Kulisy social mediów. Jak algorytm ucina zasięgi katolickim twórcom
Każdy słodki kotek albo zabawny mem ma szansę "pobić" Jezusa w zasięgach. Czy na pewno potrzebujemy tego, by duchowe treści stawały się viralami? Długi tekst nie zachęca, by się przy nim zatrzymać, bo social media nauczyły nas tego, że jest kolorowy obraz, jedno zdanie i scrollujesz dalej. Ale nie da się głębszej myśli zawrzeć w jednym zdaniu... Najpopularniejsza homilia w internecie nie pobije wyświetleń nagrania "faceta jedzącego kebaba" - a mimo to coraz więcej ludzi szuka w sieci dobrych duchowych treści - mówią Agata Rusek i Magda Urbańska w trzecim odcinku cyklu "Katoliczka w sieci".
Magda Urbańska: Agato, w naszej poprzedniej rozmowie powiedziałaś, że treści dotyczące wiary, dobra, nadziei i prawdy “nie niosą się” w sieci. Co miałaś na myśli?
Agata Rusek: Przyjęłam po prostu na chwilę inny punkt odniesienia, taki spoza naszej "bańki". Bo z jednej strony mam głębokie doświadczenie, z którego wynika, że treści związane z religią znajdują niesamowicie zaangażowanych odbiorców. To pokazuje głód ludzi, którzy w technologicznej matni świadomie i z determinacją starają się znaleźć treści budujące dla ich serc i życia. Mamy w internecie mnóstwo fantastycznych i bardzo zróżnicowanych miejsc dotykających treści wiary, których twórcy potrafią zgromadzić ludzi i stworzyć swego rodzaju wirtualne parafie czy wspólnoty - często są to naprawdę całe rzesze ludzi. Ale w perspektywie spoza naszej "bańki” bez trudu zauważysz, że nawet najpopularniejsza homilia w internecie nie pobije wyświetleń nagrania "faceta jedzącego kebaba" czy patostreamerskich bijatyk [śmiech].
Magda Urbańska: No tak. Każdy słodki kotek albo zabawny mem ma szansę pobić Jezusa w sieci.
Meta uznała, że "jedność małżeńska" to nawoływanie do nienawiści
Agata Rusek: Właśnie. Myślę, że to jest doświadczenie sporej części z nas, wierzących osób tworzących powiązane z wiarą materiały do mediów społecznościowych. Że gdy chcesz podzielić się treścią dotyczącą spraw duchowych i w planach masz użycie słów: Jezus, Biblia czy wiara, to musisz się liczyć z tym, że ten post czy rolka nie będzie miał potencjału viralowego i nie ma większej szansy na przyciągnięcie uwagi milionów ludzi.
No i tu trzeba zasygnalizować co najmniej trzy sprawy. Po pierwsze warto stawiać sobie ciągle pytanie, czy my, chrześcijanie, chcemy albo potrzebujemy tego, by treści dotyczące wiary stawały się viralami - i refleksja nad tym pytaniem może nas doprowadzić do bardzo ciekawych wniosków. Po drugie - nie można zapominać, że maszyneria technologiczna nie sprzyja treściom związanym z bardzo szeroko rozumianym Kościołem - i mam tu na myśli łatwość czy uznaniowość, z jaką Big Techy blokują albo ucinają zasięgi pewnych haseł (bardzo często bez tłumaczenia). Myślę, że widzą tę prawidłowość jak na dłoni redakcje mediów katolickich. Widzimy to my, "katotwórcy" w social mediach, widzą to osoby zawiadujące mediami różnych wspólnot. Do dziś mam w sobie dużo przykrych emocji, gdy wspominam batalię, jaką musieliśmy stoczyć jako Ruch Spotkań Małżeńskich z Metą, która uznała, że hasła takie jak: “małżeństwo sakramentalne” czy “jedność małżeńska” są nawoływaniem do nienawiści.
I trzecia rzecz. Logika algorytmu sprawia, że używając fraz związanych z wiarą trafiasz przede wszystkim do dwóch grup ludzi: tych, którzy są wierzący i rzeczywiście aktywnie poszukują treści duchowych w sieci - i do zadeklarowanych, wojujących antyklerykałów. Nie trafiasz do środka.. Bardzo trudno jest dziś trafić do ludzi, którzy “być może” mogliby w treściach duchowych znaleźć pokrzepienie, ale algorytm zaklasyfikował ich już do innej bańki jako fanów sportu, pichcenia czy dziergania na szydełku. A algorytm zbudowany jest tak, by przekonywać przekonanych lub rozpalać do czerwoności zadeklarowanych wrogów, a nie łączyć ludzi różnych światów i zainteresowań.
W social mediach szukamy rozrywki, a nie Kościoła
Magda Urbańska: Bardzo ciekawe jest to, co mówisz… Moje pierwsze myśli dotyczą tego, że wiara kojarzy nam się z jakimś obowiązkiem, ciężarem, listą zadań do odhaczenia, po prostu z trudem. A media społecznościowe traktujemy bardzo często jako źródło rozrywki. Klika się więc tańcząca starsza pani, kotki i pieski, memy. Kościół po prostu nie jest modny (śmiech). Jednocześnie mam poczucie, że takie treści są w przestrzeni internetowej bezcenne.
Agata Rusek: To jest bardzo ważne spostrzeżenie, zwłaszcza dla "katotwórców": że social media traktujemy w pierwszej kolejności jako źródło rozrywki. I że trzeba mieć na uwadze pytanie, czy człowiek będzie tam szukać treści związanych z wiarą. Jednak nie można ignorować tego, że dla coraz większej rzeszy ludzi smartfon i jego ekran to po prostu źródło wiedzy i wszelakich inspiracji życiowych. Sama często się nad tym zastanawiam, jak to jest, że tak bardzo trendujące i przykuwające uwagę jest dziś wszystko związane z uważnością, slow life, jogą, wschodnimi praktykami medytacji, self-care’em, a tak trudno nam, Polakom, zauważyć i docenić, że w Kościele, w naszej wierze, w życiu z Panem Bogiem my to wszystko mamy. I co więcej - mamy to dogłębnie opisane, praktykowane od tysięcy lat i jeszcze z sensem uzasadnione.
Magda Urbańska: Wiesz, przyglądam się temu, co i jak sama tworzę - i jak podchodzę do treści jako odbiorca. Przyznam Ci szczerze, że często nie czytam długich tekstów. Długi tekst nie zachęca, by się przy nim zatrzymać, bo social media nauczyły nas tego, że jest kolorowy obraz, jedno zdanie i scrollujesz dalej. A jako twórca mam świadomość tego, że nie da się jakiejś głębszej myśli wrzucić w jednym zdaniu, bo albo będzie to spłycenie tematu, albo zostawi zbyt szeroką furtkę do jakiś nadinterpretacji. A tego też bardzo się wystrzegam, czując na sobie jakąś odpowiedzialność za to, co prezentuję…
Posty w social mediach nie sprzyjają spokojnej refleksji
Agata Rusek: Tak. Komunikacja internetowa ani nie honoruje niuansów, ani nie sprzyja spokojnej refleksji. Dlatego trudno jest sprawić, żeby treści z wiarą niosły się w takiej samej skali, jak śmieszne kotki. Relacja z Panem Bogiem - jakakolwiek by ona nie była - wymaga wysiłku ze strony człowieka, jakiejś determinacji, otwartości na subtelności komunikacji duchowej. A przede wszystkim chęci pogłębiania tej relacji i ćwiczenia się w zaciekawieniu Jego Osobą, w poznawaniu Jego Słowa, w słuchaniu. I także w akceptowaniu tajemnicy, tego, że nie wszystko można skwantyfikować i kontrolować.
Bardzo trafne jest określenie, że współczesne social media i niespotykana dynamika zmian technologicznych sprawiają, że praktycznie wszyscy cierpimy na syndrom “popcornowego mózgu”. Uzależnieni od dopaminy, z coraz bardziej rachityczną umiejętnością koncentracji i coraz słabszymi fizyczno-psychicznymi siłami, by interesować się czymś więcej niż czubkiem własnego nosa, nie dostrzegamy, jakie "kuku na muniu" robi z naszym życiem technologia. A do tego w świecie, w którym tak łatwo popaść człowiekowi w złudne przekonanie, że przy użyciu komputera czy telefonu jest dziś w stanie kontrolować niemal każdy obszar swojego funkcjonowania, wiara jawi się jako zaścianek i coś niedorzecznego. Choć gdy popatrzymy, jak wielkie zasięgi zdobywają treści związane z ezoteryką czy wróżbiarstwem, można pokusić się o stwierdzenie, że problem z “wiarą w sieci” leży w tym, że katolickie treści po prostu nie obiecują łatwych rozwiązań (a przynajmniej nie powinny).
Kościół nie jest pluszowy i potrzebni są ludzie, którzy o tym opowiedzą
Magda Urbańska: I tu wracamy do mojej wcześniejszej myśli - że Kościół katolicki nie jest pluszowy. Moje doświadczenie wiary jest takie, że wymaga ona zaangażowania, wysiłku, że nie przynosi natychmiastowych rezultatów. Pan Bóg działa jak chce, nie jest wróżką, a sama wiara jest świadomą decyzją, za którą idą konkretne konsekwencje. Dużo w tym naszej odpowiedzialności i to właśnie może kojarzyć się z trudem. Może jakoś blokować, zniechęcać osoby, o których mówisz, że są tymi “ze środka”. Szukają, ale niekoniecznie w katolicyzmie. Dlatego takie miejsca jak moje i twoje media społecznościowe są jednak bardzo w internecie potrzebne. Potrzeba nam w Kościele świadków. Ludzi, którzy doświadczyli ogromnej miłości Boga i potrafią w mądry sposób o tym opowiadać.
Agata Rusek: Sama ciągle stawiam sobie pytanie, czym ma być w praktyce “dzielenie się wiarą w internecie”. Bo choć jestem przekonana, że jest wpisane w wezwanie do ewangelizacji i że jest to droga warta wysiłku, to jednocześnie nie mogę ignorować faktu, że wiara jest i zawsze będzie doświadczeniem intymnym. I wychodzę z założenia, że dzielę się tylko skrawkiem mojego serca, a robię to w sieci, by zainspirować kogoś do nawiązania albo pogłębienia własnej relacji z Panem Bogiem.
Dla lajków łatwo jest popłynąć, przekroczyć swoje granice
Magda Urbańska: Dla mnie jako katoliczki w sieci ważne jest to, że swoją wiarę przeżywam głównie “w swojej izdebce”. Pokazuję swoją wiarę do jakiegoś momentu, do takiego punktu, z którym ktoś obcy może się utożsamić, a jednocześnie nie jest to zbyt intymne. Mogę mówić, że świętuję spowiedź, ale nie mówię, z czego się spowiadam, nigdzie też nie wspominam, u kogo korzystam z tego sakramentu. Ustaliłam sobie pewne granice i ich pilnuję. Ale dla lajków łatwo jest popłynąć…
Agata Rusek: Zdecydowanie!
Magda Urbańska: Sensacja budzi reakcję i jest ogromna pokusa wśród twórców, by przekraczać pewne granice. Jesteśmy też ciągle oceniane, a ludzie się do nas porównują. Nie mówię o inspirowaniu się na przykład codziennym czytaniem Słowa, które obie proponujemy naszym odbiorcom. Myślę raczej o tych sytuacjach, gdy ktoś wprost napisał mi, że jestem zaburzona, bo świętuję spowiedź co miesiąc (więc prawdopodobnie mam taką częstotliwość spowiedzi), a ten ktoś spowiada się raz na trzy miesiące i to jest okej. Ja jestem chora, ona tak twierdzi i uważa, że ma do tego prawo. Nie wchodzę w takie dyskusje, bo wiem, że nie mówią o mnie, ale o jakimś nieuporządkowaniu tej drugiej osoby.
Czy jestem gotowa usłyszeć, że mam iść do psychiatry?
To ciągłe porównywanie będzie się pojawiać, więc warto pomyśleć o tym, co i dlaczego pokazujemy. Nie wiemy, kto siedzi po drugiej stronie i jak zareaguje. Czy jestem gotowa usłyszeć, że mam iść do psychiatry? A co z twórcami, którzy mają mocną presję na pokazanie swojego idealnego wizerunku, którzy nie do końca znają swoją wartość? Takie sytuacje mogą ich zmieść z powierzchni, wprowadzić niezły zamęt. Czy to powód, by przestać tworzyć?
Myślę, że nie. Sama traktuję to jako szansę na mój osobisty rozwój. Ścierając się, możemy gorzknieć albo wzrastać. Świadomie wybieram tę drugą opcję. Ostatnio mówiłyśmy o hejcie. Mam świadomość tego, że kasując obraźliwe komentarze, tnę tym swoje zasięgi. Jednocześnie mam z tyłu głowy taką myśl, że jestem w jakiś sposób odpowiedzialna za to, co dzieje się na moim internetowym podwórku. I moja decyzja o kasowaniu hejterskich komentarzy jest przemyślana i świadoma, bo nie chcę z powodu takich komentarzy zrezygnować z pokazywania piękna mojej wiary. Pogodziłam się z tym, że moja “wirtualna parafia” jest bardzo różnorodna i nie jest oszałamiająco liczna. I czuję, że choćby dla pięciu osób warto tworzyć, bez względu na wszystko.
Agata Rusek: Często sobie powtarzam, że chcę dzielić się swoją wiarą w sieci po to, by kogoś zainspirować do osobistego spotkania z Panem Bogiem. Wiesz, żeby sam chciał sięgnąć po Słowo Boże, pójść do Kościoła, zauważyć, że te wyśmiewane w internetach zasady, pomagają szczęśliwie żyć w codzienności. Lubię sięgać do Dziejów Apostolskich i powtarzam sobie, że “te dzieje wciąż się dzieją”. Nasza wiara przetrwała, bo świadkowie Zmartwychwstałego mieli w sobie i odwagę, i determinację, by nieść ludziom nowinę o życiu wiecznym. Ale za każdym razem uderza mnie to, że ci świadkowie to byli pojedynczy ludzie, którzy zachęcili innych pojedynczych ludzi do uwierzenia Jezusowi - i tak się ta fala rozchodziła. Więc gdy w głowie wraca mi frustrujące zdanie: “treści z wiarą w tle zasięgu nie zdobędą”, powtarzam sobie: nie szkodzi. Pan Bóg jest większy niż algorytmy i na pewno znajdzie sposób, by dotrzeć do swojego stworzenia.
Magda Urbańska: I to jest ważne: że my nie musimy być perfekcyjne, działające zgodnie z ciągle zmieniającymi się algorytmami - prawie jak maszyny. Bycie świadkiem to też stawanie w prawdzie i bezsilności również wobec tego, jak funkcjonują social media. A o perfekcji porozmawiamy za tydzień - i poruszymy temat mitu, któremu łatwo ulec: że istnieje perfekcyjna katoliczka. Zapraszamy!
Zobacz poprzednie odcinki cyklu:
1. „Autentyczność się nie niesie”. Katoliczki o presji i sile social mediów
2. Hejt za wiarę? Nie tylko. Oto, co naprawdę piszą do katoliczek w sieci


Skomentuj artykuł