Świeccy niezbędni w formacji i życiu księży. Tak czytam list Leona XIV o tożsamości kapłańskiej
Sprawy księży są sprawami całego Kościoła, więc cały Kościół powinien być w ich sprawach; wierni świeccy powinni formować prezbiterów, współdziałać z nimi, dbać o jakość ich posługi, towarzyszyć im i wspierać swoją mądrością i doświadczeniem. Tak czytam list papieża Leona XIV o kapłańskiej tożsamości.
Cały list jest wart uwagi i uważnej lektury, ale na potrzeby tekstu wyjęłam z niego to, co najbardziej porusza moje serce i wydaje się pilnym zadaniem tutaj, w naszym Kościele, teraz, a nie kiedyś w przyszłości.
Nie tylko księża powinni mieć wpływ na swoją formację i posługę
To zadanie powierzone całemu Kościołowi: „codziennie ożywiać posługę kapłańską, czerpiąc siłę z jej źródła, jakim jest więź między Chrystusem a Kościołem, aby wraz ze wszystkimi wiernymi i w ich służbie być uczniami-misjonarzami zgodnie z Jego Sercem”.
Skoro to zadanie powierzone całemu Kościołowi, a nie tylko ludziom ze święceniami, to znaczy, że zadaniem wiernych bez święceń jest wspieranie prezbiterów. A to nie oznacza tylko służenia pomocą w codziennych czynnościach, jak mycie podłogi w kościele, dbanie o szaty liturgiczne czy gotowanie obiadów i sprzątanie plebanii (tam, gdzie jeszcze ktoś gotuje i sprząta), ale także troskę o ich relację z Bogiem, o ich modlitwę, rozwój, odpoczynek. W przestrzeni tej troski jest też zwracanie uwagi na to, co idzie źle, a co da się na ogół zaobserwować widząc księdza sprawującego sakramenty, głoszącego słowo czy załatwiającego sprawy w kancelarii parafialnej. Papież dalej dodaje zresztą, że konieczny w powołaniu kapłańskim proces nawrócenia „nigdy nie jest wyłącznie drogą indywidualną, ale zobowiązuje nas do troski o siebie nawzajem”.
Jeśli zadaniem wiernych jest codzienne ożywianie posługi kapłańskiej, jeśli chodzi o troskę o siebie nawzajem, oznacza to, że wspólnota wierzących powinna „wtrącać się” w życie księży tak samo, jak bliscy sobie ludzie „wtrącają się” nawzajem w swoje życia. Jeśli żona może mówić zmęczonemu mężowi albo brat przepracowanej siostrze: „słuchaj, najwyższa pora przestać ignorować odpoczynek, bo się zajedziesz” – tak samo wspólnota może mówić swojemu księdzu: „hej, twój kalendarz można bez trudu podzielić między trzy osoby, kiedy się wysypiasz i ile razy w tygodniu masz czas na spokojną adorację Najświętszego Sakramentu? Może pora coś tu zmienić?”
Często jednak widać inną postawę księży: z różnych powodów nie wpuszczają oni wiernych do swojego życia, podobnie jak szkolni nauczyciele nie wpuszczają swoich uczniów do prywatnej części życia. Wtedy ciężar ożywiania posługi spoczywa wyłącznie na prezbiterze i jego małym wyświęconym środowisku, co coraz częściej bywa bardzo niewystarczające.
Odnowa Kościoła zależy od jakości posługi kapłańskiej
Nie jest to klerykalizm Leona, ale proste stwierdzenie faktu, od którego nie da się uciec. Jeśli księża posługują byle jak lub w sposób odsuwający wiernych na dystans i zatrzymują się w swoim ludzkim i duchowym rozwoju na pewnym wczesnym etapie oraz nie potrafią budować zdrowych i prawdziwych relacji z wiernymi, wpływa to mocno na jakość wspólnoty i to mimo wszelkich prób ze strony pozostałych wiernych bez święceń. Papież podkreśla zresztą, że wiarygodnego głoszenia Ewangelii i podjęcia celibatu zdolnie są osoby „po ludzku dojrzałe i duchowo silne” takie, w których „wymiar ludzki i duchowy są dobrze zintegrowane i które dzięki temu są zdolne do autentycznych relacji ze wszystkimi”.
„Komunia, synodalność i misja nie mogą się bowiem wypełnić, jeśli w sercach kapłanów pokusa autoreferencyjności nie ustąpi miejsca logice słuchania i służby” – pisze papież i dodaje za Benedyktem XVI, że życie prezbitera ma mieć charakter relacyjny.
Ten charakter relacyjny jest ważny także w pielęgnowaniu wierności swojemu wyborowi (i wybraniu). Powołanie kapłańskie – jak czytamy w liście Leona XIV – to ciągłe nawracanie się. Rozwój, a nie stagnacja. Podejście, w którym osiągnięcie pewnej pozycji, urzędu, funkcji nie oznacza końca pracy nad swoją duchowością i ludzką dojrzałością. Nie ma jej bez też bez innych ludzi.
Tyle, że taki „model” bycia księdzem – rozwojowy, stawiający na dojrzałość biorącą się także z relacji ze świeckimi, zwłaszcza będącymi dalej niż konkretny ksiądz na drodze wiary - mocno utrudnia zakorzenione w naszym Kościele przekonanie, że ksiądz po święceniach jest gotowy i uformowany; może się uczyć nowych praktycznych rzeczy w duszpasterstwie i pogłębiać wiedzę biblijno-teologiczną, jeśli zechce, ale z zasady jest traktowany jako głęboko nawrócony, mający dobrą relację z Bogiem, żyjący Ewangelią człowiek.
Niestety, często „zwykli” wierni bez święceń mają większą wiarę i głębsze zaufanie do Boga niż ksiądz, który zatrzymał się na jakimś etapie i głosi tylko to, co poznał do tej pory, nie zauważając, że pięknie urządził się we własnej stagnacji i nie wymaga od siebie i świata zbyt wiele poza tym, żeby mu nikt tutaj nie przeszkadzał.
W najbardziej bolesnych przypadkach przekłada się to na wyśmiewanie wiernych za ich wiarę, parcie na władzę, pieniądze i ignorowanie zasad moralnych, które są „dla innych”. Efektem są przegięcia i skandale. Jak pisze papież: „w ostatnich dziesięcioleciach kryzys zaufania do Kościoła, wywołany nadużyciami popełnionymi przez członków stanu duchownego, które napawają nas wstydem i wzywają do pokory, uświadomił nam jeszcze bardziej pilną potrzebę formacji integralnej, zapewniającej wzrost i dojrzałość ludzką kandydatów do prezbiteratu, wraz z bogatym i solidnym życiem duchowym”.
Nie tylko księża mają rozważać między sobą, czego Bóg dziś od nich potrzebuje
„Z tą intencją kieruję niniejszy List apostolski do całego Ludu Bożego, abyśmy wspólnie ponownie rozważyli tożsamość i funkcję posługi święceń w świetle tego, czego Pan dzisiaj wymaga od Kościoła, kontynuując wielkie dzieło aktualizacji (wł. aggiornamento) Soboru Watykańskiego II” – pisze papież.
Do całego ludu Bożego, wspólnie – to ważne słowa w tym liście apostolskim. Mówią o tym, że potrzebne jest nam w Kościele takie podejście, w której nie tylko „księża znają się na księżach”, ale wszyscy wierni powinni zastanowić się, jakie zadania powinny być dziś zadaniami dla księży, a jakie nie. Co warto zachować, a z czego trzeba zrezygnować. Jaką odpowiedzialność trzeba rozłożyć inaczej, przekazać, oddelegować, a jaka musi być niezbędnie wpisana w powołanie prezbitera.
Ludzie doświadczeni w życiu Ducha mają pomagać księżom w czasie próby i pokusy
„Wierność powołaniu, zwłaszcza w czasie próby i pokusy, umacnia się, gdy nie zapominamy o tym głosie, gdy potrafimy z pasją przypomnieć sobie brzmienie głosu Pana, który nas kocha, wybiera i wzywa, powierzając nas również niezbędnemu towarzyszeniu tych, którzy są doświadczeni w życiu Ducha”.
Ważny wątek, bo przypomina, że mistrzami spraw duchowych nie są wyłącznie osoby duchowne. Określenie „doświadczony w życiu Ducha” mogę bez trudu i na poczekaniu zastosować do przynajmniej pięciu osobiście mi znanych osób bez święceń, których długoletnia, wierna relacja z Bogiem oraz ten rodzaj mądrości, który jest wypadkową życiowego doświadczenia i chodzenia w świetle Ewangelii sprawia, że są bardzo cennymi towarzyszami w życiowych kryzysach i próbach wiary.
Napiszę to wprost: tacy ludzie są w Kościele bezcenni, a jednak ich rady są często stawiane przez innych świeckich niżej od rad młodych duchownych z mniejszym doświadczeniem Boga i życia. Co więcej, ich wspierająca obecność raczej w ogóle nie jest brana pod uwagę w formacji kapłańskiej – wyjątkiem są może „stare i mądre” siostry zakonne (co jest świetną sprawą), ale "starych i mądrych" świeckich w formacji zdecydowanie brak.
Gdyby serio wziąć słowa papieża o tym, że ludzie doświadczeni w życiu Ducha mogą być dani księżom na czas kryzysu powołania i że nie muszą to być inne osoby duchowne, może mniej byłoby odejść, skandali, połamanych kapłańskich życiorysów i zgorzkniałych księży po czterdziestce.
Trzeba przy tym zauważyć, że to oddzielenie księży od świeckich, które nietrudno w Polsce zaobserwować, prowadzi do pewnego niewłaściwego poczucia wyjątkowości, a ono z kolei do wniosku, że „nikt poza drugim księdzem nie zrozumie moich problemów” oraz że pomoc i rada świeckich są dobre w sprawach technicznych i codziennych, ale nie w duchowych i kryzysowych. Oczywiście: życie kapłańskie różni się mocno od życia bez święceń, ale jest w swoim przebiegu dość powtarzalne i wierzący człowiek żyjący w Kościele kilkadziesiąt lat nie ma problemu ze zrozumieniem problemów księdza, bo je dostrzega tak samo, jak problemy innych wierzących o zupełnie innym powołaniu czy zawodzie. Obszar człowieczeństwa ze wszystkimi wyzwaniami i kryzysami nie różni się tak potężnie, by nie dało się znaleźć dużej części wspólnej, w której mądrość „ludzi doświadczonych w życiu Ducha” nie byłaby dużym wsparciem.
Relacje z wiernymi świeckimi to szansa dla „kapłanów przyszłości”
Kilka punktów listu papież poświęca synodalności – czyli kwestii, która niestety w wielu parafiach jest niezrozumiana i odrzucona przez księży. W liście Leon XIV podkreśla wagę relacji z wiernymi świeckimi, jasno mówiąc, że księża wśród świeckich są braćmi pośród braci; mają specyficzne zadania, ale tę samą (nie wyższą, nie niższą!) godność. I powinni uznawać doświadczenie i kompetencje świeckich, nie dominując i nie skupiając wszystkich zadań na sobie.
„Posługa prezbitera musi wyjść poza model wyłącznego przywództwa ( leadership), który determinuje centralizację życia duszpasterskiego i obciążenie wszystkich powierzonych mu wyłącznie obowiązków, dążąc do kierowania bardziej kolegialnego, we współpracy między prezbiterami, diakonami i całym Ludem Bożym” – pisze papież.
Pomaganie innym w odczuwaniu radości z powołania kapłańskiego
Jest w liście papieża jeszcze jedno zdanie, na samym początku, w którym nie ma co prawda jednoznacznego wskazania na to, że jest to rola wiernych świeckich, ale z kontekstu wynika, że to także ma być zadaniem całego Kościoła, namyślającego się nad realiami posługi kapłańskiej.
Chodzi mi o „pomaganie innym w odczuwaniu radości z powołania kapłańskiego”. Czyli o coś, co według mnie jest bardzo ważną rolą braci i sióstr bez święceń. Tyle, że wymaga wyjścia ze schematu „stanowego”, z poczucia, że sprawy księży są ich sprawami i nie należy się w nie wtrącać, chyba że działanie prezbitera wymaga pilnej interwencji. Tymczasem poza takimi przykrymi wypadkami jest też zwykłe, codzienne życie, w którym każdy ma momenty wzlotów i upadków i wydaje mi się sprawiedliwe, by to właśnie ci ludzie, którym służą konkretni księża przypominali tym księżom o tym, że powołanie ma dawać radość.
Nie jest to oczywiste, gdy posłucha się nauczania o obumieraniu ziarna, o spalaniu się, o wyzbywaniu się siebie, o poświęcaniu wszystkiego dla Chrystusa; o tym wszystkim, co się nieodłącznie kojarzy z życiem porządnego, wierzącego księdza. I co jest niestety połączone z tym dziwnym przekonaniem, że poświęcenie nie może przynosić radości, bo jego znakiem jest tylko cierpienie, ból, brak i rezygnacja. Jakby to były dowody, że powołanie rozwija się prawidłowo...
A przecież Jezus był pełen radości. Radość jest domyślnym stanem chrześcijanina. Jest darem. Brak radości jest poważnym symptomem, że z życiem dzieje się coś nie tak. W nawale pracy łatwo można ją zgubić, zgorzknieć, stracić entuzjazm. Można się czuć bardzo niedocenianym, można przeżyć „wypalenie powołaniowe”. Przywracanie radości z powołania w takich codziennych drobiazgach, jak dobre słowo, zwykły uśmiech, docenienie, proste pytanie, co słychać, życzliwość bez interesu; jak przypominanie drugiemu, wyświęconemu człowiekowi o jego zaletach, talentach, tym, co idzie mu dobrze, ale też o tym, że jego wartość nie wynika z tego, co zrobił, ale z tego, że jest i że w tym „po prostu” byciu już jest dobro – taka rola wiernych wydaje mi się nie do przecenienia w Kościele.
Skomentuj artykuł