To, w jaki sposób moi uczniowie zadawali mi pytania, nawróciło mnie!

(fot. flick.com / Catholic Church of England)
Rafał Indyk

W zeszłym roku obiecałem sobie, że już nigdy nie poruszę na lekcjach tematu rodziny. W każdej klasie mam co najmniej kilkoro uczniów z różnymi problemami w domach (...) uwierzcie mi, nie da się skończyć zajęć bez płaczu. Tata alkoholik, macocha nie do wytrzymania, trzeci rozwód, śmierć rodzica. I tak w kółko. A dzieci? Nie wytrzymują napięcia i słuchania o domach, o rodzinnym cieple, o mamie i tacie, którzy powinni być tacy i tacy.

Co jakiś czas ten temat wraca. No gorący jest. Jednych bulwersuje to, że katechizujemy w szkołach, inni denerwują się, że znowu wypływa ta sama kwestia. I tak sobie czasem myślę, że ja sam już nie wiem, po której stronie stoję. Ale kiedy w spokoju zacznę się nad tym zastanawiać, to przychodzą mi do głowy przynajmniej dwie sytuacje, które mówią mi: "Dobrze, że tam jestem".

Jestem katechetą zaledwie od roku, więc moje doświadczenie jest niewielkie. Jednak pomyślałem, że podzielę się z Wami tymi dwiema sytuacjami, które uspokoiły mnie i, dodając nadziei, pozwoliły uważać, że religia w szkole jest czymś naprawdę dobrym. Oczywiście - jeśli rodzic sobie tego nie życzy, może dziecka na te zajęcia nie posyłać. Argument, że na te dzieciaki będą krzywo patrzeć ich rówieśnicy, jest do bani. Nie, nie patrzą krzywo. Czasem nawet im zazdroszczą, bo ci, zamiast wstawać do szkoły na 8.00, wstają na 8.55.

Kiedyś po jednej z lekcji miałem w oczach łzy. Autentycznie. Powiedziałem to nawet moim licealistom. Oni patrzyli na mnie jak na kogoś, komu ufają. Udało nam się nawiązać nieprawdopodobną nić porozumienia. Oni denerwują mnie, ja ich. I ja, i oni szukamy prawdy. W różnych miejscach - jasne, ale szukamy! Podczas jednej z ostatnich lekcji, w czasie tych 90 minut, okazało się, że mamy dokładnie takie same pragnienia, a te 12 lat różnicy w wieku nie tworzy między nami żadnej bariery. Mówiliśmy o wolności, o tym, czy Bóg nas ogranicza, czy zabiera nam swobodę wyboru. To, w jaki sposób zadawali mi pytania, nawróciło mnie! A kiedy wychodziłem z lekcji, jeden po drugim, zbierając plecaki mówili: "Dzięki za tę lekcję. Fajnie tak czasem szczerze pogadać".

Usiadłem na ławce i się rozpłakałem. Na szczęście zostałem już sam. Przypomniałem sobie te wszystkie moje lekcje z czasów gimnazjum i liceum, z których nie wyniosłem nic. I choć jako uczeń byłem oazowiczem i mocno zaangażowanym w życie Kościoła chłopakiem, to na lekcjach mocno dawałem w tyłek, nudząc się i wkurzając na bezsens tego czasu. Tak bardzo dotknęło mnie to, że udało nam się wspólnie stworzyć przestrzeń do wątpienia, dyskutowania, zastanawiania się, myślenia, umacniania się, a czasem do spuszczenia zasłony milczenia na pewne kwestie, których pojąć się po prostu nie da!

Druga sytuacja. W zeszłym roku obiecałem sobie, że już nigdy nie poruszę na lekcjach tematu rodziny. Wiem. Może się to wydawać irracjonalne i zwyczajnie dziwne. Ale jeśli w każdej klasie mam co najmniej kilkoro uczniów z różnymi problemami w domach to, uwierzcie mi, nie da się skończyć zajęć bez płaczu. Tata alkoholik, macocha nie do wytrzymania, trzeci rozwód, śmierć rodzica. I tak w kółko. A dzieci? Nie wytrzymują napięcia i słuchania o domach, o rodzinnym cieple, o mamie i tacie, którzy powinni być tacy i tacy.

- Nigdy więcej o rodzinie! - wykrzyczałem kiedyś do kumpla-księdza po jednej z lekcji przeprowadzonej w Dzień Matki.

Lekcja w zeszłym miesiącu. Nie wiem, czy ja o tym zapomniałem, czy nie skojarzyłem, że lekcja o słowie "ABBA" też może wywołać trudne tematy, ale zorientowałem się już zbyt późno. I kiedy dzieci kolorowały rysunek z wielkim napisem oznaczającym tyle co "TATUŚ", podeszła do mnie 7-latka i mówi tak:

- Proszę pana… Dzisiaj mija rok, jak umarł mój tatuś.
- Jak się z tym czujesz? Jesteś smutna i zła z tego powodu? - zapytałem.
- Chyba nie. Ale mam do pana pytanie. Czy mój tatuś widzi, że koloruję teraz to słowo, które oznacza trochę jakby jego imię? Bo on nadal jest moim tatusiem, prawda?
- Oczywiście, Słońce! Widzi to i bardzo, ale to bardzo się tobą teraz cieszy! - odpowiadam z gardłem ściśniętym jak nie wiem co.

Widzę, że mała wraca na miejsce. Chrząka i mówi nadal, tym razem już do całej klasy:

- Mam lepiej niż wy, wiecie? Bo wasi tatusiowie zobaczą tę waszą pracę dopiero, jak wrócicie do domu, a mój tatuś już teraz jest ze mnie dumny.

Dzieci pokiwały głową, przyznały jej rację i wszystkie jak mróweczki znowu zaczęły robić to, o co ich poprosiłem kilkanaście minut wcześniej.

A ja? Zamarłem. Uświadomiłem sobie, że jest to sytuacja, dla której warto być w pogotowiu. Bo katechizacja to nie tylko przekazywanie wiedzy biblijnej, teologicznej czy moralnej. To także rozmowa o życiu, w którym co jakiś czas, bardzo konkretnie, zauważamy interwencję Boga. Katechizacja w szkole to towarzyszenie młodym w rozwoju duchowym, to odpowiadanie im na ich strach o to, co będzie z nimi dalej. To także dawanie świadectwa o tym, że się żywego Boga w swoim życiu spotkało. Mam wątpliwości co do katechetów bez takiego doświadczenia. Przekazywanie samej wiedzy? No nie jest to złe, wiadomo. Ale czy tylko tyle wystarczy?

Dlatego proszę Was - zostawcie ten temat w spokoju. Nie wykorzystujcie go jako narzędzia do walki politycznej, nie wypowiadajcie się na temat tego, co się dokonuje na katechezie, jeśli nie macie o tym zielonego pojęcia. Jeśli nie chcecie, żeby Wasze dzieci brały udział w tym czasie, to je wypiszcie i zapiszcie na konie, balet albo basen. Zostawcie wolny wybór tym, którym zależy na chrześcijańskim wychowaniu swoich dzieci. Zejdźcie z katechetów i nie traktujcie ich jak nauczycieli drugiej kategorii. Studiowali latami, są przygotowani pedagogicznie, często są fantastycznymi wzorami ludzkich zachowań pełnych wrażliwości i delikatności względem świata i drugiego człowieka.

Wierzę, naprawdę głęboko wierzę, że wielu moich uczniów dzięki tym naszym wspólnym rozmowom znajdzie Boga szybciej, a ci, którzy już Go kochają, będą się w tej miłości rozwijać.

Daj mi, Boże, wszystko, co potrzeba, żeby nigdy nie zranić żadnego dzieciaka! I daj mi uszy - do słuchania, oczy - do widzenia, usta - do mówienia, serce - do kochania!

Tekst pochodzi z bloga patrzaczgory.blog.deon.pl

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

To, w jaki sposób moi uczniowie zadawali mi pytania, nawróciło mnie!
Komentarze (1)
Natalia Świderska
7 lutego 2019, 15:01
Dzieciaki są szczęściarzami, że mają takiego katechetę! Ma Pan wiele empatii do drugiego człowieka. Wspomniane sytuacje pokazują, że w pracy z dziećmi jest ona nieodzowna. Serdecznie dziękuje za ten tekst i za wszystkie poprzednie!