Jesteśmy ludźmi Słowa i Chleba
Czy zdarzyło ci się kiedyś uciekać? Nie tak fizycznie, przed jakimś niebezpieczeństwem, ale uciekać wewnętrznie od rzeczywistości, która okazała się zbyt trudna, by ją udźwignąć? Dwaj uczniowie, których spotykamy w dzisiejszej Ewangelii, właśnie to robią. Idą do Emaus. To nie jest po prostu wycieczka za miasto. To jest odwrót. Emaus to kierunek przeciwny do Jerozolimy. Jerozolima to miejsce, gdzie ich marzenia zostały przybite do krzyża i złożone w grobie. Każdy krok w stronę Choć Emaus to próba zostawienia za sobą tego bólu, to przecież przed sobą samym nie da się uciec. Można wyjść z miasta, ale miasto i to, co się w nim wydarzyło, zostaje w człowieku. I właśnie w ten środek ich ucieczki, w sam środek ich smutku, wchodzi Jezus.
Niesamowite jest to, jak On to robi. Nie zaczyna od wielkich wykładów. Nie gani ich za brak wiary już na samym wstępie. On po prostu się przybliża i idzie z nimi. Robi coś, co jest kluczem do każdej zdrowej relacji – pozwala im się „wygadać”. Zadaje proste pytanie: „Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze?” (Łk 24,17). Przecież Jezus doskonale wie, co się stało, ale chce, żeby to oni nazwali swój wewnętrzny stan. Chce usłyszeć ich wersję wydarzeń. To jest szalenie ważne. My często myślimy, że przed Bogiem musimy być tacy „poukładani”, że modlitwa to tylko pobożne formułki. A Ewangelia pokazuje nam Boga, który chce wysłuchać naszych rozczarowań i frustracji. Ci uczniowie musieli z siebie wyrzucić to pełne goryczy zdanie: „A my spodziewaliśmy się, że On właśnie miał wyzwolić Izraela” (Łk 24,21).
W tym jednym zdaniu mieści się dramat człowieka, który rozminął się ze swoimi wyobrażeniami o Bogu. „A my spodziewaliśmy się” – to jest moment, w którym nasze plany zderzają się z Bożą rzeczywistością. Uczniowie czują smutek, zawód, może nawet złość. I Jezus pozwala tym emocjom wybrzmieć. Dlaczego? Bo dopóki ich nie nazwą, nie będą w stanie przyjąć niczego nowego. Emocje są jak echo wydarzeń, które docierają do naszych zmysłów i serca. One nie opisują obiektywnej rzeczywistości – one są odpowiedzią na nią. Jeśli czuję lęk, to nie znaczy, że sytuacja obiektywnie jest beznadziejna. To znaczy, że we mnie dzieje się coś, co wymaga zaopiekowania. Informacja, jaką niosą emocje, to przede wszystkim informacja o naszym wnętrzu. Uczniowie idący do Emaus widzą tylko grób, bo ich wnętrze jest wypełnione żałobą po ich własnych oczekiwaniach. Dopiero gdy wyrzucili z siebie ten ciężar, Jezus mógł zacząć im wyjaśniać Pisma.
To jest lekcja dla nas, dla naszych relacji z Bogiem i ludźmi. Często chcemy pocieszać innych, mówiąc: „nie płacz”, „będzie dobrze”, „nie denerwuj się”. Jezus pozwala jednak uczniom przeżyć ich smutek do końca, żeby potem poprowadzić ich ku prawdzie. Dziś postawmy sobie pytanie: co dzieje się we mnie, kiedy myślę o zmartwychwstaniu Chrystusa? Czy to jest dla mnie prawda, która realnie zmienia moje życie, czy tylko jakaś pobożna ciekawostka historyczno-mitologiczna? Jeśli zmartwychwstanie jest prawdą, to ono musi przeorać nasze myślenie o porażce. Bo skoro Bóg wyprowadził życie ze śmierci krzyżowej, to nie ma w moim życiu takiej ciemności, której On nie mógłby rozświetlić. Ale żeby to przyjąć, trzeba najpierw stanąć w prawdzie przed swoimi emocjami, tak jak uczniowie na drodze. Kiedy Jezus wyjaśnia im Pisma, zaczyna się w nich dziać coś niezwykłego. Sami później przyznają: „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?” (Łk 24,32). Ale zauważmy, że mimo tego „pałania serca”, oni Go wciąż nie poznają. Rozumieją tekst, ale nie widzą Osoby. Poznanie następuje dopiero przy łamaniu chleba. To jest genialne! Jezusa nie poznaje się tylko po mądrych słowach, nie poznaje się Go też przez same analizy biblijne czy teologiczne traktaty, choć są one ważne. Jezusa poznaje się w geście miłości, która daje siebie do końca. Łamanie chleba to chwila, w której sam Bóg staje się pokarmem.
W drugim czytaniu Piotr Apostoł wyjaśnia, o co tak naprawdę chodzi w historii Jezusa z Nazaretu. To nie jest opowieść o cudach i pięknych ideach, ale o krwi: „Wiecie bowiem, że z odziedziczonego po przodkach waszego złego postępowania zostaliście wykupieni nie czymś przemijającym, srebrem lub złotem, ale drogocenną krwią Chrystusa, jako baranka niepokalanego i bez zmazy” (1 P 1,18-19). Cena naszego zbawienia jest konkretna. Jezusa poznajemy po miłości, wobec której po prostu nie można przejść obojętnie. Można ją oczywiście odrzucić, można ją zignorować, ale tylko wtedy, gdy człowiek zamknie się w skorupie egoizmu i nie przyjmie do wiadomości, że ta miłość jest skierowana właśnie do niego. Eucharystia to uczta miłości, na której On sam jest pokarmem. To tam Jezus pokazuje nam, że Jego obecność nie jest mitem, ale faktem, który karmi nasze życie.
Dzisiejsza niedziela to Niedziela Biblijna. Kościół szczególnie mocno przypomina nam, że bez Biblii nie zrozumiemy łamania chleba, a bez łamania chleba Biblia pozostanie dla nas zamkniętą księgą. Te dwie rzeczywistości – Słowo i Eucharystia – są nierozłączne. Zobaczmy, jak potężną zmianę to przynosi. W pierwszym czytaniu widzimy Piotra – i to nie jest już ten sam człowiek, który ze strachu zaparł się Jezusa: „W dniu Pięćdziesiątnicy stanął Piotr razem z Jedenastoma i przemówił donośnym głosem” (Dz 2,14). Skąd ta siła? Skąd ten „donośny głos”? Oni już się nie boją. Przepracowali już swoje emocje, zderzyli się z faktem zmartwychwstania i przyjęli moc Ducha Świętego. Piotr nie opowiada bajek. On wyjaśnia Pisma, odwołując się do proroków, do Dawida, do konkretnej historii Izraela, pokazując, że Jezus z Nazaretu jest Mesjaszem. Uczniowie z Emaus wrócili do Jerozolimy, by dołączyć do Jedenastu. Ich zadaniem – i zadaniem Kościoła do dziś – jest właśnie to: głosić słowo i łamać chleb. Świadczyć o Panu. Ale żebyśmy mogli robić to z mocą, a nie tylko „klepać” wyuczone regułki, sami musimy spotykać się z Nim w Jego Słowie, by nasze serca „pałały”. Jeśli nie będziemy żyć Słowem na co dzień, nasze głoszenie będzie puste – będzie przekazywaniem mitu pozbawionego treści, opowieścią o kimś, kogo osobiście się nie spotkało.
Emaus to droga każdego z nas, bo mamy przecież też swoje „a my spodziewaliśmy się”, czyli rozczarowania Kościołem, ludźmi, samym sobą, a czasem nawet Bogiem. Jezus nie boi się tego, ale chce w to wejść, zapraszając nas do dwóch rzeczy: byśmy otworzyli Pismo i usiedli do stołu Eucharystii. Pozwólmy Mu w ten sposób wyjaśnić nam nasze życie przez pryzmat Jego męki i zmartwychwstania. Bo tylko wtedy, gdy Słowo stanie się ciałem w moim życiu, będę mógł, jak Piotr, donośnym głosem powiedzieć innym, że On naprawdę żyje. Pozwólmy więc Jezusowi, by towarzyszył nam w naszych codziennych sprawach, w naszych smutkach. Wyznajmy Mu nasze zawiedzione nadzieje, a potem dajmy się zaprosić na łamanie chleba. W kruchej Hostii ukryta jest moc, która zmienia zalęknionych rybaków w odważnych apostołów. W niej jest miłość, która wykupiła nas nie złotem, ale krwią. To jest nasza tożsamość: jesteśmy ludźmi Słowa i ludźmi Chleba. I tylko tak możemy świadczyć o Panu w świecie, który potrzebuje nadziei wykraczającej poza grób. Pan naprawdę zmartwychwstał i idzie z nami. To nie jest mit.
Skomentuj artykuł