Pokora to pójście pod prąd

fot. depositphotos.com

Czasami może się komuś wydawać, że chrześcijaństwo to religia ludzi, którzy przegrali życie. Kiedy słyszymy o pokorze, w głowie pojawia się jedno słowo: słabość. Żyjemy w świecie, który promuje zupełnie inny model człowieka. Wygrywa ten, kto głośniej krzyczy, kto jest bardziej pewny siebie, kto ma gotową odpowiedź na każde pytanie, nawet jeśli ta odpowiedź jest płytka. Promuje się ludzi, którzy potrafią się „sprzedać”, którzy kreują swój wizerunek jako osób nieomylnych i samowystarczalnych. W takim kontekście pokorny jawi się jako ktoś, kto zawsze chodzi ze spuszczoną głową, kto przeprasza, że żyje, i przytakuje każdemu, bo nie ma własnego zdania. Możemy myśleć o człowieku pokornym jako o życiowym nieudaczniku, który daje sobą pomiatać i któremu brakuje kręgosłupa.

Dzisiejsza liturgia słowa próbuje jednak rozbić taki schemat myślenia: „Szukajcie Pana, wszyscy pokorni ziemi, którzy wypełniacie Jego nakazy; szukajcie sprawiedliwości, szukajcie pokory, może się ukryjecie w dzień gniewu Pańskiego” (So 2,3). Biblijna pokora nie ma nic wspólnego z brakiem asertywności czy niską samooceną. To jest konkretna postawa serca wobec Stwórcy. Pokora to stanięcie w prawdzie – to uznanie, że nie jestem bogiem, że nie mam odpowiedzi na wszystko i że moje życie nie zależy tylko od moich mięśni czy sprytu. Pokorny to człowiek, który wie, że potrzebuje Boga. I to nie jest słabość – to jest najwyższy stopień realizmu. To właśnie tacy ludzie stają się „Resztą Izraela”, o której mówi prorok: „Zostawię pośród ciebie lud pokorny i biedny, a szukać będą schronienia w imieniu Pana. Reszta Izraela nie będzie czynić nieprawości ani wypowiadać kłamstw. I nie znajdzie się w ich ustach zwodniczy język (…)” (So 3,12-13). Pokora łączy się z brakiem kłamstwa. Człowiek pokorny nie musi udawać kogoś, kim nie jest, bo jego poczucie wartości nie wynika z tego, co myślą o nim inni, ale z tego, że ufa Imieniu Pana.

DEON.PL POLECA



Paweł Apostoł idzie jeszcze dalej, rzucając wyzwanie naszej ludzkiej logice sukcesu: „Przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu! Według oceny ludzkiej niewielu tam mędrców, niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych. Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał, co niemocne, aby mocnych poniżyć (…)” (1 Kor 1,26-27). To jest rewolucja. Bóg nie szuka tych, którzy są „naj” według standardów LinkedIna czy Instagrama. On szuka tych, którzy potrafią przyznać się do swojej niewystarczalności. Dlaczego? Bo tylko w pustym naczyniu może zmieścić się łaska. Jeśli jestem pełen siebie, pełen swoich racji i swojej pychy, to tam nie ma już miejsca dla Boga. Paweł mówi jasno, że to, co świat odrzuca jako „nieszlachetnie urodzone oraz wzgardzone”, Bóg wybiera, by pokazać swoją moc. Chodzi o to, żeby „się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga” (1 Kor 1,29). Pokora nie jest zatem byciem „nikim”, ale byciem kimś, kto całą swoją chwałę odnajduje w Chrystusie. To jest niesamowite – moja słabość, moje potknięcia, a nawet to, co we mnie „głupie” w oczach świata, może stać się przestrzenią, w której Bóg objawi swoją największą moc.

I tak dochodzimy do Ewangelii, do słynnego Kazania na Górze i Ośmiu Błogosławieństw. Często czytamy ten tekst jak listę pobożnych życzeń albo jako rodzaj „obietnicy wyrównawczej” – czyli „teraz masz źle, ale po śmierci będzie ci dobrze”. To straszne uproszczenie. Osiem Błogosławieństw to nie jest system rekompensat za ziemskie niepowodzenia i cierpienie. To jest coś znacznie głębszego: to jest styl życia tu i teraz. To jest opis rzeczywistości człowieka, który zdecydował się współpracować z łaską. Kiedy Jezus mówi: „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” (Mt 5,3), to używa czasu teraźniejszego. Królestwo już do nich należy! To nie jest obietnica na odległą przyszłość. Być ubogim w duchu to znaczy mieć w sobie przestrzeń dla Boga. To styl życia, w którym wiem, że bez Niego nic nie mogę uczynić, ale z Nim mogę wszystko. To jest zaproszenie do tego, by widzieć więcej i głębiej. Chrześcijanin to człowiek, który patrzy na świat przez pryzmat wieczności. Widzi niesprawiedliwość, ale wie, że ona nie ma ostatecznego słowa. Widzi swój ból, ale wie, że Bóg jest w tym bólu obecny jako towarzysz.

Błogosławieństwa to zaproszenie do radykalnej zmiany patrzenia na siebie. To nie jest tak, że musisz być „cicho”, żeby dostać nagrodę. Masz być cichy i łagodny, bo wiesz, że Twoja moc jest w Bogu, a nie w agresji: „Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię” (Mt 5,5). To jest paradoks – ci, którzy nie walczą na noże, w końcu zwyciężają, bo ich fundamentem jest Bóg. Ten styl życia to ciągłe trzymanie punktu odniesienia w niebie, przy jednoczesnym twardym stąpaniu po ziemi. To ufność, że ten świat to nie wszystko, co Bóg dla nas przygotował, ale jednocześnie świadomość, że to właśnie na tym świecie mamy stawać się świętymi. Jezus mówi o tych, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, o miłosiernych, o ludziach czystego serca. To nie są cechy ludzi pasywnych, lecz osób niezwykle silnych, które mają odwagę iść pod prąd. Bo przecież dzisiaj świat mówi: „szukaj swego”, „bądź twardy”, „nie wybaczaj, bo to słabość”. A Jezus mówi: „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią” (Mt 5,7). To jest konkretny styl życia, w którym Bóg jest towarzyszem codzienności człowieka. Nie jest ideą, do której modlę się w niedzielę, lecz Kimś, kto idzie ze mną do pracy, kto jest obecny w moich kłótniach z małżonkiem, kto jest przy mnie, gdy czuję się niesprawiedliwie oceniony.

Może myślę o sobie: „jestem do niczego”, „znowu mi nie wyszło”, „nie nadaję się na świętego”. Osiem Błogosławieństw to lekarstwo na takie myślenie. Tu nie chodzi o zwykłe pocieszenie w trudnej chwili, o pogłaskanie po głowie. Tu chodzi o całkowitą zmianę tożsamości. Choć wiele mi się nie udaje, choć doświadczam swoich ograniczeń, to jednak jestem powołany do świętości, która nie polega na bezgrzeszności, ale na byciu w relacji z Tym, który jest Święty. Błogosławieństwa pokazują, że Bóg jest obecny w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji. On nie czeka na nas dopiero u mety, żeby dać nam medal. On biegnie obok nas i motywuje nas, kiedy brakuje nam tchu.

Styl życia oparty na Ośmiu Błogosławieństwach to świadomość, że teraz mogę być ubogi, teraz mogę doświadczać braku, ale to nie definiuje mojej przyszłości. Moja przyszłość jest w Bogu. I to daje niesamowitą wolność. Bo nie muszę już niczego udowadniać światu, nie muszę być „przemądrzały”, nie muszę mieć zdania na każdy temat. Wiem natomiast, że to Bóg mi wskaże drogę i że to On pomoże mi się rozwinąć. Biblijna pokora to rozwój w oparciu o najlepszy możliwy fundament. Nie bójmy się zatem być „cichymi”, nie bójmy się „łaknąć sprawiedliwości”, nawet jeśli inni będą pukać się w czoło. Pamiętajmy, co mówi Pan: „Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie” (Mt 5,12a). Osiem Błogosławieństw to nie ciężar, który trzeba dźwigać, ale skrzydła, które pozwalają wznieść się ponad to, co powierzchowne i chwilowe.

Kierownik redakcji gdańskiego oddziału "Gościa Niedzielnego". Współtwórca kanału "Inny wymiar"

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Pokora to pójście pod prąd
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.