Sześć wniosków po lekturze raportu z Sosnowca. Wyszło na jaw kilka ważnych spraw
Przeczytałam od deski do deski raport komisji „Wyjaśnienie i Naprawa”, czyli pierwsze opublikowane efekty pracy utalentowanych i kompetentnych osób. Jest w nim mnóstwo wątków, ale chciałam wyjąć te najbardziej uniwersalne, które przydadzą się według mnie każdej polskiej diecezji.
Prawo sobie, żądze sobie
Po pierwsze: bardzo niepokojącym faktem jest dla mnie to, że wzrost świadomości społecznej nie wyzerował liczby przestępstw seksualnych, których duchowni dopuszczają się na dzieciach i nastolatkach.
O tym, jak bardzo poważny i naganny to czyn, mówią po kolei: kodeks prawa kanonicznego z 1983 roku, a później Jan Paweł II w 2001 roku, gdy wprowadził nowe normy i uznał tę grupę przestępstw za najcięższe. Potem w 2010 Benedykt XVI wzmocnił jeszcze przepisy, od 2019 jest VELM, a w 2021 roku papież Franciszek znowelizował KPK pod kątem przestępstw seksualnych na ludziach do 18 roku życia.
I co? I nic – chciałoby się powiedzieć, gdy się patrzy w listę sprawców opublikowaną w raporcie i widać na niej daty. A czyny tylko jednego ze sprawców datuje się na czas przed 1983 rokiem.
Można się oczywiście pocieszać, że tylko znikomy procent (dokładnie 3,2 proc.) księży z diecezji sosnowieckiej znalazł się w grupie sprawców, ale niestety ten procent powinien wynosić dokładnie ZERO. I nie jest to absolutnie wygórowane oczekiwanie, żeby księża nie krzywdzili dzieci i nie liczyli na seks z osobami poniżej 18 roku życia. Nie jest też wygórowane oczekiwanie, by księża w czasie formacji poznawali dokładnie prawo i byli w pełni świadomi hardkoru i spustoszenia, jaki mogą w czyimś życiu zrobić, ignorując bardzo jasne wskazania Kościoła w tej kwestii.
Kuria jak szatniarz, czyli bałagan w aktach i archiwach
Ta część raportu, która mówi o bałaganie w dokumentach, wskazuje na inną „przypadłość” kościelnych instytucji i według mnie jest to nie tyle beztroska, co poczucie bezkarności i nie odpowiadania przed nikim. To mocne słowa, wiem. Ale uzasadnione. Bo postępowanie jak szatniarz ze starej anegdoty: „nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?” generuje brak zaufania do Kościoła po prostu. Jeśli nie ma porządku w małych rzeczach, jak odkładanie właściwych pism do właściwych teczek, to czy możemy spodziewać się uporządkowania w dużych sprawach? Jeśli nie ma kontroli i przez lata puszcza się sprawy luzem, wiedząc, że nikt nie ma prawa zajrzeć do nich bez zgody, jak to świadczy o wspólnocie Kościoła? W zwykłym świeckim życiu porządek w dokumentach wiele mówi o ich właścicielu i jego odpowiedzialności, a w życiu kościelnym jest tak samo. Trudno nie być złego zdania o instytucji, która gubi pisma i nie ma procedur.
„Komisja zauważyła, że akta przechowywane są bez żadnych zasad, nie ma żadnej instrukcji kancelaryjnej, a dokumenty trafiają do poszczególnych teczek według uznania”. I dalej: „poszczególne karty [w teczkach personalnych księży] nie są paginowane, co oznacza, że w każdej chwili można z teczki jakiś dokument usunąć, a jego zniknięcia nikt nie zauważy”. Komisja zwróciła również uwagę na zachowanie pierwszego ordynariusza diecezji. Spotykał się z interesantami w auli, a jeśli przynosili ze sobą jakieś pisma, biskup potem przekazywał je kanclerzowi albo nie, a istnienia pisma nie odnotowywano; zdarzało się też, że biskup zabierał dokumenty ze sobą i cześć (po jego śmierci niektóre odnalazły się w jego prywatnych rzeczach).
Co według mnie może być efektem takiej "strategii" zarządzania dokumentami? Na pierwszy rzut oka skutki są dwa. Pierwszy dotyczy wprost spraw wykorzystania i innych spraw dyscyplinarnych – jeśli nie ma śladu po skardze na wikariusza złożonej do kurii przez np. rodziców czy dyrektora szkoły, no to nie ma sprawy i w przyszłości też jej może nie będzie, bo nie będzie dowodów na to, że jakaś sprawa w ogóle była. Jak się kończy zamiatanie pod dywan, już dobrze wiemy.
Drugi skutek dotyczy polityki personalnej i zarządzania zasobami ludzkimi: jeśli jesteś księdzem i tylko od widzimisię biskupa (i tego, czy odda skargę kanclerzowi, czy może zachowa ją dla siebie) zależy to, co się z tobą stanie, zaczynasz myśleć na sposób – i proszę mi wybaczyć to porównanie – nieco mafjny. Szef ma haka, więc się słuchasz; twoje istnienie zależy od niego. Jak wiadomo, władza absolutna korumpuje absolutnie, a nietrudno mi sobie wyobrazić, jakim rodzajem władzy jest niemal nieograniczona możliwość decydowania o życiu drugiej dorosłej osoby, która wie, że jeśli się nie podda takiej władzy, może w kilka chwil stracić cały niematerialny dorobek życia: pracę, pozycję, dobre imię, przynależność do wspólnoty. Nie twierdzę, że tak właśnie było w diecezji sosnowieckiej; tego nie wiem. Widzę tylko uniwersalny mechanizm, który pozwala ustawiać ludzi tak, jak komuś wygodnie, bo są środki, by niezależnie od czyjejś woli i zgody wymusić to, co ten ktoś chce uzyskać. I jeśli nie jest uczciwy i odpowiedzialny – dobrze nie będzie, czy to w Kościele, czy poza nim.
I jeszcze cytat z raportu: „W trakcie swoich prac komisja odnalazła informację, że w 1998 r. proboszcz parafii, w której pracował wówczas ks. K, informował biskupa diecezjalnego o jego „niewłaściwych zachowaniach wobec dziewcząt”. O sprawie miał także informować innego duchownego. Biskup odpowiedział mu, że „może dostać wikariusza »gorszego«”. Kilka miesięcy po tej rozmowie ks. K został przeniesiony na placówkę, w której potem wykorzystał trzy małoletnie osoby."
Nie da się? Potrzymajcie mi pastorał
Trzeci wniosek jest bardzo optymistyczny. Otóż wbrew wszystkim opiniom o tym, że Kościół instytucjonalny jest betonem nie do ruszenia, że bałagan ukryty pod elegancką powierzchnią jest nieodłączny i że nic się z tym nie da zrobić raport jest niepodważalnym dowodem na to, że jednak się da. I że wystarczy do tego jeden zdeterminowany i odpowiednio decyzyjny człowiek, który kocha Kościół bardziej niż siebie i potrafi znaleźć wspierających i sprawczych sprzymierzeńców.
Przez raport co kilka stron przewijają się wzmianki o tym, że jakaś rada czy rekomendacja została udzielona przez komisję sosnowieckiemu ordynariuszowi i – uwaga – że została wykonana, wdrożona, rozpoczęła się procedura. Bardzo istotne są też według mnie końcowe rekomendacje, w których komisja zostawia dziesięć wskazówek dotyczących księży i obszarów problematycznych, na które należałoby zwrócić uwagę i ogarnąć je inaczej. Gdy się popatrzy na działania obecnego sosnowieckiego ordynariusza, bpa Artura Ważnego, jasno widać, że powołanie komisji nie było działaniem „dekoracyjnym” i jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że bp Ważny będzie wcielał w życie kolejne rekomendacje z listy kończącej raport.
Co więcej, raport jest przełomowy i pokazuje, że można spokojnie, ale uczciwie i kompetentnie zbadać sprawy bardzo trudne. I że nawet to, co się kryje w archiwach, nie musi być kamieniem u szyi ani gwoździem do trumny diecezjalnego Kościoła, ale początkiem uzdrowienia. Optymistyczne jest też to, że (z różnych powodów) podobną komisję zamierza utworzyć kard. Ryś w archidiecezji krakowskiej i abp Depo w archidiecezji częstochowskiej. Czy zmieni to coś w podejściu do powstania komisji ogólnopolskiej – nie wiadomo, ale pewne drzwi zostały otwarte i ścieżki przetarte i mówienie teraz, że „się nie da” będzie się zaliczać wyłącznie do kategorii wygodnych wymówek.
„Nie została potraktowana poważnie”, czyli o lekceważeniu ludzi
Przez raport jak refren przewijają się lapidarne podsumowania, które – mówiąc wprost – robią dziurę w sercu co bardziej wrażliwego czytającego. Przy opisywaniu zgłoszeń czy rozmów z potencjalnymi świadkami czytamy: „nie potraktowali jej poważnie”. ”Ksiądz przyznał, że kobieta mówiła mu o podejrzeniach, ale je zlekceważył”. „Wydaje się, że osoby (…) [decyzyjne-przyp.red.] wykazały się co najmniej niefrasobliwością”. „Wiceoficjał twierdził, że (…) zarzuty kobiety nie mają pokrycia w rzeczywistości”. „Kobiecie nie dano wiary”.
Bardzo bolesna jest jedna z opisanych historii, w której o wykorzystaniu niepełnosprawnego chłopca poinformowała w 2001 roku kurię matka. Przy zgłoszeniu sprawy pomagał jej ksiądz – kapelan szpitala, jak podaje raport - „znany biskupowi”, który dołączył m.in. rysunki chłopca wskazujące na doznanie krzywdy. Biskup zlecił wyjaśnienie sprawy, wyznaczony do tego ksiądz porozmawiał z dziekanem i proboszczem parafii i jak czytamy w raporcie, „księża ci uznali, że kobieta jest niewiarygodna. Sprawy nie procedowano dalej, a na otrzymanym liście biskup diecezjalny zapisał: Oszczerstwo!”
Kobieta napisała do biskupa jeszcze raz w 2002 roku, a potem w 2016 roku. Wtedy wiceoficjał i notariusz spotkali się z proboszczem, który stwierdził m.in., że matka zgłaszająca wykorzystanie niepełnosprawnego syna jest „chora psychicznie” i „nie ma się co przejmować taką kobietą”. Potem spotkali się także z samą kobietą, która poinformowała ich, że jej syn został trzykrotnie zgwałcony przez wiadomego księdza. Nagranie ani stenogram rozmowy nie znalazło się w aktach sprawy, a rozmowę z księdzem kapelanem, który wiedział o sprawie i uważał kobietę za wiarygodną, przeprowadziła dopiero po kolejnych ośmiu latach świeżo powołana komisja „Wyjaśnienie i Naprawa”… Co więcej, zgłoszenie o wykorzystaniu przez tego samego księdza w latach 2000-2005 trafiło do biskupa w 2019 roku za sprawą innej kobiety (chodziło o inne czynności seksualne w okresie, gdy kobieta była dziewczynką, między 8 a 13 rokiem życia), a sam ksiądz w procesie karnym został skazany na dwa lata pozbawienia wolności.
Naprawdę trudno zobaczyć w tej historii co innego niż lekceważenie tematu i mówiąc językiem psychologicznych książek – usilną próbę pozostawania w swojej strefie komfortu. Bo jak inaczej wyjaśnić to, że kompetentny i wiarygodny, „znany biskupowi” ksiądz, który wysłał mu dowody w sprawie, nie został nawet o to zapytany przez 16 lat?
No ale dajcie mi kolejną szansę!
W raporcie pojawia się też wątek księży inkardynowanych do diecezji. I jest w tym wątku rzecz, która mocno powinna być akcentowana zwłaszcza teraz, gdy w wielu miejscach zaczyna brakować wyświęconych rąk do pracy. Bo rozumiem, jak bardzo może kusić, żeby „przejąć” księdza, który już jest trochę po święceniach i może niemal z marszu podjąć różne obowiązki albo seminarzystę chcącego zmienić miejsce formacji.
Myślę, że nie jest chyba trudno sprawdzić na czas, czy za bardzo chcącym należeć do diecezji księdzem nie snuje się wątek zapowiadający problemy w przyszłości. Rekomenduje to zresztą komisja, zalecając „dokładną weryfikację motywacji predyspozycji księży proszących o inkardynację do diecezji”.
Wiadomo, sytuacje bywają różne i czasem prośba o przeniesienie ma wymiar bardzo praktyczny i bezproblemowy. Ale są sytuacje, w których bardziej patrzy się na to, że człowiek „tak bardzo chce być księdzem” i nie pada pytanie o to, czy takiego księdza chce i potrzebuje wspólnota, do której będzie posłany.
Dla przykładu dwie takie sprawy z raportu: jedna dotyczy księdza, który chciał zmienić diecezję, dwie go nie przyjęły, ale w sosnowieckiej znalazło się dla niego miejsce. Był problematyczny. To nie była przeszkoda. Druga dotyczy księdza, którego jako kleryka wyrzucono z seminarium; miał – mówiąc w skrócie - podejrzane skłonności, które oceniono jako problematyczne na długo przed święceniami. Nie przeszkodziło mu to w przyjęciu do sosnowieckiego seminarium, a jego skłonności sprawiły, że w trakcie posługi skrzywdził kilka osób. Mądrość i rozwaga pozwoliłyby uniknąć krzywdy dzieci, ale i jednego, i drugiego zabrakło.
Lapidarność raportu podkreśla ogrom cierpienia
Raport jest napisany rozważnie i bez zbędnych słów; sprawcy są zanonimizowani, co dla niektórych jest problemem, ale najważniejszy wydaje mi się tu głos Tośki Szewczyk, która skomentowała brak nazwisk i miejsc, wyjaśniając, że zwłaszcza w małych społecznościach bardzo łatwo byłoby wywnioskować, kto mógł zostać skrzywdzony i wycisnąć głębokie piętno na osobach zranionych i ich bliskich. I choć oszczędnie napisany raport może być dla wielu osób trudną lekturą, sam fakt jego powstania jest poważną zmianą w polskim krajobrazie Kościoła i tą jedną jaskółką, która dla odmiany czyni wiosnę.
Skomentuj artykuł