Wichura, trzęsienie ziemi, ogień i fale na jeziorze

Fot. depositphotos.com

Niekiedy mamy bardzo sprecyzowane wyobrażenia o tym, jak Bóg powinien działać. Chcielibyśmy, żeby Jego obecność była jednoznaczna, mocna, najlepiej niemalże fizycznie odczuwalna i zauważalna – żeby coś się wydarzyło, żeby przyszło wzruszenie, jakiś znak, odpowiedź na dręczące pytanie, rozwiązanie palącego problemu. Dzisiejsze słowo prowadzi nas inną drogą, pokazując „miejsca” spotkania z Bogiem i podając ważną do przemyślenia kwestię, że Bóg nie zawsze działa według naszych oczekiwań.

Eliasz stoi na górze Horeb i czeka na przejście Pana. Najpierw pojawia się „gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały”, lecz „Pan nie był w wichurze”. Potem przychodzi trzęsienie ziemi, lecz „Pan nie był w trzęsieniu ziemi”. Pojawia się ogień, ale „Pan nie był w ogniu”. Dopiero później przychodzi „szmer łagodnego powiewu” (zob. 1 Krl 19, 11-12). Wtedy Eliasz rozpoznaje obecność Boga. Bóg nie musi krzyczeć, żeby zaznaczyć swoją bliskość. Nie musi przewracać naszego życia do góry nogami, żeby coś nam powiedzieć. Nie jest gwałtownikiem, który chce zdmuchnąć człowieka, kiedy ten okazuje się niestały; który chce rozsypać go w pył, kiedy ten jest kruchy; który chce go wypalić, kiedy ten nie potrafi przejść przez próbę. Bóg przychodzi łagodnie, ponieważ nie chce człowieka przestraszyć swoją siłą i przygnieść ogromem majestatu, lecz pragnie pozwolić mu doświadczyć swojej obecności.

DEON.PL POLECA


Problem naszej niskiej czułości na Bożą obecność polega między innymi na tym, że coraz gorzej znosimy ciszę. Dzieje się tak, bo cisza jest dla nas niewygodna – kiedy milknie wszystko dookoła, zaczynamy słyszeć to, co dzieje się w nas. Wychodzą na wierzch pytania, których nie chcieliśmy sobie zadawać. Wracają sprawy odsuwane od miesięcy. Odzywa się sumienie. Pojawiają się samotność, lęk lub być może nieprzepracowany żal do kogoś. Dlatego zazwyczaj łatwiej jest włączyć muzykę, serial, telefon – cokolwiek, byle tylko nie zostać samemu ze sobą. A przecież właśnie tam może czekać Bóg: nie w hałasie, który zagłusza, lecz w ciszy, która odsłania. Modlitwa nie zawsze musi polegać na mówieniu. Czasem najbardziej potrzebną modlitwą jest usiąść przed Bogiem i pozwolić, żeby przez chwilę nic się nie działo. Nie produkować pobożnych myśli. Nie wymuszać uczuć. Po prostu być. W ciszy nie da się łatwo schować za słowami. Człowiek staje przed Bogiem bez roli do odegrania. I właśnie wtedy może odkryć, że On nie czeka na pięknie przedstawioną, pobożną wersję naszego życia. Czeka na nas prawdziwych.

Psalm daje nam kolejną wskazówkę: „Przed Nim będzie kroczyć sprawiedliwość, a śladami Jego kroków zbawienie” (Ps 85, 14). Jeśli chcemy rozpoznawać Boga, patrzmy na owoce. Tam, gdzie działa Bóg, pojawia się Jego sprawiedliwość. Tyle że nie jest ona kalkulatorem, który podlicza winy, by każdemu wystawić odpowiedni rachunek. Sprawiedliwość Boga bardzo mocno łączy się z Jego wiernością. Bóg jest sprawiedliwy, bo nie zdradza swojej miłości, nie wycofuje obietnicy, nie przestaje być Ojcem, kiedy dziecko zawodzi lub odchodzi w siną dal. Dlatego Jego sprawiedliwość nie stoi w sprzeczności z miłosierdziem. Przeciwnie: miłosierdzie jest sposobem, w jaki sprawiedliwy Bóg podnosi człowieka. My nieraz nazywamy sprawiedliwością chęć wyrównania rachunków: ktoś mnie zranił, więc powinien za to zapłacić; ktoś zawinił, więc należy mu się odpowiednia kara. Bóg patrzy głębiej – nie udaje, że zło nie jest złem, ale chce ocalić człowieka od skutków zła, ponieważ jego pierwszorzędnym celem nie jest zemsta, lecz przywrócenie dobra. A po śladach Boga idzie zbawienie – nie: samozbawienie. To niby tylko drobna różnica w słowie, ale jednocześnie jest to ogromna różnica w relacji człowieka z Bogiem. Niekiedy bardzo chcielibyśmy sami sobie poradzić, sami się naprawić, udowadniając sobie i innym (także Bogu), że jesteśmy wystarczająco dobrzy. Tymczasem zbawienia nie można sobie wypracować. Ono jest darem, a nie nagrodą za wzorowe zachowanie. Można je przyjąć albo odrzucić, ale nie można na nie zarobić. Chrześcijaństwo zaczyna się tam, gdzie człowiek przestaje myśleć, że sam siebie uratuje.

W drugim czytaniu czytamy dziś: „Prawdę mówię w Chrystusie, nie kłamię, potwierdza mi to moje sumienie w Duchu Świętym” (Rz 9, 1). Paweł Apostoł mówi potem o swoim bólu związanym z niewiarą rodaków. Nie przykrywa tego cierpienia religijnymi hasłami, ale staje w prawdzie, robiąc to przed Bogiem, a nie przeciwko Niemu. Prawda nie jest bezlitosnym obnażaniem człowieka. Nie chodzi o to, żeby siebie oskarżać i poniżać albo bez końca analizować własne błędy. Chodzi o zgodę na rzeczywistość: nazwać po imieniu to, co jest, i pozwolić, żeby Bóg właśnie w tym zaczął działać. Prawda to także „miejsce” spotkania z Bogiem: „poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8, 32). Prawda wyzwala, choć także czasem boli. Wyzwala prawda o grzechu, jeśli prowadzi do przebaczenia. Wyzwala prawda o słabości, jeśli człowiek przestaje udawać kogoś, kim nie jest. Wyzwala prawda o pragnieniach, ranach i lękach, jeśli pozwala się Bogu wejść właśnie tam, a nie tylko do tej części życia, którą uważa się za przyzwoitą.

A jak cały temat spina dzisiejsza Ewangelia? Uczniowie są na jeziorze, łodzią miotają fale, wiatr jest przeciwny. Jezus przychodzi do nich po wodzie i mówi: „Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!” (Mt 14, 27). Piotr wychodzi z łodzi i nawet przez chwilę idzie po wodzie, lecz potem patrzy na wiatr, przeraża się i zaczyna tonąć: „Panie, ratuj mnie!” (Mt 14, 30). I to jest jedna z najpiękniejszych modlitw. Nie dlatego, że Piotr zachował się idealnie, bo jest przecież wręcz przeciwnie: zwątpił i zaczął tonąć. Ale w chwili kryzysu zachował odruch serca – wiedział, do kogo wołać. Bo można zadbać o ciszę. Można nauczyć się rozeznawać, co jest sprawiedliwe. Można uznać, że zbawienie jest darem. Można nawet stanąć przed Bogiem w prawdzie. Ale jeśli nie ma zaufania wobec Niego, to wszystko to pozostanie jedynie religijną teorią. Wiara jest natomiast relacją, a relacja zaczyna się wtedy, gdy powierzam drugiemu siebie.

DEON.PL POLECA

 

 

Najtrudniejsze chwile życia łatwo potraktować jako dowód przeciwko Bogu: skoro cierpię, skoro się boję, skoro coś się rozsypało, to może Boga nie ma albo mnie zostawił. Fale na jeziorze nie są dowodem nieobecności Jezusa, bo właśnie pośród fal przychodzi On do swych uczniów i mówi: „Ja jestem”. Najważniejszym darem nie jest więc od razu spokojne jezioro, ale Jego obecność. Dopiero potem ucisza się wiatr. Bóg jest bardzo blisko także wtedy, gdy burza jeszcze się nie skończyła. Prośmy więc o taki odruch serca jak u Piotra. Żeby kiedy zrobi się trudno, nie uciekać od Boga, ale wołać do Niego jeszcze mocniej. Żeby cisza nas do Niego prowadziła, prawda przed Nim otwierała, Jego sprawiedliwość dawała nam nadzieję, a świadomość daru zbawienia uczyła wdzięczności. I żebyśmy w każdej sytuacji potrafili usłyszeć Jego słowa: „Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!” (Mt 14, 27).

Prezbiter archidiecezji gdańskiej, pracujący na co dzień w parafii pw. Matki Bożej Fatimskiej w Gdańsku-Żabiance

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Wichura, trzęsienie ziemi, ogień i fale na jeziorze
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.