Syria potrzebuje pojednania. "Oby półksiężyc objął się z krzyżem"

(fot. Caritas Syria)
Sandra Awad

Wyszłam z autobusu na gorącą, piaszczystą ziemię obok obozu w przemysłowej dzielnicy Adra. To tu mieszkają tysiące przesiedlonych rodzin, które opuściły wioski regionu Guta.

Rozejrzałam się dookoła. Byłam poddenerwowana tak jak moi towarzysze. Wokół nas było morze ludzi. Były to osoby o spalonej słońcem skórze, w plastikowych butach i poszarpanych ubraniach. Kurz zmieszany z cierpieniem, nudą i beznadziejnością zasłaniał ich twarze. Zajmowali skrawki ziemi jakby siedzieli na łóżku.

Byli rozrzuceni po całym terenie. Zebrali się niczym na wieczornym pikniku. Towarzyszyła im do głębi pustka długich godzin bez możliwości wykonywania jakiegokolwiek owocnego zajęcia, które mogłoby zapewnić im trochę pieniędzy i zaspokoić potrzeby ich rodzin. Utknęli w tym miejscu, w poszarpanych namiotach ciągnących się po horyzont.

I kobiety. Liczne kobiety siedziały otoczone gromadkami dzieci. Zbyt wiele z nich urodziło się w głębi tej pustki ubóstwa i wojny. Pustki, która sprowadza człowieka do jego pierwotnych instynktów, dwóch podstawowych funkcji: szukania pożywienia i seksualnej reprodukcji.

Moi koledzy zaczęli organizować pracę, by wypełnić tabelki nazwiskami oraz informacjami o rodzinach, które miały otrzymać artykuły spożywcze oraz pieluchy, które przywieźliśmy ze sobą..

Jeśli chodzi o mnie, pozwoliłam, by moje stopy poprowadziły mnie przez to morze ludzi, które było mi nieznane. Miałam nadzieję, że zrozumiem - choć trochę - tę zaciętą wojnę, która uderzyła w nas wszystkich.

Mężczyzna z żoną zatrzymał mnie i powiedział: "Przepraszam panią, czy mogę prosić o przysługę? Opuszczamy to miejsce dzisiaj autobusem z innymi rodzinami. Wyjeżdża około 30 rodzin. Udało nam się znaleźć sponsorów, którzy zagwarantowali nam miejsce do zamieszkania w Damaszku. Niestety wyjeżdżam bez grosza w kieszeni. Ten koszyk z żywnością, który nam dajecie, może nam trochę pomóc, dopóki nie znajdę pracy. Ale martwię się, że go nie dostanę, ponieważ autobusy za kilka minut odjeżdżają. Błagam, czy może mi pani pomóc?"

Doradziłam człowiekowi, co może zrobić, aby szybko odebrać nasz koszyk z artykułami spożywczymi i dalej szłam wśród zgromadzonego tłumu.

Kilka minut później zatrzymała mnie bardzo chuda kobieta i powiedziała: "Czy mogę zadać pani pytanie? Jest coś, czym się martwię i potrzebuję rady. Jestem w ciąży, w ósmym miesiącu. Proszę nie patrzeć tak na mnie, wiem, że nie widać. Ale przysięgam na Boga, że ​​jest to mój ósmy miesiąc. Urodzę w przyszłym miesiącu i naprawdę się martwię, ponieważ mój brzuch nie jest jeszcze tak duży. W ośrodku zdrowia powiedzieli mi, że rozmiar płodu jest za mały jak na swój wiek. Czy dziecko może cierpieć na jakąś chorobę? Co mogę zrobić?"

Poczułam ogromny smutek: "Naprawdę nie wiem, co ci powiedzieć, nie jestem specjalistą w kwestiach medycznych".

Nagle usłyszałem za sobą kobiecy głos: "Jak do diabła jej brzuch ma rosnąć, kiedy cierpi z powodu niedożywienia? Od samego rana zjadła tylko kawałek suchego chleba z filiżanką herbaty!"

Spojrzałam na kobietę, która mówiła i od razu wiedziałam, że jest matką tej młodej kobiety. Rysy ich twarzy były bardzo podobne. Powiedziałam: "Cóż, kosz, który zaraz otrzymacie będzie duży i na jakiś czas wykarmi ciebie i twoje dziecko". "Tak będzie" - odparła.

"Mam nadzieję, że twój poród przebiegnie dobrze i że niebawem będziesz miała zdrowe dziecko w swoich ramionach" - spojrzałam na młodą dziewczynę, której oczy były pełne wątpliwości i niepokoju. "Tak, mam nadzieję" - powiedziała.

Wraz z moją koleżanką kontynuowaliśmy naszą wędrówkę, aż dotarliśmy do miejsca, gdzie znajdowały się zielone namioty. Dwa wielkie zbiorniki wodne ze znakami czerwonego krzyża i czerwonego półksiężyca zostały umieszczone pośrodku drogi prowadzącej do namiotów. Mężczyźni i kobiety korzystali z nich obficie w ten niezwykle gorący dzień.

Myślałam o krzyżu i półksiężycu, które znajdowały się na dwóch zbiornikach i poczułam radość. Są obok siebie, blisko siebie, aby ugasić pragnienie mieszkańców obozu. Widok ten przypomniał mi, jak kilka dni temu pracowaliśmy ciężko, ręka w rękę: Caritas, chrześcijańska organizacja oraz "Zapas błogosławieństwa", organizacja muzułmańska.

Przygotowywaliśmy kosze z żywnością razem z czystą miłością. Zostały one rozdane w tym obozie. Mieliśmy nadzieję, aby choć na chwilę zaspokoić głód i pragnienia ich serc.

W tym kraju, który rozpadł się przez wojnę, bardzo potrzebujemy, by półksiężyc objął się z krzyżem. Potrzebujemy zapewnić wszystkim ofiarom tej wojny, niezależnie od ich religii, przekonań, wad czy zalet - miłość i pomoc. Ze względu na Syrię, która została tysiąckrotnie ugodzona naszym głębokim podziałem.

Moje myśli pełne smutku i nadziei przerwał wspaniały uśmiech małej blondynki, którym obdarzyła mnie, gdy mnie mijała. Nie wiem dokładnie, dlaczego ten uśmiech dotknął mojego serca, ale odwróciłam się, aby ją przywołać: "Hej, piękna, jak masz na imię?". Wróciła do mnie ze swoją przyjaciółką. Przedstawiła się z tym samym, zapierającym dech w piersiach uśmiechem, który pojawił się na jej twarzy.

Próbuję teraz rozpaczliwie przypomnieć sobie jej imię, aby wspomnieć o nim w tej historii, ale moja pamięć mnie zdradza. Może dlatego, że nazwiska nie mają znaczenia w prawdziwych momentach spotkania z kimś? Rozmawialiśmy przez kilka chwil, a ona powiedziała mi, że jej matka nie jest już w stanie chodzić, gdyż potrzebuje operacji wymiany stawu.

Pytali o koszty i powiedziano im, że kosztowałoby to 7000 funtów, a może 70 lub 700 tysięcy... Nie mogła sobie dobrze przypomnieć, ale i tak nie byłoby ich stać. Powiedziała mi, śmiejąc się serdecznie, że kiedy byli jeszcze w Gucie, to podczas walk jedli tylko ryż. Niektórzy z nich zaczęli przez to zachowywać się i myśleć jak muły, które jedzą tylko ryż.

Powiedziała mi z radością, wskazując na swoją towarzyszkę w poszarpanych ubraniach, że jest jej najlepszą przyjaciółką, i że spotkała ją już w obozie. Obie rodziny planują dzielić to samo mieszkanie, jeśli tylko znajdą sponsora, który zagwarantuje im pobyt w Damaszku. Powiedziała, że ​​pozostaną przyjaciółkami na zawsze.

W tym momencie powiedziałam jej: "Wiesz co? Czuję, że my też będziemy przyjaciółkami". Jej oczy rozbłysły tym samym błyskiem, który pojawił się kilka minut wcześniej. Odpowiedziała: "Tak, tak, jesteś naszą nową przyjaciółką!".

Wracając na plac, dziewczynka zaprowadziła mnie do jednego z namiotów i powiedziała: "To jest nasz namiot, moja matka jest w środku, wezwę ją, aby przyszła i odebrała swój kosz". Spojrzałam na dziewczynkę, która pobiegła do namiotu. Była dzieckiem pełnym radości i życia - tych rzeczy, których wojna nie mogła od niej ukraść. Uśmiechnęłam się, bo w tym kraju jest nadal wielu ludzi, którzy okazali się znacznie silniejsi niż ten zacięty konflikt. Ta dziewczynka była jedną z nich.

Wróciłam na plac i w tej chwili właśnie przyjechała ciężarówka z torbami z żywnością. Nagle morze ludzi stało się burzliwe, jak gdyby uderzył je piorun. Wszyscy rzucili się w stronę ciężarówki, pchając się nawzajem. Podczas zamieszania, które miało miejsce wokół mnie, a którego starałam się unikać na ile to było możliwe, mężczyzna upadł wprost pod moimi nogami, a ja usłyszałam jego krzyk i przekleństwo: "Do diabła z tym życiem! Przynosi tylko upokorzenie!". Wstał znowu na nogi i rzucił się w stronę ciężarówki, aby zająć miejsce w tłumie, niosąc to, co zostało z jego godności. Mimo wszystko mając nadzieję, że dostarczy trochę jedzenia dla swoich dzieci.

Poczułam, że ktoś szturcha mnie od tyłu, więc odwróciłam się i zobaczyłam dwudziestokilkuletnią kobietę trzymającą chłopca za rękę. "Proszę pani" - powiedziała - "Czy ma pani pieluchy o dużych rozmiarach, które pasowałyby dla mojego syna? Ma osiem lat".

Spojrzałam na chłopca i zauważyłam ślady moczu na jego ubraniu. "Obawiam się, że nie" - odpowiedziałam - "Przywieźliśmy tylko pieluchy dla niemowląt. Ale co się stało chłopcu? Czy lekarz go widział?" "Tak" - odpowiedziała - "Powiedział, że to nie wynika z choroby ciała. Powodem mogą być ataki paniki, które miał podczas wojny".

Ból ścisnął moje serce, bo dzieci w moim kraju były słabym ogniwem. Były podobne do gąbki, która wsysała wszystkie pustki tej wojny, aż jej dziury nie mogły się w nich pomieścić. Tak jak ten chłopiec, z którego spływały odpadki tego konfliktu w postaci wojny.

Jego matka dodała: "Czy mogłabyś spróbować przynieść pieluchy większego rozmiaru następnym razem? Ponieważ dzieci, które cierpią tak jak mój syn, jest wiele w tym obozie. Otrzymacie też błogosławieństwo od Boga".

"Bóg zapłać" - odpowiedziałam - "Postaram się znaleźć odpowiednie pieluchy".

Będąc w tym miejscu, czułam się bezradnie wobec wszystkich tych niekończących się potrzeb i smutków. O Boże, ile tego cierpienia! Dopiero moja koleżanka wyprowadziła mnie z tej rozpaczy. Zawołała mnie i przedstawiła małemu chłopcu, mówiąc: "Ten chłopiec mieszka tu zupełnie sam, jego ojciec opuścił rodzinę dawno temu, a jego matka udała się do swojego rannego brata, aby zaopiekować się nim, a teraz przebywa tutaj sam!". W tej chwili kobieta w hidżabie wtrąciła się i powiedziała mu: "Powiedz im, jak twój ojciec cię bił i torturował, zanim odszedł. Powiedz im, jak uciekłeś przed nim i przybyłeś tutaj".

Nagle chłopak oburzył się i zaczął krzyczeć: "Co masz z tym wszystkim wspólnego? Idź stąd! Mówiłem ci milion razy, żebyś nie mieszała się w moje życie!".

Próbowaliśmy uspokoić chłopaka, który był pełen gniewu. Ja również odczuwałam wściekłość, rozmawiając z nim. Było oczywiste, że to ona stała się jego sposobem na życie. Chłopiec zestarzał się z powodu gniewu i wściekłości. Po kilku chwilach kobieta w hidżabie wzięła mnie na bok z dala od dziecka i powiedziała: "Proszę pani, proszę uwierzyć, że zawsze martwię się o niego. Może dlatego, że przypomina mi mojego syna, który został zabity w jego wieku i zmarł podczas tej wojny? Prosiłam go wielokrotnie, aby przyszedł i zamieszkał ze mną w moim namiocie, zamiast pozostać samemu. Mówiłam, że będę uważać go za jednego z moich własnych synów, ale zawsze odmawia. Ma tylko 13 lat, nie powinien być samotny! Czy mogłaby pani spróbować przekonać go, żeby przyszedł i mieszkał ze mną?"

"Niech twój syn spoczywa w pokoju" - odparłam zaskoczona po usłyszeniu tego, co przed chwilą powiedziała. "Mówi pani, że chłopiec ma 13 lat, a wygląda na dziewięć czy dziesięć!"

"Większość dzieci tak tutaj ma, proszę pani" - odpowiedziała - "To z powodu niedożywienia". Wróciliśmy do samotnego chłopca, usiadłam obok niego na chodniku i zaczęłam z nim rozmawiać, tylko po to, aby spotkać moją nową przyjaciółkę, blondynkę. Szła z mamą na wózku inwalidzkim, z tym samym uśmiechem na jej twarzy. Zobaczyła mnie z daleka i powiedziała coś do matki, zbliżając się do mnie z wielką radością. Usiadła obok mnie na ziemi. Zauważyłam, że zmieniła bluzkę, którą nosiła jakiś czas temu, być może z okazji naszej nowej przyjaźni. W tym momencie spojrzałam na dwójkę dzieci: jedno po mojej prawej, a drugie po lewej stronie.

Pierwsze z nich zostało pobite przez wojnę, która wlała w nie niekończący się gniew; gniew, który sprawia, że krzywdzi samego siebie i tych, którzy go otaczają, o ile nie znajdzie kogoś, kto mógłby mu pomóc. Po drugiej stronie siedziała obok mnie nadzieja, która przybrała formę uśmiechającej się radośnie dziewczyny.

Czas się skończył i musieliśmy wracać. Gdy koledzy mnie wołali, większość z nich była już w autobusie, przygotowana do odjazdu. Poszłam w ich kierunku z rozgniewanym chłopakiem i przyjaciółką nadzieją. Była z nami też pozbawiona nadziei matka, której śmierć skradła jej syna, a ona wciąż szukała go w twarzach innych.

Przed wejściem do autobusu kobieta zapytała mnie: "Czy jesteś z Damaszku?". "Tak, jestem" - odpowiedziała. "Życie jest dobre w Damaszku" - stwierdziła - "Tam nikt nie odczuwa naszego cierpienia".

"Uwierz mi" - odparłam - "cierpienie dotarło do nas wszystkich, nie myśl, że Damasceńczycy nie cierpią. W taki czy inny sposób wszyscy odczuwamy ból i myślę, że nadszedł czas, abyśmy stali ramię w ramię. Abyśmy razem mogli stawić czoła temu cierpieniu, byśmy się z niego wyleczyli".

Nie wiem, czy moje słowa miały jakikolwiek wpływ na tę kobietę. Nie sądzę, by tak było - ból nad jej zmarłym synem wypełnił całą jej istotę i zamknął jej uszy. Wsiadłam do autobusu i usiadłam zmęczona, z ciężkim sercem.

Przypomniałam sobie zniszczone budynki, które widzieliśmy w drodze do centrum. Te sceny, pomimo ich okrucieństwa, nie wpłynęły na mnie, ponieważ wiem, że kamienie wcześniej czy później można odbudować. Ale co z budowaniem mostów między podzielonymi sercami?

Spojrzałam przez okno. Zobaczyłam moją nową przyjaciółkę, która machała do mnie ręką i wysyłała mi pocałunki. Uśmiechnęłam się. Naprawdę zaczęłam śmiać się wewnątrz mojego serca. Ogarnęło mnie silne uczucie, prawdziwe i głębokie, że nadzieja wciąż istnieje. Tyle jest jeszcze nadziei.

* * *

Caritas Syria dotarło do Guty 25 lipca, gdzie dzięki wsparciu finansowemu Cordaid rozdano uchodźcom wewnętrznym z Guty 1480 paczek z żywnością, 1000 koszy świeżych warzyw oraz 600 opakowań pieluch dla dzieci. 

Sandra Awad - rzeczniczka Caritas Syria (tłum. Karol Wilczyński)

Przyjąć przybysza - to cykl tekstów dotyczących problematyki migracji i uchodźców. Chcemy, by dotarły do was opinie osób, które stykają się z migrantami od wielu lat i poświęcili im swoje życie. Chcemy, by dyskusję na temat uchodźców prowadzono spokojnie, bez uprzedzeń i w oparciu o fakty. Aby dowiedzieć się więcej o działalności Caritas Syria, kliknij tutaj.

Przeczytaj więcej na temat sytuacji oraz pomocy humanitarnej w Syrii:

Pomoc "na miejscu". Tak to wygląda naprawdę

"Wróciłem do życia. Posłuchałem taty" [WYWIAD]

Właśnie tak zaczyna się pojednanie w Syrii

Nie potrzebujemy pomocy. Potrzebujemy pokoju

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Syria potrzebuje pojednania. "Oby półksiężyc objął się z krzyżem"
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.