Trzy niewygodne prawdy o przenosinach księży. Stary system już nie wystarcza
Z przenosinami księży jest trochę jak z serialem na Netfliksie: wiadomo, że będzie następny sezon. Czy rozczaruje, czy ucieszy, się okaże. Raz w roku każda diecezja wstrzymuje na chwilę oddech, by sprawdzić zmiany. Niektóre łamią serca (bez podtekstów!), inne przynoszą ulgę. Obserwuję te procesy od lat i w kontekście spadku powołań mam takie trzy intuicje.
Czasy przesuwania pionków się skończyły. Ironicznie myślę sobie, że może po to powołań kapłańskich jest tak mało: żeby przełożeni nauczyli się szacunku do podwładnych. Żeby widzieli ludzi z ich dorobkiem i talentem i starali się choć trochę wziąć te dwie rzeczy pod uwagę w układaniu skomplikowanej diecezjalnej piętnastki: gdzie kogo przesunąć, żeby uzyskać najlepszą konfigurację.
To jasne, że nie jest możliwe, żeby każdy zawsze dostał to, co chce: parafię, jaka mu się podoba, zadanie, jakie sobie wymarzył, miejsce, jakie mu pasuje. Ale gdy widzę, jak potrafią rozkwitnąć w posłudze i rozwoju księża, którzy dostali zadania dopasowane do ich umiejętności i jak gasną i marnieją ci, którzy trafili do wykonywania rzeczy, których nie potrafią, budzi się we mnie złość. Najbardziej na gadanie o tym, że to dużo pracy i brak czasu, że każdemu się nie dogodzi, że pan każe, a sługa musi i tyle, albo że tak było zawsze, że dekret przychodził jak wezwanie do wojska i nikt się nie interesował, co czuje i myśli wzywany.
Tyle że teraz, gdy księży jest coraz mniej i coraz bardziej akceptowane jest odejście z kapłaństwa, metoda przenosin „na pionka” może się okazać strzałem w ostatnie zdrowe kolano.
Czasy przymykania oka na wygodnictwo się skończyły. To żadna tajemnica, że w tzw. szeregach kapłańskich są różne podejścia do pracy. I jedno z nich jest takie: byle się nie narobić. Tu od razu dwie uwagi: czasem to nie lenistwo, tylko strategia przetrwania w kryzysie, z wypaleniem, w psychicznym dołku, gdy jedzie się na oparach. I jest wielu księży pracujących porządnie i rozsądnie. Ale jest też grupa, którą na własny użytek nazywam „wygodną”. W tej grupie proporcje czasu dla siebie i czasu na posługę są wybitnie zachwiane. Budzi to dużo niefajnych uczuć wśród kolegów, zwłaszcza tych, którzy pracy mają za dużo i jeśli nie jest na czas dostrzegane przez przełożonych (czy to proboszcza, czy biskupa) – negatywnie wpływa na morale wszystkich pozostałych dobrych pracowników.
Dalszym skutkiem jest duże poczucie niesprawiedliwości frustracja, wypalenie zawodowe, zgorzknienie albo odejście. I jeśli to wszystko ma się stać dlatego, że biskup ciągle nie ma czasu na rozmowę z księdzem, który ma mieć zmianę, ani nie ma czasu uważnie się przyjrzeć, jak jego księża funkcjonują – to taki system wymaga głębokiego przemyślenia i poważnej zmiany. Albo zatrudnienia orkiestry z Titanica.
Czasy nieuwzględniania świeckich się skończyły. Braki powołaniowe na ogół jeszcze udaje się jakoś załatać i tylko gdzieniegdzie problem robi się palący (choć dane z ostatnich trzech roczników święceń pokazują nadchodzący dramat). I jestem przekonana, że nadchodzą czasy, w których zaangażowani w parafię świeccy muszą być także brani pod uwagę w liczeniu „sił duszpasterskich”. Zwłaszcza na tzw. jedynkach, gdzie ksiądz jest sam, albo w parafiach łączonych, gdzie bez dobrej współpracy z ludźmi z parafii ksiądz nie da sobie dobrze rady (lub cena za to będzie zbyt wysoka). I to chyba jest aktualnie w naszym Kościele najtrudniejsze – zmiana myślenia. Na razie dominuje myślenie wiejskiego gospodarza: mam pole i owce, trzeba obrobić. Potrzebne jest myślenie dobrego lidera: mam grupę ludzi, razem mamy zmieniać świat według instrukcji z Ewangelii – komu jakie zadanie dać, żeby były realne efekty. I co robić, gdy przeszkodą do takiego działania są pieniądze...
Może pora dzielić się dobrymi praktykami? Mamy w polskim Kościele trochę dobrych rozwiązań w temacie przenosin i zmian personalnych księży. Większość wymaga czasu, uwagi i pokory, więc dla niektórych decyzyjnych osób wydaje się nieosiągalna. Myślę jednak, że to kwestia czasu i gdy życie przyciśnie pikującą statystyką, dobre praktyki staną się koniecznością. Tyle, że cena, jaką zapłacimy jako Kościół za to opóźnienie, może być zbyt wysoka.
Skomentuj artykuł