Miniony weekend upłynął mi pod znakiem "spotkań małżeńskich", co nie miało bezpośrednio powiązania z programem trwającego XI. Tygodnia Małżeństwa, niemniej świetnie się wpisało w tę międzynarodową kampanię społeczną. Jestem głęboko przekonana, że w kreowaniu "echa" wokół tego typu inicjatyw, my, ludzie (z) Kościoła, powinniśmy się włączać całą mocą. Bo szczęście małżeńskie to nie jest coś, co się relacjom przytrafia, tylko coś nad czym się pracuje właściwie całe życie - niezależnie, czy jesteś w związku sakramentalnym, czy w cywilnym. A że trwałość i siła małżeńskiego węzła jest wciąż wysoko na liście ogólnoludzkich pragnień, to warto wykorzystywać każdą szansę, by pokazywać, jakie są chrześcijańskie patenty na realizację tych marzeń.
Miniony weekend upłynął mi pod znakiem "spotkań małżeńskich", co nie miało bezpośrednio powiązania z programem trwającego XI. Tygodnia Małżeństwa, niemniej świetnie się wpisało w tę międzynarodową kampanię społeczną. Jestem głęboko przekonana, że w kreowaniu "echa" wokół tego typu inicjatyw, my, ludzie (z) Kościoła, powinniśmy się włączać całą mocą. Bo szczęście małżeńskie to nie jest coś, co się relacjom przytrafia, tylko coś nad czym się pracuje właściwie całe życie - niezależnie, czy jesteś w związku sakramentalnym, czy w cywilnym. A że trwałość i siła małżeńskiego węzła jest wciąż wysoko na liście ogólnoludzkich pragnień, to warto wykorzystywać każdą szansę, by pokazywać, jakie są chrześcijańskie patenty na realizację tych marzeń.
- Cokolwiek zrobisz, i tak w przyszłości twoje dzieci wylądują na kozetce i jeszcze na bank okaże się, że wszelkie ich deficyty to konsekwencja tego, co zrobiłaś lub czego nie zrobiłaś jako matka - zaśmiała się jedna z moich przyjaciółek, gdy przy herbatce podzieliłam się jakąś wątpliwością rodzicielską. W kolejnych dniach zdanie w podobnym tonie usłyszałam od paru innych rodziców, z którymi spotykam się w szkole czy w przedszkolu, czekając na dzieci. Przyznam, że budzi ono we mnie pewną niezgodę.
- Cokolwiek zrobisz, i tak w przyszłości twoje dzieci wylądują na kozetce i jeszcze na bank okaże się, że wszelkie ich deficyty to konsekwencja tego, co zrobiłaś lub czego nie zrobiłaś jako matka - zaśmiała się jedna z moich przyjaciółek, gdy przy herbatce podzieliłam się jakąś wątpliwością rodzicielską. W kolejnych dniach zdanie w podobnym tonie usłyszałam od paru innych rodziców, z którymi spotykam się w szkole czy w przedszkolu, czekając na dzieci. Przyznam, że budzi ono we mnie pewną niezgodę.
Zdarzyło mi się ostatnio powiedzieć w pewnej grupie zaangażowanych katolików, że nie wiem, czy poślę moje dziecko na religię od nowego miesiąca. Zanim miałam szansę wyjaśnienia kontekstu tego stwierdzenia, usłyszałam od pewnego Pana, że obecnie chodzenie na religię jest jednoznaczne z wyznaniem wiary i trzeba odważnie przyznawać się do Pana Jezusa, a nie myśleć o własnej wygodzie. Przyznam, że był to kolejny moment w moim życiu, gdy w głowie pojawiło mi się nurtujące pytanie: "Dlaczego w dekalogu Pan Bóg nie podał jedenastego: nie oceniaj"?
Zdarzyło mi się ostatnio powiedzieć w pewnej grupie zaangażowanych katolików, że nie wiem, czy poślę moje dziecko na religię od nowego miesiąca. Zanim miałam szansę wyjaśnienia kontekstu tego stwierdzenia, usłyszałam od pewnego Pana, że obecnie chodzenie na religię jest jednoznaczne z wyznaniem wiary i trzeba odważnie przyznawać się do Pana Jezusa, a nie myśleć o własnej wygodzie. Przyznam, że był to kolejny moment w moim życiu, gdy w głowie pojawiło mi się nurtujące pytanie: "Dlaczego w dekalogu Pan Bóg nie podał jedenastego: nie oceniaj"?
Kiedy czytam Pismo Święte, często odnoszę wrażenie, że Pan Bóg ma szczególną słabość do wszystkiego, co długodystansowe i wymagające wysiłku oraz wytrwałości. Jestem przekonana, że nie trzeba kończyć teologii, by nauczyć się to dostrzegać. A jednym ze sposobów, by odnaleźć poczucie sensu, jest zacząć się cierpliwie modlić i w ten sposób lepiej rozumieć język, jakim o swoim planie na ludzkość, mówi do nas Pan Bóg.
Kiedy czytam Pismo Święte, często odnoszę wrażenie, że Pan Bóg ma szczególną słabość do wszystkiego, co długodystansowe i wymagające wysiłku oraz wytrwałości. Jestem przekonana, że nie trzeba kończyć teologii, by nauczyć się to dostrzegać. A jednym ze sposobów, by odnaleźć poczucie sensu, jest zacząć się cierpliwie modlić i w ten sposób lepiej rozumieć język, jakim o swoim planie na ludzkość, mówi do nas Pan Bóg.
W minioną niedzielę proboszcz naszej parafii robił tradycyjne podsumowanie minionego roku i wizyt kolędowych. W pewnym momencie, dziękując rodzicom za ich obecność z dziećmi w kościele, stwierdził, że w tym kontekście warto byśmy pamiętali, że księża i siostry zakonne nie spadają z nieba, a wyrastają z konkretnego, wierzącego otoczenia.
W minioną niedzielę proboszcz naszej parafii robił tradycyjne podsumowanie minionego roku i wizyt kolędowych. W pewnym momencie, dziękując rodzicom za ich obecność z dziećmi w kościele, stwierdził, że w tym kontekście warto byśmy pamiętali, że księża i siostry zakonne nie spadają z nieba, a wyrastają z konkretnego, wierzącego otoczenia.
Nie chcę deprecjonować tego mnóstwa wartościowych treści, które jesteśmy w stanie znaleźć w internecie. Ale jestem też głęboko przekonana, że największą siłę działania ma zwykłe-niezwykłe świadectwo konkretnego życia ludzi, o których prywatnym życiu wiemy więcej, niż o codzienności wspaniałych mentorów z sieci.
Nie chcę deprecjonować tego mnóstwa wartościowych treści, które jesteśmy w stanie znaleźć w internecie. Ale jestem też głęboko przekonana, że największą siłę działania ma zwykłe-niezwykłe świadectwo konkretnego życia ludzi, o których prywatnym życiu wiemy więcej, niż o codzienności wspaniałych mentorów z sieci.
„Wiesz co, bycie w celibacie mnie tak nie boli, jak to chodzenie po kolędzie” – usłyszałam niedawno w rozmowie z zaprzyjaźnionym księdzem. Na moje uniesione w zadziwieniu brwi, uśmiechnął się i doprecyzował: „Tak, tak, nie przesłyszałaś się. Są lata, gdy jestem tak zdesperowany, że chętnie bym któremuś ze współbraci zapłacił, by ten obowiązek ode mnie przejął”.
„Wiesz co, bycie w celibacie mnie tak nie boli, jak to chodzenie po kolędzie” – usłyszałam niedawno w rozmowie z zaprzyjaźnionym księdzem. Na moje uniesione w zadziwieniu brwi, uśmiechnął się i doprecyzował: „Tak, tak, nie przesłyszałaś się. Są lata, gdy jestem tak zdesperowany, że chętnie bym któremuś ze współbraci zapłacił, by ten obowiązek ode mnie przejął”.
Dziś kolędy i pastorałki towarzyszą nam już zazwyczaj od początku adwentu. Skoczne tony „Dzisiaj w Betlejem” świetnie komponują się przecież z bitem „Last Christmas”, gdy w pośpiechu przemykamy przez supermarketowe alejki. Tak, to sarkazm, ale z drugiej strony zawsze można pomyśleć, że dzięki temu ci, którzy są daleko od Kościoła, mają szansę choćby w ten sposób usłyszeć dobrą nowinę. Kto wie, kiedy i komu dana treść przypomni się i pozwoli złapać kontakt z bardziej duchowym wymiarem Bożego Narodzenia?
Dziś kolędy i pastorałki towarzyszą nam już zazwyczaj od początku adwentu. Skoczne tony „Dzisiaj w Betlejem” świetnie komponują się przecież z bitem „Last Christmas”, gdy w pośpiechu przemykamy przez supermarketowe alejki. Tak, to sarkazm, ale z drugiej strony zawsze można pomyśleć, że dzięki temu ci, którzy są daleko od Kościoła, mają szansę choćby w ten sposób usłyszeć dobrą nowinę. Kto wie, kiedy i komu dana treść przypomni się i pozwoli złapać kontakt z bardziej duchowym wymiarem Bożego Narodzenia?
W minionym tygodniu zatrzymała mnie pojawiająca się w kilku miejscach informacja, że na dwa-trzy dni przed finałem akcji Szlachetna Paczka nie wszystkie rodziny znalazły swoich darczyńców. Wpisywało się to w naszą rodzinną obserwację, że w tym roku charytatywnych dzieł jakoś mniej. Co się za tym kryje? Zapewne w kolejnych miesiącach pojawią się jakieś specjalistyczne analizy w tym temacie, choć być może to tylko nasza, jednostkowa obserwacja. Ale nawet jeśli tak jest, to może mimo wszystko warto zwrócić uwagę na dwie rzeczy.
W minionym tygodniu zatrzymała mnie pojawiająca się w kilku miejscach informacja, że na dwa-trzy dni przed finałem akcji Szlachetna Paczka nie wszystkie rodziny znalazły swoich darczyńców. Wpisywało się to w naszą rodzinną obserwację, że w tym roku charytatywnych dzieł jakoś mniej. Co się za tym kryje? Zapewne w kolejnych miesiącach pojawią się jakieś specjalistyczne analizy w tym temacie, choć być może to tylko nasza, jednostkowa obserwacja. Ale nawet jeśli tak jest, to może mimo wszystko warto zwrócić uwagę na dwie rzeczy.
Gipsowe Dziecię Jezus, wędrujące po domach, przypomina o prostych gestach, które mogą stać się pretekstem do wspólnej modlitwy, rozmowy o wierze i budowania relacji. Bo czasem wystarczy mała, niepozorna rzecz, by rozpocząć wielką zmianę.
Gipsowe Dziecię Jezus, wędrujące po domach, przypomina o prostych gestach, które mogą stać się pretekstem do wspólnej modlitwy, rozmowy o wierze i budowania relacji. Bo czasem wystarczy mała, niepozorna rzecz, by rozpocząć wielką zmianę.
Jak co roku czwórka naszych dzieci pod koniec listopada zasiadła do pisania listów do św. Mikołaja. Pięknie przyozdobione koperty postawili wieczorem na parapecie, suto okrasili ulubionymi czekoladkami świętego (hagiograficzne przekazy wskazują bowiem, że - zadziwiające! - są to te same słodkości, za którymi przepadają rodziciele), nie zapomnieli też wystawić miseczki mleka dla reniferów. Tak, tak, takie rzeczy w katolickim domu.
Jak co roku czwórka naszych dzieci pod koniec listopada zasiadła do pisania listów do św. Mikołaja. Pięknie przyozdobione koperty postawili wieczorem na parapecie, suto okrasili ulubionymi czekoladkami świętego (hagiograficzne przekazy wskazują bowiem, że - zadziwiające! - są to te same słodkości, za którymi przepadają rodziciele), nie zapomnieli też wystawić miseczki mleka dla reniferów. Tak, tak, takie rzeczy w katolickim domu.
Adwent tuż tuż. Przed nami 24 dni, które mają nas do czegoś przygotować lub na coś uwrażliwić. Na co? Po co? Jak i dlaczego? Na te odpowiedzi teoretycznie każdy powinien odpowiedzieć sobie sam. W praktyce, pewnie niektórzy usłyszą te pytania w takiej czy innej formie na niedzielnej homilii i być może zechcą się z nimi zmierzyć. A może nie zechcą. Może je (kolejny rok z rzędu) zignorują. Czy da się kogoś zachęcić do przeżycia tego czasu w sposób świadomy?
Adwent tuż tuż. Przed nami 24 dni, które mają nas do czegoś przygotować lub na coś uwrażliwić. Na co? Po co? Jak i dlaczego? Na te odpowiedzi teoretycznie każdy powinien odpowiedzieć sobie sam. W praktyce, pewnie niektórzy usłyszą te pytania w takiej czy innej formie na niedzielnej homilii i być może zechcą się z nimi zmierzyć. A może nie zechcą. Może je (kolejny rok z rzędu) zignorują. Czy da się kogoś zachęcić do przeżycia tego czasu w sposób świadomy?
"Nie uwierzysz. Politycy zaczynają się w czymś zgadzać" - mruknął mąż. Zaciekawiona zerknęłam, o czym czyta. Wow. Wreszcie jakiś temat, który zdaje się łączyć naszych polityków ponad podziałami. A chodzi o zakaz używania mediów społecznościowych przez dzieci poniżej 16-stego roku życia. Dyskusję o nim sprowokował przykład australijskiego parlamentu, który jako pierwszy na świecie taki zakaz proklamował.
"Nie uwierzysz. Politycy zaczynają się w czymś zgadzać" - mruknął mąż. Zaciekawiona zerknęłam, o czym czyta. Wow. Wreszcie jakiś temat, który zdaje się łączyć naszych polityków ponad podziałami. A chodzi o zakaz używania mediów społecznościowych przez dzieci poniżej 16-stego roku życia. Dyskusję o nim sprowokował przykład australijskiego parlamentu, który jako pierwszy na świecie taki zakaz proklamował.
W naszym przedszkolu wielkie wydarzenie. Wychowawczynie zdecydowały się zorganizować dzieciom prawdziwą przygodę. Nocowankę! Taką serio, serio, bez rodziców, ze śniadankiem robionym samodzielnie w sali, w której na co dzień dzieci bawią się i uczą. Mój zachwyt nie miałby granic, gdyby nie jeden zgrzyt. A właściwie dłuższa epopeja pod hasłem: wybierzmy bajkę do oglądania na dobranoc.
W naszym przedszkolu wielkie wydarzenie. Wychowawczynie zdecydowały się zorganizować dzieciom prawdziwą przygodę. Nocowankę! Taką serio, serio, bez rodziców, ze śniadankiem robionym samodzielnie w sali, w której na co dzień dzieci bawią się i uczą. Mój zachwyt nie miałby granic, gdyby nie jeden zgrzyt. A właściwie dłuższa epopeja pod hasłem: wybierzmy bajkę do oglądania na dobranoc.
Mamy dziś w Kościele naprawdę sporo wydarzeń dla małżonków, organizowanych po to, by pomagać umacniać więź małżeńską czy przezwyciężać kryzysy. Problem jest jednak taki, że potrzebujący wsparcia małżonkowie dowiadują się o nich z internetu. Albo od znajomych. Nie z kazania, nie z konfesjonału, nie od księdza. Gdyby za płomiennymi kazaniami o nierozerwalności sakramentalnych małżeństw poszły też komunikaty o dobrych praktykach i miejscach oraz wspólnotach, które małżeństwa wspierają, byłaby większa szansa, że Kościół zacznie się ludziom kojarzyć z miejscem, w którym można uratować swoje małżeństwo.
Mamy dziś w Kościele naprawdę sporo wydarzeń dla małżonków, organizowanych po to, by pomagać umacniać więź małżeńską czy przezwyciężać kryzysy. Problem jest jednak taki, że potrzebujący wsparcia małżonkowie dowiadują się o nich z internetu. Albo od znajomych. Nie z kazania, nie z konfesjonału, nie od księdza. Gdyby za płomiennymi kazaniami o nierozerwalności sakramentalnych małżeństw poszły też komunikaty o dobrych praktykach i miejscach oraz wspólnotach, które małżeństwa wspierają, byłaby większa szansa, że Kościół zacznie się ludziom kojarzyć z miejscem, w którym można uratować swoje małżeństwo.
Jakiś czas temu uwagę przynajmniej części społeczeństwa skupiła sprawa krakowskiego Radia Off i jego audycji w całości wykreowanej przez silnik sztucznej inteligencji. Zbiegła się ona z tym, że "google mapy" nie będą już nas kierować na południe głosem Jarosława Juszkiewicza... I chociaż wciąż nie brakuje entuzjastów zawrotnej rewolucji technologicznej, jaka ma miejsce w związku z wykorzystaniem tzw. sztucznej inteligencji, to nieuchronnie zaczynamy na własnej skórze odczuwać, że od lat spychane na margines wątpliwości natury etycznej przynoszą pierwsze bolesne pokłosie.
Jakiś czas temu uwagę przynajmniej części społeczeństwa skupiła sprawa krakowskiego Radia Off i jego audycji w całości wykreowanej przez silnik sztucznej inteligencji. Zbiegła się ona z tym, że "google mapy" nie będą już nas kierować na południe głosem Jarosława Juszkiewicza... I chociaż wciąż nie brakuje entuzjastów zawrotnej rewolucji technologicznej, jaka ma miejsce w związku z wykorzystaniem tzw. sztucznej inteligencji, to nieuchronnie zaczynamy na własnej skórze odczuwać, że od lat spychane na margines wątpliwości natury etycznej przynoszą pierwsze bolesne pokłosie.
Nie mam nic przeciwko modzie na organizowanie pochodów świętych w stylu „Holy wins”. Nie rozdzieram też szat, gdy dzieci przynoszą z przedszkola zaproszenia na „halloweenowe” imprezy. Ale te dwa dni, kiedy odwiedzamy cmentarze, potrzebują nieco ciszy, nieco wzruszeń, nieco przestrzeni. Bo trudno mówić o śmierci, tęsknocie i niebie, zajadając chipsy i podrygując w takt „ooo – chocolate”.
Nie mam nic przeciwko modzie na organizowanie pochodów świętych w stylu „Holy wins”. Nie rozdzieram też szat, gdy dzieci przynoszą z przedszkola zaproszenia na „halloweenowe” imprezy. Ale te dwa dni, kiedy odwiedzamy cmentarze, potrzebują nieco ciszy, nieco wzruszeń, nieco przestrzeni. Bo trudno mówić o śmierci, tęsknocie i niebie, zajadając chipsy i podrygując w takt „ooo – chocolate”.
Słuchanie przed mówieniem to pierwsza zasada dialogu, do której z uporem maniaka wracamy w Ruchu Spotkań Małżeńskich. Myślałam o niej dużo podczas minionego weekendu, który spędziłam w Tarnowie na Kongresie Nowej Ewangelizacji zorganizowanym pod hasłem: ‘Wracam do domu’.
Słuchanie przed mówieniem to pierwsza zasada dialogu, do której z uporem maniaka wracamy w Ruchu Spotkań Małżeńskich. Myślałam o niej dużo podczas minionego weekendu, który spędziłam w Tarnowie na Kongresie Nowej Ewangelizacji zorganizowanym pod hasłem: ‘Wracam do domu’.
Kilka lat temu na rekolekcjach dla małżonków zdarzyło mi się powiedzieć, że marzę o tym, by zostać świętą. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że deklaracja ta wywołała spore poruszenie zebranego audytorium! Niektórzy chichotali z pobłażliwym uśmiechem, niektórzy kpili, a niektórzy otwarcie się dziwili – "Ty tak serio?". A mnie kołatało w głowie: "Ale skąd te reakcje? Przecież wszyscy jesteśmy wezwani do świętości".
Kilka lat temu na rekolekcjach dla małżonków zdarzyło mi się powiedzieć, że marzę o tym, by zostać świętą. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że deklaracja ta wywołała spore poruszenie zebranego audytorium! Niektórzy chichotali z pobłażliwym uśmiechem, niektórzy kpili, a niektórzy otwarcie się dziwili – "Ty tak serio?". A mnie kołatało w głowie: "Ale skąd te reakcje? Przecież wszyscy jesteśmy wezwani do świętości".
Boli mnie ogrom przemocy w szkole, ale to nie znaczy, że umykają mi miłosierne gesty, starania i zwykła, ludzka życzliwość, która każdego wypełnia szkolne mury po brzegi. Martwię się i irytuję ideologicznymi machinacjami w programach nauczania, ale jednocześnie z radością obserwuję, jak pasjonująco potrafią być przedstawiane te treści, które wiele, wiele lat temu mnie samą, jako uczennicę przyprawiały o mdłości i narkolepsję.
Boli mnie ogrom przemocy w szkole, ale to nie znaczy, że umykają mi miłosierne gesty, starania i zwykła, ludzka życzliwość, która każdego wypełnia szkolne mury po brzegi. Martwię się i irytuję ideologicznymi machinacjami w programach nauczania, ale jednocześnie z radością obserwuję, jak pasjonująco potrafią być przedstawiane te treści, które wiele, wiele lat temu mnie samą, jako uczennicę przyprawiały o mdłości i narkolepsję.
{{ article.published_at }}
{{ article.description }}
{{ article.description }}