytanie: czy naprawdę dostanie to samo, co ci, którzy całe życie siedzieli w pierwszej ławce? A jeśli już dostanie, to może jednak przypadnie mu jakieś gorsze miejsce w niebie, bo się mniej „napracował”... Co przebija z takiego myślenia? Ciągłe skupienie na sobie i na tym, co „moje”: moje lata wierności, moje wyrzeczenia – mój ciężar dnia i spiekoty. Nie chodzi o to, że to się nie liczy. Problem zaczyna się wtedy, gdy relację z Bogiem zamieniamy w rozliczenie. Wówczas drugi człowiek staje się konkurentem – kimś, kto zabiera mi to, co mi się należało. Dlatego Gospodarz pyta: „Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” (Mt 20,15).
Co z tym zrobić? Jak zmienić swoje serce? Potrzebujemy modlitwy uwielbienia: „Każdego dnia będę błogosławił Ciebie i na wieki wysławiał Twoje imię” (Ps 145,2). Uwielbienie przenosi wzrok ze mnie na Boga. Kiedy wysławiam Jego dobroć, nie mam czasu liczyć cudzych denarów, lecz zaczynam widzieć, że „Pan jest dobry dla wszystkich, a Jego miłosierdzie nad wszystkim, co stworzył” (Ps 145,9). Dla wszystkich – a więc także dla mnie. Taka modlitwa buduje więź, a więź daje poczucie własnej wartości, którego nikt i nic nie podważy: ani czyjaś kariera, ani czyjeś nawrócenie, ani moje własne potknięcia. Kto wie, że jest kochany, nie musi tego udowadniać zasługami. Porównywanie się z innymi zaczyna się zwykle tam, gdzie pojawia się wątpliwość: czy naprawdę jestem dla Boga ważny? To, że drugi człowiek jest kochany przez Ojca, nie oznacza, że ja jestem kochany mniej. Miłość Boga jest nieograniczona. Kiedy On hojnie obdarowuje mojego brata, mi nic nie ubywa. Nie ma limitu denarów. Kiedy więc zdarzy się sytuacja, w której ktoś dostanie coś (awans, uznanie, drugą szansę, przebaczenie), na co – według nas – niewystarczająco zapracował, spróbujmy wtedy powiedzieć w sercu: „Chwała Ci, Panie, że jesteś dobry także dla niego”. Może nie przyjdzie to łatwo, ale to jest właśnie ćwiczenie w myśleniu według logiki Boga.
Istotne jest też to, żeby nie wyciągnąć z dzisiejszej przypowieści niewłaściwego wniosku: „Skoro wszyscy dostaną tyle samo, to poczekam z nawróceniem”. Izajasz mówi: „Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko!” (Iz 55,6). Nie wiemy, która godzina będzie naszą „jedenastą”. A kto raz zasmakował, że „żyć to Chrystus”, nie będzie chciał spędzić bezczynnie na rynku ani jednej godziny. „Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi” (Mt 20,16a). Jednym słowem: w Bożej winnicy nie ma kolejki po wypłatę. Jest jeden Ojciec, a my wszyscy jesteśmy powołani, by w Jego miłości być braćmi.
Skomentuj artykuł