Modlitwa, która nic nie zmienia

Modlitwa, która nic nie zmienia
(fot. shutterstock.com / aj)

Masz wrażenie, że modlitwa nic nie zmienia w Twoim życiu. Jest jałowa, nic nieznacząca. Modlisz się codziennie, ale nie ma w tym żadnego widocznego rozwoju. Jak to zmienić?

Bawię się z moim czteroletnim synkiem. Układamy tory. Staram się nadążać za jego pomysłami, które co chwilę zmienia. Celem nie jest zbudowanie torów i stacji, ale samo budowanie. On nie myśli o żadnym efekcie swojej pracy, tylko cieszy się, że jesteśmy razem, że śledzę, co robi, że słucham, co mówi. Dorosłych często męczy zabawa z małymi dziećmi, która zwykle nie jest nastawiona na efekt końcowy. Trzeba być, tylko uważnie być - i jakież to wydaje się nam nużące i nieproduktywne. Przywykliśmy do działań zmierzających do miarodajnego i przydatnego celu. Dzieci są z natury kontemplatywne. One uczą nas bycia "tu i teraz", bez planu i potrzeby sukcesu. Uczą nas relacji, bliskości - bez oceniania, wybiegania w przód. "Bądź ze mną teraz. To wszystko".

To przyniesie pewien efekt - nienaoczny, ale ważny. Bliskość.

Świat jest zniewolony efektywnością. Stopniowo i nasze umysły funkcjonują w kategoriach osiągania sukcesu we wszystkim. Nawet w modlitwie niepokoi nas brak spektakularnej skuteczności i sensacyjnych owoców.

Tymczasem myśląc o modlitwie, warto rozważać ją w perspektywie życia duchowego w ogóle, pamiętając, co objawia nam Ewangelia. Jest Dobrą Nowiną dla ubogich - to jest ludzi oswojonych z faktem własnej wielorakiej biedy - że mogą być blisko Boga właśnie słabi i grzeszni i Jemu to nie przeszkadza - bo to On zbuduje świętość na ich słabości.

A jeśli tak postawić sprawę, to w naszej wierze, podobnie jak w zabawie z dzieckiem, nie chodzi o "efekty". "Celem" modlitwy nie jest więc nasza zmiana! Czy jeśli się nie zmienimy, nawet nigdy, Jezus nas zostawi? Swoje spojrzenie odwróci od nas? Powie: "Dosyć! Już za długo czekałem! Odcinam przelewy łaski"? On tego nie zrobi z tego powodu, że Jemu nie zależy na naszej zmianie, ale na bliskości z nami: dokładnie na tym samym, na czym mojemu dziecku w zabawie ze mną.

W pewnym więc sensie celem życia duchowego i modlitwy - jest modlitwa. Jeśli ktoś się modli, zabiegając o wierność, najprawdopodobniej ma już wszystko, czego trzeba, nawet jeśli wciąż nie domaga pod wieloma względami, a jego modlitwa wydaje się marna. Tak Jezus powiedział o Marii z Magdali, że potrzeba tylko jednego, jednej cząstki, którą Ona ma: ufnego bycia z Jezusem. Nie: bycia doskonałą czy choćby "w miarę". Bycia z Jezusem. A On da nam wszystko.

Ks. Wojciech Ziółek zachęca wręcz, by spróbować zapomnieć o naszych słabościach i o tym, że są nam przeszkodą na drodze do świętości; by się tym nie zadręczać. "Zacznijmy po prostu żyć i kochać, bo już teraz mamy wszystko, co potrzebne do tego, żeby być świętymi. Bo świętym można zostać ze słabością, z powtarzającym się grzechem, z nałogiem. Chrześcijaństwo nie jest religią dla ludzi z czystym kontem. To religia dla tych, którzy choć nie raz jadą od bandy do bandy, to jednak ciągle za Panem Jezusem".

Dlaczego zmiana nie jest tak ważna? Ponieważ jest coś dalece ważniejszego. Kontynuując swoją myśl, ks. Ziółek wspomina o Męczennikach: to ludzie, którzy do końca ufali, iż Pan Bóg ich ocali i się na Nim nie zawiedli. Choć stracili życie, "Pan Bóg ocalił w nich do samego końca to, co najcenniejsze, czyli pełną miłości ufność do Niego. Bo to nieprawda, że życie ludzkie jest największą wartością". Analogicznie w naszej wierze także bezgrzeszność czy moralna poprawność nie są najwyższą wartością! Stale borykamy się z tymi samymi grzechami, mimo codziennej modlitwy, starań i prób nic lub niewiele się zmienia… "Ale za tym wszystkim - mówi ks. Ziółek - za niekończącym się pasmem upadków i powstań stoi doświadczanie zaufania. Jak ktoś przychodzi do konfesjonału po raz setny czy tysięczny z nadzieją, że Pan Bóg nie przestał go kochać i nie odwrócił się od niego, i go nie przekreślił, to jest to wiara i ufność w najczystszej postaci". To spotykanie Boga i ufność jest właśnie świętością.

Możemy ufać, że nas takich przyjmuje, ale także że pomoże nam uporać się z naszym złem - jeśli zechce i kiedy zechce.

A skoro w wierze chodzi o bliskość oraz zaufanie - wystarczy, by nasza modlitwa te dwie postawy wyrażała.

Módl się

Pewna dziewczyna, młoda mama, zapytała kapłana: "Staram się codziennie przeznaczyć kawałek czasu na czytanie Słowa z dnia. Myślę nad nim potem, oddaję Bogu bliskich i siebie. Tak zwyczajnie… Co mam robić dalej?". Kierowało nią założenie, że to zbyt mało, że w modlitwie, jak w grze komputerowej, są levele i może level, jaki prezentuje, to mało. Kapłan odpowiedział z uśmiechem: "A może to już wszystko?".

Wierność wyraża zaangażowanie w relację, że mi po prostu zależy. Bliską Bogu, piękną modlitwą jest modlitwa uboga jak wdowi grosz. Wielu z nas ma na co dzień urwanie głowy i mawia, że na "komfort" modlitwy nie mogą sobie czasowo pozwolić. Na komfort nie, ale na grosz? "Dać Bogu czas z niedostatku swego" to żaden wstyd, to pokora: gdy odmawiam dziesiątkę po drodze na wykład, ślę akty strzeliste z zebrania, wymykam się na parę minut z Biblią po podanym rodzinie obiedzie. To nic, że mam tylko parę minut. Decyzja szukania Boga jest tu wszystkim.

Dominikańscy teologowie często podkreślali, że modlitwa jest czymś prostym - jedynym warunkiem jej "jakości" jest to, by po prostu była. Franciszek de Vittorio OP mawiał, że pobożność nie polega na radości chodzenia na mszę świętą, ale na tym, że właśnie idę na mszę. Błąd nie polega więc na tym, że "źle" odmawiasz swoje modlitwy (np. myśląc o kolacji), ale - że nie odmawiasz ich wcale. Zdaniem Simona Tugwella "typowo dominikański" jest brak zainteresowania rozróżnianiem "poziomów" czy etapów doskonałości w modlitwie. Wynika to z dominikańskiego orędzia, iż modlitwa nie ma być żadnym skomplikowanym systemem, ale naturalną rozmową z Bogiem, prowadzoną w wybrany dowolnie przez nas sposób (Columba Ryan OP). Przykładowo, "Kopciuszek duchowości" - zwyczajna modlitwa słowna - jest bardzo ceniona przez dominikańskich przewodników. Można oczywiście przejść z modlitwy słownej do modlitwy bez słów, lecz dominikanie nie określiliby tego awansem, ale po prostu "korzystaniem z naszej wolności", pozwalającej nam modlić się na różne sposoby. Poczucie tego rodzaju wolności i nieograniczenie gorsetem "modlitewnych zasad" pozwala nam dobierać rodzaj modlitwy do naszych możliwości, do "dnia" - gdy jesteśmy zmęczeni i nie umiemy się skupić, wybieramy różaniec, innym razem rozważamy fragment Pisma lub trwamy w milczeniu.

Najważniejszą, jeśli nie jedyną naszą troską powinna być wierność. Jak w tym pięknym wierszu pustelnicy s. Miriam zatytułowanym "Pustelnia":

Po prostu bądź

Po prostu pobądź tutaj

Bym cię widział

W tej kaplicy

Ze światełkiem serca

I miał do kochania

Postanowienie wielkopostne: zrezygnuj z postanowień

Poza wiernością ważna jest nasza ufność, że Pan Bóg nas poprowadzi. To nie duchowe pociechy i ekstazy, ale prosta wiara jednoczy nas z Bogiem; wiara w Jego opiekę.

Niech ta wiara dotyczy też naszej modlitwy. Tak jak nastawieni bywamy na efekt, lubimy także mieć wszystko pod kontrolą. Sami chcemy dowieść Bogu i sobie, że naprawdę dajemy radę, że nie tracimy kontroli nad naszą świętością, dlatego obiecujemy Mu wyrzeczenia na Wielki Post i solenne postanowienia. Tymczasem o rezygnację z kontroli właśnie chodzi. Dlatego często w naszym życiu Pan Bóg dopuszcza, że ją tracimy: i nad życiem, i nad modlitwą. Nawrócenie jest przecież przekazaniem kontroli Bogu, wydaniem się w Jego ręce; pozwoleniem, a nawet prośbą, by rozdarł nasze serca i operował tam, gdzie wie, że trzeba.

Oschłość na modlitwie także odziera nas z poczucia kontroli. Chcielibyśmy, by wyglądała lepiej, bardziej medialnie, pełna natchnień i pociech, by niwelowała nasze lęki. A ona czasem je wręcz odsłania. Dlaczego tak się dzieje?

Po pierwsze dlatego, że w modlitwie najpierw "wpadamy na samych siebie". Jak przytomnie zauważa Dom Samuel, opat czeskich trapistów, "jeśli człowiek jest egoistą (wszyscy jesteśmy), to będzie egoistą też w relacji z Bogiem. Jeśli człowiek jest nerwusem, to będzie się denerwował też podczas modlitwy. Jeśli człowieka ciągnie we wszystkie strony, to swoje rozerwanie będzie też przeżywał w czasie modlitwy. Z naszych osobistych dyspozycji nie należy zbyt szybko robić «mistycznych prób», ponieważ przy modlitwie człowiek w pierwszym rzędzie wpada na samego siebie, zaczyna odkrywać, jaki jest w rzeczywistości. To nie Bóg człowieka doświadcza, ale to człowiek, który nie umie w spokoju wytrzymać ze swoim Bogiem".

Warto więc z całym spokojem przyjąć samego siebie i nie martwić się, że nasza modlitwa jest modlitwą biednych i grzesznych, bo Bóg na nią czeka i ją z czułością przyjmuje. Nasze zasypianie, rozproszenia, nudę… Taki jestem Panie - przyjmij. To nas uczy pokory.

Doświadczenie pustki czy niecierpliwości na modlitwie może być dane od Boga także po to, by zrozumieć, iż nasza aktywność nie wystarczy - trzeba pozwolić Bogu przejąć kontrolę nad naszą modlitwą. Przecież to nie my jesteśmy w jej centrum, tylko On! Skoro jest pustka i nicość - to nic, widać jest nam to potrzebne. Pozwólmy Mu działać, także dlatego, by - jak radzi Dom Samuel - zacząć się dawać, "przyjąć reguły gry Kogoś Innego, Kogoś żywego, kto nie jest dokładnie taki, jak bym chciał. Mówiąc inaczej, to kruszące «nic», na które narażamy się podczas modlitwy, jest bramą wjazdową do prawdziwego kontaktu z Bogiem, w którym Bogu zostawiamy decydujące słowo. Ta brama się nazywa pokorą".

Gdy zrezygnujemy z własnego scenariusza i zostawimy miejsce Bogu, godząc się na trudności i znużenie, okażemy się bardziej gotowi, by głębiej i pełniej spotkać Boga - nie tak, jak my byśmy chcieli, by przyszedł, ale jak On sam zechce. Jak zauważa Tomasz Merton, tylko wówczas, kiedy jesteśmy zdolni zrezygnować z wszelkich pragnień zobaczenia, widzenia, doświadczania obecności Boga i rozkoszowania się nią - stajemy się prawdziwie zdolni, by doświadczyć tej obecności z przygniatającą realnością.

Taki człowiek "w milczeniu czeka na Słowo Boga, a kiedy otrzymuje odpowiedź, to nie tyle przez słowo, które wdziera się w jego ciszę, ile przez samo jego milczenie, które nagle i niewytłumaczalnie objawia mu się jako słowo wielkiej mocy, pełne głosu Boga".

Gdy zatem na modlitwie słyszymy tylko ciszę, stając jak żebracy z niczym i - zdawać by się mogło - wobec niczego, lecz nie tracimy ufności, spotka nas to, co spotkało Eliasza na górze Horeb. Bóg nie objawił Mu się w wichrze ani w trzęsieniu ziemi.

Nie był to nawet powiew.

Jak podaje oryginalne tłumaczenie, Bóg przyszedł do Niego "w głosie delikatnej ciszy" (1 Krl 19, 12-13). Oschłość na modlitwie przygotowuje nas na jego usłyszenie.

*  *  *

"Praktyczny przewodnik po modlitwie"

Każdy z nas ma problemy z modlitwą. Jedni nie widzą już jej sensu, dla drugich, stała się tylko rutynowym "klepaniem pacierza". Ktoś inny powie, że mimo jego wiary, modlitwa nie została wysłuchana. Jak poradzić sobie z tymi trudnościami? Jak sprawić, żeby modlitwa znów była spotkaniem z Bogiem, które odnawia w nas nadzieję, radość i chęć do życia? Wychodząc naprzeciw takim wątpliwością, przygotowaliśmy cykl tekstów i wideo, w którym nasi eksperci odpowiedzą na najczęstsze problemy związane z codzienną modlitwą. Jak modlić się, kiedy nie mamy wiele czasu? Czy można modlić się w grzechu ciężkim? Co zrobić, kiedy nie czuję nic w czasie modlitwy? Odpowiemy na te i inne pytania. W każdy piątek na DEON.pl

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Modlitwa, która nic nie zmienia
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.