(fot. sxc.hu)
Logo źródła: Tygodnik Powszechny Marcin Choduń

Kiedyś zawołał go proboszcz: "Księże Mirku, jacyś dziwni ludzie do księdza przyszli!". Zobaczył Artura z kumplami: Ćwiekiem, Bajbusem i innymi. Dziś wie: tego dnia w drzwiach plebanii stanęło jego prawdziwe powołanie.

Na rękach tatuaże, rzucają się w oczy od razu, gdy podchodzi do furtki. Potem bródka - niezbyt gęsta, lekko podkręcona w górę; jak u francuskich muszkieterów. Wreszcie fryzura: wąski pasek z tyłu głowy.

- Z przodu zostało niewiele, to choć z tyłu chciałem mieć coś specjalnego - śmieje się, idąc przez podwórze plebanii przy parafii św. Jakuba w Skierniewicach. - Tak naprawdę to miał być dred, ale coś słabo rośnie...

Podstarzały, wieczny buntownik? Outsider? Ekscentryk? Częstując kawą, Mirosław Kurek potakuje głową: tak, każde z tych określeń w jakimś stopniu do niego pasuje.

Najpełniej opisuje go jednak inne: ksiądz katolicki.

W młodości ani razu nie pomyślał, że kiedyś stanie przy ołtarzu jako kapłan. Wtedy kościół kojarzył się mu tylko z niedzielną Mszą. To, co słyszał z ambony, kłóciło się z jego wizją Boga - kochającego Ojca. Gdy proboszcz wychodził i darł się na wszystkich, zwyczajnie zalewała go krew. - Jak słyszy się takie rzeczy, zwłaszcza w okresie dorastania, to człowiek czuje, jakby mu ktoś kamień wrzucił w serce - mówi dziś.

Szedł do kościoła, bo truli mu o tym rodzice. Chociaż i tak najczęściej wcale nie do kościoła, tylko gdzieś w bok, z kumplami. Gadka-szmatka: "Co by tu dzisiaj zrobić?".

Ale co mógł robić osiemnastolatek po skończeniu technikum elektrycznego w Mszczonowie w 1981 r.? Było więc dołowanie, zjazd po równi pochyłej. Swój świat odnalazł w literaturze katastrofistów: w Stachurze, Wojaczku, Poświatowskiej. Najbardziej ukochał powieść Hermanna Hessego "Wilk stepowy".

Punkowanie zaczęło się od koncertu rockowego w Żyrardowie w 1981 r. Grały cztery kapele: Ogród Wyobraźni, Republika Toruńska (późniejsza Republika), WC i Brak. Trzy pierwsze zespoły mu się podobały, ale koncert Braku po prostu go zachwycił. Zwłaszcza tekstowo: po raz pierwszy w życiu usłyszał, jak swobodnie można wyrażać swoje myśli. Na przykład w utworze "Pokolenie": "Dzisiaj jest wielki mecz, grają biali i czerwoni, białymi jesteśmy my, przeciw nam czerwone psy". Potem było jeszcze wiele innych koncertów. I obowiązkowo - co roku - Jarocin.

Co było dla niego ważne w subkulturze punkowej? Że był to ruch opozycyjnie nastawiony do komunistycznej rzeczywistości.

Czy było ostro? Nie będzie upiększał: było. Ale po jakimś czasie zrozumiał, że to wszystko jest bardzo nihilistyczne, destrukcyjne. Widział, co się dzieje z jego kumplami: jak giną w odmętach butaprenu czy kompotu.

Czy on też brał? Nie.

Czy wąchał? Nie.

Ale dołowanie trwało. Do momentu, aż uznał, że czas się odbić. Pewnego dnia ułożył na działce rodziców stos ze swoich książek i wszystkie je spalił.

Choć zgolił irokeza, glany, pieszczochę i katanę nosił jeszcze wiele lat. Ale zewnętrzne symbole nigdy nie były dla niego ważne. Istotniejsze było co innego: to, że punk zakładał istnienie społeczeństwa idealnego. Czyli prawdziwej anarchii (rozczytywał się wtedy w dziełach Bakunina i Kropotkina).

Potem przeczytał gdzieś wywiad z muzykiem punkowym, który twierdził, że prawdziwa anarchia jest możliwa tylko w Królestwie Niebieskim. "Coś w tym jest!" - pomyślał.

I tak w 1986 r. Mirek trafił na czuwanie Ruchu Odnowy w Duchu Świętym w jednej z warszawskich parafii (studiuje wówczas - przez kilka miesięcy - historię na UW). Poszedł, namówiony przez znajomą, trochę na zasadzie eksperymentu: "Zobaczę, sprawdzę". I zobaczył: tańczących ludzi, radość, ekspresję, zaangażowanie. Kościół żywy. Poczuł powiew świeżości.

Na tamtym czuwaniu usłyszał też słowa św. Pawła: "Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i w Nim się znalazł" (Flp 3, 4-9).

Pierwsze skojarzenie: "To o mnie!". Nagle odnalazł się w kościele - jako śmieć! I odnalazł Chrystusa na swojej drodze. "Mój Boże - pomyślał - całe życie Jezusa było pod prąd - tak jak moje!". Wiedział już, jaką drogą chce pójść.

W 1987 r. wstąpił do seminarium. Reakcja kumpli, rodziny i sąsiadów była podobna - najczęściej śmiech: "To najlepszy numer, jaki mogłeś opowiedzieć!". Święcenia kapłańskie przyjął w 1993 r. Potem trafił na parafię.

Pierwsza była w Lipcach Reymontowskich. Dobre wspomnienia. Dużo pracy z ludźmi, tu zaczęła się przygoda z ruchem oazowym. Organizował kursy i spływy kajakowe dla młodzieży. Uwielbiał msze święte odprawiane na odwróconym kajaku, ten konkretny trud. Tę przygodę: przybijamy, trzeba postawić biwak, rozpalić ognisko, podsuszyć rzeczy, przygotować jedzenie.

Potem Rawa Mazowiecka. Tam pomyślał: "A może by tak pogodzić ze sobą kibiców Legii i Widzewa?". Z pomocą Romana Koseckiego z Legii i Marka Citki z Widzewa zorganizował na miejskim stadionie mecz między kibicami obu drużyn. I dzieje się cud: nikt się nie pozabijał. Na zakończenie była wspólna modlitwa na stadionie; całość filmowała włoska telewizja RAI.

Skierniewice, parafia na Osiedlu Widok. Wspólnie z zaprzyjaźnionym księdzem zorganizował imprezę muzyczną pod miejscowym garnizonem: majowe spotkania rockowe. Zaprosił na nią grupy, które grają rocka, a jednocześnie ewangelizują. Na przykład 2Tm2,3. Po koncercie podszedł do ks. Mirka jakiś człowiek i wyznał, że właśnie się nawrócił.

To jednak nie wszystkim się podobało: któryś ze skierniewickich księży mówił podczas kazania, że pod garnizonem zagrali sataniści. - Krew mnie wtedy zalała - wspomina to ks. Mirek. - Trochę żartem powiedziałem temu księdzu, żeby załatwiał sobie kolejkę do protetyka. Tak, były okresy, kiedy musiałem prowadzić walkę podjazdową.

Kiedyś na Przystanku Woodstock miał spotkanie z młodymi klerykami. Mówił im, co to jest ewangelizacja, co to jest spotkanie z młodym człowiekiem - takim, który niekoniecznie będzie księdzu przyklaskiwać i całować go po rękach. Tłumaczył, że nie mogą wychodzić do ludzi jako lepsi do gorszych, tylko jako ci, którzy poznali i zachwycili się miłością Jezusa Chrystusa. Na koniec zapytał tych młodych chłopaków, którzy dopiero wchodzą w kapłaństwo: "Kto idzie teraz ze mną do ludzi na Woodstock?". Nie zgłosił się nikt.

- Łatwiej jest pójść na pielgrzymkę, gdzie wszyscy księdza klepią po plecach albo wyjechać z grupą Odnowy w Duchu Świętym - ja też to zresztą bardzo lubię. Zawsze jednak powtarzam: żyjesz w ten sposób, to pozwól też żyć innym, którzy mają powołanie do innych rzeczy - mówi ks. Kurek.

Rok 2002. Na którymś z koncertów (jest już wtedy wikarym w jednej z parafii w Sochaczewie) jacyś chłopcy przynieśli mu bejca...

- ...czyli takiego mocno naładowanego chłopaka - tłumaczy ks. Mirek. - Gdy otrzeźwiał i zobaczył mnie nad sobą, to mówi: "O, k...! To przecież mój ksiądz!".

Okazało się, że to Artur, chłopak z Pekinu, sochaczewskiego odpowiednika nowojorskiego Bronksu. Po powrocie do domu dzwonek do drzwi - proboszcz zawołał: "Księże Mirku, jacyś dziwni ludzie do księdza przyszli!". W drzwiach Artur z kumplami: Ćwiekiem, Bajbusem i innymi.

Dziś ks. Mirek wie: w tych drzwiach stanęło tego dnia jego prawdziwe powołanie. Wtedy zaczęła się jego przygoda z mrocznym światem ulicy.

Co z tymi chłopakami zrobić? Zaczął od prostych, dobrych rzeczy: grał z nimi w piłkę.

- Niedługo potem założyłem klub piłkarski złożony z tych oszołomów - śmieje się. - Zorganizowałem im mecz z reprezentacją księży, a potem - artystów. Proszę sobie wyobrazić, co to znaczyło dla tych chłopaków, których nigdy nic dobrego w życiu nie spotkało! To był dla nich szok. Na stadionie było wtedy tylu ludzi, co w pięćdziesiątym którymś roku, gdy finiszował tam Wyścig Pokoju.

Coraz mocniej wchodził w ich "dzielnię" (dzielnicę), w ich świat; coraz lepiej go poznawał. Widział, że narkotyki są wszędzie. Wystarczyło, że wszedł na klatkę schodową i przeczytał napisy na ścianach - i od razu wiedział, kto bierze. Rodzice tych dzieciaków nie mieli nawet pojęcia, jakie ksywy mają ich dzieci na osiedlu.

Postanowił działać: ściągnął do Sochaczewa poznanego na Przystanku Woodstock Miśka - człowieka zajmującego się terapią uzależnień. Zaczął się od niego uczyć. Potem skończył kurs terapii uzależnień organizowany przez Stowarzyszenie Pomocy Arka Noego, podjął też studia podyplomowe na Wydziale Psychologii na UKSW. Wkrótce otworzył w Sochaczewie punkt konsultacyjny dla osób uzależnionych jako filię Stowarzyszenia Arka Noego w Ostrowcu Wielkopolskim.

- Chodziło o to, żeby wyrwać te dzieciaki z klatek schodowych, na których siedzą, ćpają, żeby zaproponować im jakieś warsztaty - tłumaczy ks. Mirek. - I to się udało: jako stowarzyszenie zorganizowaliśmy dla nich zajęcia terapii warsztatowej z didżejowania, żonglowania ogniami, malowania na szkle, graffiti, śpiewu i wiele innych.

Praca dawała mu mnóstwo radości, spełnienia. Zrozumiał, że łatwiej mu się żyje z ludźmi na ulicy niż w strukturach Kościoła tradycyjnego. Za swoją działalność został po czterech latach wyróżniony tytułem "Sochaczewianin Roku".

- Czyli sukces? Dużo było tych dzieciaków?

- Trochę się przewinęło. Sukces? Każdy ośrodek leczenia narkomanii może poszczycić się wyleczalnością na poziomie 12-13 proc.; z opiatów wychodzi jakieś 2-3 proc. uzależnionych. Statystyki są okrutne - o jakim sukcesie można tu mówić?

Z nałogu wyszło kilku jego pierwszych podopiecznych: Bajbus, Ćwieku. Dwóch innych skończyło studia na AWF-ie. Jeszcze inny - Politechnikę Warszawską; potem wyjechał z armią do Afganistanu. Teraz stara się o przyjęcie do jednostek specjalnych. Ks. Mirek spotkał go ostatnio na koncercie punkowego zespołu Luxtorpeda ("Tak, nadal chodzę na koncerty - jak tylko jest okazja"). - Przechodziłem przez bramkę, patrzę: Pawełek. Przywitaliśmy się czule i ruszyliśmy razem w młyn.

W 2006 r. biskup zaproponował mu probostwo. Ks. Mirek pomyślał: "Grzech odmówić. Może czas spróbować znowu czegoś nowego?". Trafił do Jesionki - małej, wiejskiej parafii pod Żyrardowem. Praca z ludźmi dawała mu dużo radości, ale doskwierała mu samotność proboszcza, jego ograniczoność.

- To był czas odkrywania swoich zasobów. Wtedy zrozumiałem, że żyję w gorsecie, że moim jedynym powołaniem jest praca z ludźmi i dla ludzi. Że na tym polu powinienem się spalać, a nie sprawdzać, czy rynny na plebanii przeciekają i czy coś złego się nie stało w sprawach budowlano-administracyjnych.

Coraz częściej zaczęła pojawiać się w jego głowie ta myśl: "To nie jest twoje". - Jakby Chrystus mi pokazywał: "Patrz, bracie, tam jest twoje miejsce. Tamto było prawdziwe". Powoli zaczynał rozumieć, że trafił w ślepą ulicę.

Parafianie w Jesionce? - Cóż, wiejskie środowisko jest specyficzne, rządzi się własnymi prawami. Pewnego dnia ktoś ze wsi dowiedział się, że zajmowałem się wcześniej narkomanami - szybko poszła więc fama, że też jestem ćpunem.

Zaczęło się wytykanie palcami.

Pojawił się alkohol. Najpierw, żeby zasnąć. Potem - żeby przeżyć dzień, stanąć jakoś za ołtarzem. Zaczął się zjazd po równi pochyłej. Pewnego dnia osoby z Kościoła Domowego, te, na których mu najbardziej zależało, mówią do niego: "Proszę księdza, niech ksiądz w końcu ze sobą coś zrobi!".

Zrozumiał, że czas pójść na terapię. Po wyjściu z ośrodka poprosił o przeniesienie. W czerwcu tego roku po raz drugi w swoim życiu trafił do Skierniewic - tym razem do parafii św. Jakuba.

Małe, skromnie urządzone mieszkanie. Na ścianie olbrzymi krzyż, zdjęcie Jana Pawła II, trochę mniejszych obrazków. Na półce - sporo książek.

Tatuaże? Zawsze chciał je mieć. - To intymna część tego, co człowiek chce wyrazić - tłumaczy.

Na prawej ręce - Siedzący Byk, wódz Indian, który pokonał Amerykanów w bitwie pod Little Big Horn (dla ks. Kurka to symbol dokonywania rzeczy niemożliwych) i głowa punka (wspomnienie przeszłości). Na lewej - św. Michał Archanioł (symbol walki ze złem) i jeszcze nie skończony portret rotmistrza Witolda Pileckiego (na cześć "żołnierzy wyklętych").

Dzwonek do drzwi; do mieszkania wchodzi potężny mężczyzna. - To Krystian, mój serdeczny przyjaciel - mówi ks. Kurek.

Krystian prowadzi od wielu lat terapię dla alkoholików: - Ks. Mirka zobaczyłem na ambonie w czasie miesiąca trzeźwości. Przed Mszą myślałem: "Facet pewnie będzie ględził, list przeczyta i to wszystko". Ale nie było czytanki, tylko nawiązanie do uzależnienia jako choroby, i to w mocnych słowach.

Ks. Mirosław Kurek: - Nigdy nie było moją aspiracją, żeby być wszystkim dla wszystkich. Na ostatniej pielgrzymce do Częstochowy mówiłem o narkotykach - i wiem, że nie wszystkim podobał się sposób, w jaki to robiłem. Trudno: przedstawiam brutalny świat, więc nie będę go ubierał w ciepłe słówka. Dla mnie nie jest ważne, co mówią inni księża, tylko jak mnie oceniają ludzie.

Od początku października tego roku ks. Mirek i Krystian tworzą w Skierniewicach ośrodek zapobiegania uzależnieniom. Już w pierwszym dniu zgłosiły się trzy osoby z konkretnymi problemami.

Ks. Mirosław Kurek: - Przyszedł między innymi chłopak, 17 lat. Jego życie jeszcze się na dobre nie zaczęło, a już się kończy: bierze 3 gramy amfetaminy dziennie po to, żeby normalnie funkcjonować. Gdy go zobaczyłem, wiedziałem, że znów jestem na swoim miejscu. Że ratując takich ludzi, będę realizować swoje powołanie. To, po prostu, powrót do źródeł.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

U źródeł
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.