Studenckie ulgi czy lifting?

Michał Bondyra / "Przewodnik Katolicki"

Kredyty studenckie z dopłatą do oprocentowania z budżetu państwa funkcjonują już 12 lat. W tym czasie, jak podaje Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW), skorzystało z nich 333 tys. osób. W ubiegłym roku akademickim pieniądze z jednego z pięciu banków komercyjnych pożyczyło blisko 23 tys. z blisko 2 mln żaków. Do końca marca tego roku zadłużyło się kolejne 16,5 tys. studentów i doktorantów. Wchodzące w życie 1 października rozporządzenie minister nauki Barbary Kudryckiej ma w swoim założeniu zwiększyć dostępność kredytów szczególnie dla tych najbiedniejszych. Jak podaje MNiSW, tam gdzie dochód na osobę w rodzinie (od tego roku liczony w kwotach netto) nie przekracza 600 zł, studiujący zyskuje pełne (a nie, jak dotąd 70 proc.) poręczenie kredytu przez Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK). Całkowite zabezpieczenie z BGK otrzymują też studenci wcześniej pozbawieni opieki rodziców, umieszczani w rodzinach zastępczych i domach dziecka. Natomiast gdy dochód w rodzinie nie przekracza tysiąca złotych, takie zabezpieczenie pokrywa 70 proc. pożyczki. Z poręczeń Agencji Modernizacji i Restrukturyzacji Rolnictwa (AMiRR) w wysokości od 80 do 100 proc. może za to korzystać student z niskim dochodem netto na członka rodziny zamieszkujący obszary wiejskie. Pieniądze na studia mogą uzyskać ci, którzy nie ukończyli 25. roku życia, niezależnie od tego, gdzie i czego się uczą. Rata kredytu wynosi 600 zł miesięcznie i wypłacana jest przez cały okres trwania studiów, nie dłużej jednak niż sześć lat. Pieniądze bankowi oddać trzeba dopiero dwa lata po uzyskaniu dyplomu, w czasie dwukrotnie dłuższym niż okres, w którym się studiowało. W trudnej sytuacji finansowej (utrata dochodów, przypadek losowy) absolwent może przez rok nie spłacać zaciągniętego zobowiązania. W ekstremalnych przypadkach jest mu umarzany cały kredyt. O 1/5 mniej zwrócą za to tylko najlepsi seminarzyści (5 proc. osób).

Ideę nowych regulacji chwalą sami studenci. W nowych przepisach dostrzegają jednak też szereg niedociągnięć. Wylicza je Łukasz Domagała, członek prezydium Rady Naczelnej Zrzeszenia Studentów Polskich (RN ZSP): „Minusem tego kredytu jest niestety wiele wizyt w banku oraz mnogość dokumentów niezbędnych do wniosku i dalszego kredytowania, konieczność otwarcia rachunku w banku, w którym staramy się o kredyt, ale i poszukiwanie poręczycieli, którymi zazwyczaj i tak stają się rodzice”. Domagała podkreśla długi czas oczekiwania, który mija od złożenia wniosku w październiku, do określenia przez minister nauki w grudniu maksymalnego pułapu dochodów na członka w rodzinie, który uprawnia do ubiegania się o pożyczkę. – Nie każdy wniosek może być rozpatrzony pozytywnie. Zaczynamy więc studiować, nie wiedząc, czy nas na to będzie stać bez kredytu – tłumaczy członek RN ZSP. Domagała zwraca też uwagę na sprawę poręczeń. – Potrzebnych jest dwóch poręczycieli z zastrzeżeniem, że każdy musi zarabiać ponad tysiąc złotych „na rękę”. Takie wymagania banku mijają się z ideą tego kredytu. Zamiast ułatwiać życie studentom, utrudnia się je, bo żacy z biedniejszych rodzin mają problemy ze znalezieniem wiarygodnych żyrantów. Wprawdzie w tym roku wprowadzono poręczenie BGK oraz ARiMR, ale znając życie, będzie to pewnie obwarowane dodatkowymi formalnościami – nie kryje obaw, dodając, że dopiero co uchwalone przepisy wymagają już kilku solidnych poprawek.

Poprawek póki co nie wymaga sprawa podniesienia z 37 do 49, a nawet 51 proc. ulgi przysługującej studiującym, którzy jeżdżą koleją. Nowe regulacje mają dopiero zostać zapisane w ustawach okołobudżetowych, dzięki czemu studenci będą mogli korzystać z nich już od 1 stycznia 2011 r. Nie jest to pomysł nowy. Podobne ulgi przysługiwały już studentom kilka lat temu. – Najwięcej zyskają w skali roku ci, którzy codziennie dojeżdżają do swoich miast akademickich. Dla tych, którzy do domu jeżdżą raz w miesiącu, nawet przy dłuższych trasach oszczędności nie będą jednak spektakularne – mówi Domagała, zaznaczając, że zniżka może okazać się nieoceniona… głównie podczas wakacji.

Minister Barbara Kudrycka poza kredytami i ulgami wprowadza też ograniczenia w studiowaniu na kilku kierunkach naraz. – Najlepsi studenci będą mieli zwiększony limit punktów zaliczeniowych ECTS do 540, tak by mogli studiować na drugim kierunku. Chcemy jednocześnie wyeliminować patologię, kiedy to student ledwie radzący sobie na jednym kierunku, podejmuje studia na kilku następnych, blokując miejsca innym tylko po to, by otrzymywać stypendia z kilku źródeł, a wszystko to na koszt podatnika – tłumaczy swoją decyzję. Z tą argumentacją nie zgadzają się sami studenci. – W większości przypadków drugi kierunek podejmują osoby z dobrymi wynikami, które chcą poszerzyć zdobywaną przez siebie wiedzę o kolejne specjalizacje czy też dziedziny nauki. Proszę zauważyć, że samo rozpoczęcie drugiego kierunku nie jest wcale proste. Tych „ledwie radzących sobie” po pierwsze obowiązują identyczne wytyczne i progi podczas rekrutacji, po drugie z naszych obserwacji środowiska akademickiego, którego jesteśmy częścią, wynika, że osoby słabiej radzące sobie na studiach ograniczają się do zakończenia podjętych studiów i nie biorą na swoje barki dodatkowych obciążeń – mówi Łukasz Domagała, wskazując, że opłaty za kolejny kierunek wcale nie rozwiążą problemu, który tkwi w złym podejściu systemowym.

DEON.PL POLECA

Właśnie to należałoby zmienić. Póki co jednak zamiast remontu generalnego auta marki „szkolnictwo wyższe” mamy tylko lifting w postaci kredytów czy ulg. Po takiej kosmetyce też można jeździć, tylko jak długo?

Z Andrzejem Sadowskim – wiceprezydentem Centrum Adama Smitha rozmawia Michał Bondyra

Czy zwiększenie ulgi za jazdę koleją z 37 do 49, a nawet 51 proc dla studentów to dobry pomysł rządu?

– Jest to trick propagandowy, tak naprawdę niesłużący studentom. Jeżeli rząd chce realnie poprawić ich sytuację, to pieniądze, które chce przeznaczyć na refundowanie przejazdów PKP, powinien przekazać na podwyższenie stypendiów. Wtedy studenci sami zdecydują, czy na uczelnie dojadą pociągiem, autobusem albo innym środkiem transportu. Skoro jednak chce dotować komunikację, niech nie faworyzuje tylko państwowej kolei, a wspiera inne środki lokomocji, pozwalające dotrzeć na studia.

Ograniczenie bezpłatnego studiowania do jednego kierunku przyniesie rozwiązanie, jak się wyraziła pani minister Kudrycka, „patologii, kiedy to student ledwie radzący sobie na jednym kierunku, studiuje na kolejnych”?

– Dla tych, którzy chcą studiować, należałby przygotować bony edukacyjne. Wtedy przyszli żacy sami wybieraliby uczelnię i kierunek studiów. Takie rozwiązanie zaczęłoby zmieniać system edukacji, który jest nieefektywny. Świadczą o tym chociażby rankingi europejskich szkół wyższych, w których nasze najbardziej renomowane uczelnie są na szarym końcu i w ogóle się nie liczą. Zmian nie wymuszą opłaty za chęć studiowania, ale inny system rekrutacji. Propozycja pani minister to zwiększenie fiskalizmu, a nie efektywności nauczania studentów.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Studenckie ulgi czy lifting?
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.