Wacław Oszajca SJ: nie witam się na "szczęść Boże"

Wacław Oszajca SJ: nie witam się na "szczęść Boże"
(fot. Bolando [CC BY-SA 3.0])

"Swoją tożsamość księdza muszę budować na tym, jakim jestem człowiekiem, a nie na koloratce" - mówi Wacław Oszajca SJ.

Damian Jankowski: Do tego konieczne jest również — a może przede wszystkim, choć to nieco górnolotnie brzmi — codzienne świadectwo wierzących. I nie mówię o słowach. Same słowa nie wystarczą.

Jasne, że tak. Ewangelia to w pierwszej kolejności czyny i sposób patrzenia na świat, a nie słowa. W moim rodzinnym domu na przykład nikt nie mówił „kocham cię”. Nie musiał. Po co mówić o czymś, co oczywiste. Miłość się po prostu czuło, doświadczaliśmy jej z rodzeństwem ze strony mamy i taty każdego dnia. Nikomu z nas nigdy do głowy nie przyszło, że któreś z rodziców może nas opuścić. Co to, to nie.

Jeśli większość naszego społeczeństwa stanowią katolicy, to jako Kościół mamy ogromne pole do działania. Możemy uczestniczyć choćby w akcjach Caritasu, w zbiórkach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, Szlachetnej Paczki czy Polskiej Akcji Humanitarnej, być wolontariuszami w hospicjach. Dlaczego Kościół jako instytucja tak mało przypomina swoim wiernym o tych organizacjach? To świetna możliwość, by realizować chrześcijańską solidarność z bliźnimi. Jezus w kazaniu na górze mówił swoim uczniom: „Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie” (Mt 5,16). Nie potrzeba wielkich słów i deklaracji. Nie trzeba od progu — użyję kościelnego języka — „głosić Chrystusa” za pomocą słów. Święty Jan Vianney powtarzał: gdy cię nie pytają o Boga, nie mów o Nim. Ale żyj tak, aby pytali.

No właśnie, ty też nie używasz nigdy — nawet w oficjalnych sytuacjach — na przywitanie formuły: „szczęść Boże”.

Zgadza się. „Niech będzie pochwalony…” także nie mówię. Nie widzę takiej potrzeby. Obecny papież wita się z wiernymi prostym „dzień dobry”. To mnie jeszcze bardziej ośmiela do podobnej postawy.

„Dzień dobry” jest bardziej uniwersalne, tak pozdrawiając, nikogo nie pomijam, każdemu życzę dobrze i wyrażam szacunek dla jego poglądów, zwłaszcza gdy są różne od moich.

Od lat nie nosisz też sutanny ani koloratki. Dlaczego?

W pewnym momencie stwierdziłem, że strój duchowny przeszkadza mi w kontakcie z ludźmi, zamiast go ułatwiać. Kiedy kilka lat temu wsiadałem w sutannie do pociągu lub autobusu, mój ubiór od razu ustawiał rozmowę. „Księżuś” przyszedł, więc trzeba było uważać na każde słowo, pełna kurtuazja, nawet ktoś pod wpływem alkoholu chciał podchodzić całować w rękę. Słyszałem na przykład: „A ja to kiedyś byłem ministrantem”, „A ja sypałam kwiatuszki przed księdzem” lub szybkie pytania w stylu: „A jak to się trzeba modlić?”, tylko że nikt nie słuchał odpowiedzi. Dzisiaj, gdy jadę jako cywil, mogę ze współpasażerami rozmawiać zupełnie swobodnie. Mam łatwiejszy dostęp do normalnego życia, do normalnych ludzkich problemów. Inna sprawa, że skończyły się już chyba czasy dyskusji w środkach komunikacji publicznej.

A pamiętasz moment, kiedy powiedziałeś sobie: sutannę odwieszam na kołek?

Nie, jakiejś przełomowej daty nie było. Zresztą — nie wiem, czy wiesz, ale ja wciąż używam czegoś na wzór sutanny, kiedy występuję urzędowo: odprawiam pogrzeb bądź poza mszą sprawuję jakąś posługę. Poza tym nienoszenie stroju duchownego to długa jezuicka tradycja. Czemu się uśmiechasz?

Bo twoi koledzy, współbracia z zakonu, raczej go noszą.

No tak, bo — jak to zwykle bywa — tradycja tradycją, a praktyka praktyką (śmiech). Kiedy naszego założyciela, św. Ignacego, zapytano, jak mają chodzić jezuici, odpowiedział: „Niech się ubierają jak przyzwoity ksiądz!”. A ponieważ ciężko nam po ubiorze odróżnić jednych od drugich, więc nie mamy przypisanego jakiegoś regularnego stroju i różnie to wygląda. To prawda, że w Polsce chodzimy ubrani najczęściej tak, jak dawniej chodzili księża. Mamy sutanny bez zewnętrznych guzików i pasy. W moim domu zakonnym nosimy jednak różne kroje. Gdy współbracia przyjeżdżają z Francji, przywożą ze sobą tylko albę. Jakbyś pojechał dalej na wschód, zobaczyłbyś, że jezuici chodzą ubrani w kimona jak Chińczycy lub mają habity na wzór Matki Teresy z Kalkuty.

Mało tego, nawet Piotr Skarga w jednym z pism apologetycznych w obronie jezuitów mówił, że ten zakon strojów żadnych nie ma — ciekawa argumentacja — bo stroje księżowskie są w nienawiści u heretyków, więc chcąc się wkraść do ich serc, nie nosimy żadnych strojów. Taka metodologia (uśmiech). Następnie — kontynuował znany kaznodzieja — jako jezuici procesjami się nie zabawiamy, bo do poważniejszych rzeczy przykładamy rękę, nie mamy także klasztorów, a zwykłe domy; nie mamy chóru, czyli brewiarza wspólnego, jak to jest w zakonach mniszych, bo mamy pilniejsze roboty.

Myślę, że — choćby dla ocalenia różnorodności w Kościele — nie powinniśmy mieć pretensji, że ten chodzi w sutannie, drugi bez sutanny, ten ma taki habit, tamten inny. Jeśli tylko to do czegoś sensownego służy, proszę bardzo! Ciągle natomiast widzimy w Kościele ciągotki, żeby z góry zaklasyfikować sobie kogoś. Wtedy myślimy, że wiemy, jak się z nim obchodzić.

Twój sposób bycia księdzem nie zawsze spotyka się ze zrozumieniem współwyznawców. Choćby w internecie można przeczytać pełne oburzenia komentarze pod relacjami z twoich spotkań autorskich, na których występujesz w krawacie. Jak reagujesz na tego typu uwagi?

Nie przejmuję się. Jestem przekonany, że swoją tożsamość księdza muszę budować na tym, jakim jestem człowiekiem, a nie na koloratce. Nie potrzebuję zewnętrznych oznak. Nie szata zdobi człowieka, jak mówi znane przysłowie. Nie strój czyni księdzem. Mam mieszkać w pałacu czy mam mieszkać w hotelu, tak jak Franciszek? Czy mój autorytet jako księdza ma polegać na tym, że się odgrodzę, odseparuję i zrobię wszystko, żeby ludzie nie widzieli de facto moich słabości, błędów i pomyłek? Czy też lepiej, gdy będę gotowy na to, żeby razem z innymi szukać Boga w tej rzeczywistości, która została nam dana? Wiadomo, że przy poszukiwaniu popełnia się błędy. Czy będę umiał się do nich przyznać? To kluczowe pytania, które sam sobie zadaję.

 

To fragment książki "Innego cudu nie będzie. Rozmowy o wierze i niewierze" wydanej przez Wydawnictwo WAM. Więcej znajdziesz tutaj.

jezuita, poeta i publicysta, absolwent KUL, wykładowca homiletyki w Collegium Bobolanum Papieskiego Wydziału Teologicznego. Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Autor wielu książek, w tym kilku tomów poetyckich

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Wacław Oszajca SJ, Damian Jankowski
27,93 zł
39,90 zł

Czasem trzeba stracić wiarę, by uwierzyć naprawdę

Wiara przestała być czymś oczywistym. Kościół przechodzi kryzysy, mierząc się z dramatem wykorzystania seksualnego oraz licznymi problemami związanymi z klerykalizmem, celibatem i skostniałymi strukturami, które niszczą wspólnotę. Czy...

Skomentuj artykuł

Wacław Oszajca SJ: nie witam się na "szczęść Boże"
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.