Surowiec, który rządzi światem. Dlaczego wciąż jesteśmy od niego zależni?

zdjęcie poglądowe, fot. DepositPhotos

Kolejna odsłona konfliktu na Bliskim Wschodzie sprawiła, że ceny paliwa poszybowały w górę. Ale za wahaniami cen baryłki kryje się coś więcej niż tylko rynek. To historia władzy, ideologii i globalnych konfliktów. Co sprawiło, że ropa naftowa stała się najcenniejszym surowcem współczesności? I czy świat kiedykolwiek wyzwoli się spod jego mocy? Publikujemy fragment książki “Ropa. Krew cywilizacji” Andrzeja Krajewskiego.

Moc “petrodolarów”

Zawarty w XVIII wieku układ między Muhammadem ibn Abd al-Wahhabem a przywódcą koczowniczego plemienia na Półwyspie Arabskim Muhammadem bin Saudem procentował przez kolejne stulecia. Niewiele znaczący watażka bin Saud obiecał samozwańczemu reformatorowi islamu zbrojną ochronę. W zamian za to al-Wahhab promował ród drobnych rozbójników jako prawdziwych spadkobierców Mahometa, głosząc ich prawo do władzy nad wszystkimi wyznawcami Proroka. Kto nie uznawał nauk al-Wahhaba, automatycznie zostawał uznany za niewiernego. Dla Saudów odłam islamu nazwany wahabizmem stał się jednym z kluczowych narzędzi ekspansji, choć przez dwa stulecia nie odgrywał większej roli nad Zatoką Perską. Wściekły radykalizm wahabitów skutecznie odstraszał wszystkich innych wyznawców islamu. Ten stan rzeczy zmieniły „petrodolary”. Gdy tylko Saudowie zaczęli cierpieć na nadmiar gotówki, poszli w ślady ZSRR, próbując przeszczepiać wyznawaną przez siebie ideologię wszędzie, gdzie tylko było to możliwe. Podobnie jak Kreml, na najmniejszy opór natrafili w Europie Zachodniej. Przy czym czas pokazał, że władcy pól naftowych na Półwyspie Arabskim mogą sobie pozwolić na dużo większe wydatki niż Związek Radziecki. Wedle szacunków zaprezentowanych w 2016 roku przez ówczesnego doradcę British American Security Information Council doktora Yousafa Butta, Saudowie łącznie zainwestowali ok. 100 mld „petrodolarów” w promowanie wahabityzmu. Na tym tle marne 7 mld dolarów, jakie swego czasu wyasygnował Związek Radziecki na wspieranie partii komunistycznych i ruchów pokojowych, wygląda wręcz żałośnie. Dzięki zyskom Rijadu ze sprzedaży ropy powstało na świecie półtora tysiąca meczetów, dwieście dziesięć centrów islamskich oraz dziesiątki akademii i szkół religijnych, kontrolowanych przez wahabickich duchownych. W samej tylko Francji władają oni ponad stu pięćdziesięcioma meczetami.

DEON.PL POLECA




Wedle raportu organizacji Freedom House z 2016 roku bliskowschodnie „petrodolary” umożliwiają wszystkim tym ośrodkom, wydawnictwom i islamskim mediom skuteczne szerzenie „ideologii nienawiści do »niewiernych«, którymi są: chrześcijanie, Żydzi, szyici, sufici, sunnici niestosujący się do doktryny wahabitów, Hindusi, ateiści i inni”.

Powołując się na wahabickie idee, Osama bin Laden stworzył Al-Kaidę. A bez „petrodolarów”, przekazywanych mu regularnie przez bogatych Saudyjczyków, nie byłby w stanie zorganizować tak spektakularnych zamachów, jak atak samolotami pasażerskimi na World Trade Center i Pentagon 11 września 2001 roku. Również za sprawą triumfalnego pochodu wahabityzmu przez świat arabski narodziło się ISIS, a Bliskim Wschodem znów wstrząsnęła wojna, tym razem prowadzona przez samozwańczy kalifat, określający się mianem Państwa Islamskiego.

Nadmiar „petrodolarów” umożliwił ekspansję radykalnego islamu w Indiach, Indonezji oraz w Afryce. Również fala zamachów terrorystycznych, jaka przetacza się przez kraje Europy Zachodniej, jest pochodną radykalizowania się potomków emigrantów z krajów Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Pomimo że urodzili się oraz wychowali na terenie Francji, Wielkiej Brytanii czy Niemiec, idee płynące z meczetów opanowanych przez wahabickich duchownych okazują się dla nich zdecydowanie atrakcyjniejsze niż wartości propagowane przez świeckie państwo. Laicki świat Zachodu jest dla nich wrogiem, którego należy zniszczyć. Po stu latach historia zdaje się zataczać koło. Na początku XX wieku naftowe spółki rozpoczęły podbój krajów Bliskiego Wschodu w celu zdobycia kontroli nad źródłami ropy naftowej. Na początku XXI stulecia świat islamu coraz mocniej napiera na macierzyste kraje wszechpotężnych niegdyś koncernów: Anglo-Persian Oil i Royal Dutch Shell. Ropa naftowa, która przyniosła Zachodowi ogromny skok cywilizacyjny, staje się dla niego coraz większym przekleństwem – przybliżając ku niemal zapomnianej epoce wojen religijnych.

Rosyjskie demony

Do problemów Zachodu z islamskim fundamentalizmem ropa naftowa dorzuciła kolejny, tym razem z Rosją. Było to jak obudzenie starych demonów, które po rozpadzie Związku Radzieckiego zdawały się już definitywnie zneutralizowane. Zwłaszcza że za czasów prezydentury Borysa Jelcyna próbowano gruntownie zreformować rosyjską gospodarkę, tak aby raz na zawsze uniezależnić ją od surowców. Jednak „holenderska choroba” była trudniejsza do wyleczenia, niż na Kremlu sądzono. Momentem przełomowym okazał się wielki krach giełdowo-finansowy w krajach Dalekiego Wschodu.

Największą ofiarą azjatyckiego kryzysu stała się Rosja, której finanse załamały się w sierpniu 1998 roku. Jej bankructwo oraz trwająca kilka lat zapaść ekonomiczna sprawiły, że rządzący krajem oligarchowie postanowili zastąpić wiecznie pijanego Borysa Jelcyna młodym, dynamicznym przywódcą. Do tej roli wytypowano Władimira Putina. Zaraz po tym, jak objął on urząd premiera, na światowych rynkach zaczęła się surowcowa hossa. W roku 1999 Rosja na eksporcie ropy zarobiła 73 mld dolarów. Zaledwie sześć lat później było to już 241 mld, co stanowiło 80 proc. całości przychodów z eksportu. Dodatkowe 10 proc. zapewniał gaz ziemny. Nie powinno więc dziwić, że Rosja szybko wróciła do nałogu, który zniewolił Związek Radziecki. Zwróciły na to baczną uwagę osoby zajmujące się tą problematyką. Publicysta Andriej Parsziew w wydanej na przełomie stuleci głośnej książce pt. Dlaczego Rosja nie jest Ameryką? alarmował: „Można oczekiwać, że Rosja będzie się przeobrażać w energetyczno-surowcowy dodatek do Zachodu, co doprowadzi do wyczerpania się jej zasobów wewnętrznych i nieodwracalnej degradacji tego kraju”. Takie głosy na niewiele się zdały. Gdy fotel prezydenta federacji ostatecznie przejął Putin, jego celem stało się przywrócenie krajowi pozycji mocarstwa oraz dążenie do stopniowej odbudowy Związku Radzieckiego. Tak ambitne zamierzenia wymagały ogromnych sum, które szybko zapewnić mógł jedynie eksport ropy. Dlatego prezydencka administracja, przy wsparciu służb specjalnych oraz wymiaru sprawiedliwości, zrobiła wszystko, żeby państwo odzyskało pełny nadzór nad sektorem paliwowym. Największe spółki energetyczne znalazły się pod ścisłą kontrolą ludzi Kremla. Wyrugowano z Rosji konkurencję zagraniczną, jak np. koncern Shell, jednocześnie przejmując prywatne korporacje naftowe z Jukosem na czele. Wprawdzie jego właściciel Michaił Chodorkowski próbował stawiać opór Putinowi, lecz zapłacił za to dziesięcioma latami pobytu w kolonii karnej. Gdy zdawało się, że Rosja jest na najlepszej drodze do stania się ponownie supermocarstwem, prosperity przerwał w 2008 roku światowy kryzys. Przed nim cena baryłki ropy przekraczała nawet 140 dolarów, po czym nagle staniała do zaledwie 40. Załamanie było więc wyjątkowo bolesne. Dla rosyjskiej gospodarki stanowiło ono kolejną nauczkę. W pierwszym roku kryzysu rosyjski PKB zmniejszył się o 7,9 proc. Przed kolejnym bankructwem uratowały kraj środki zgromadzone na funduszu stabilizacyjnym, wynoszące ponad 200 mld dolarów. Dzięki nim pokryto część deficytu budżetowego i przetrwano krach.

Gdy po dwóch prezydenckich kadencjach Putin przekazał swój urząd zaufanemu współpracownikowi Dimitrijowi Miedwiediewowi, ten ogłosił kompleksowy program przezwyciężenia „holenderskiej choroby”, zapowiadając modernizację ekonomiczną kraju. Wedle tej wizji Moskwa miała stać się wielkim centrum światowych finansów, zaś na jej obrzeżach zaplanowano powstanie rosyjskiej „Doliny Krzemowej”. Zupełnie jak w krajach arabskich, wszystkie szumne zapowiedzi otwarcia na nowoczesne trendy w gospodarce po pewnym czasie okazały się warte mniej niż papier, na którym je spisywano. Realizację pomysłów Miedwiediewa uniemożliwił nowy wzrost cen ropy. Poza tym Władimir Putin oddał mu swoje stanowisko jedynie na jedną kadencję. Kiedy w 2012 roku znów został prezydentem, za sprawą wielkiego zapotrzebowania świata na surowce energetyczne budżet Rosji przekroczył sumę 14,5 bln dolarów, notując nadwyżkę. Ale i tym razem hossa trwała krótko, bo jedynie do 2014 roku.

Gdy ceny za baryłkę ropy znów powędrowały powyżej 110 dolarów, Putin zdecydował się na sprowokowanie wojny w Donbasie oraz aneksję Krymu. Wszystko po to, żeby uniemożliwić w polityce ukraińskiej zwrot ku Zachodowi. Stany Zjednoczone i Unia Europejska odpowiedziały na akt agresji sankcjami ekonomicznymi. Nie zrobiły one na Kremlu specjalnego wrażenia, zwłaszcza gdy w połowie czerwca 2014 roku za baryłkę ropy płacono na rynkach światowych 116 dolarów. Później nagle wszystko stanęło na głowie. Libia pogrążała się w wojnie domowej, w Iraku kolejne terytoria zdobywali ekstremiści z Państwa Islamskiego, a mimo to nafta błyskawicznie zaczęła tanieć. Niezwykle przypominało to sytuację z czasów cichego paktu Ronalda Reagana z Saudami. Gdy cena spadła do mniej więcej 80 dolarów za baryłkę, rosyjski rynek walutowy zaczął zdradzać pierwsze oznaki paniki. Kurs rubla poleciał dramatycznie w dół, a Rosja, zaledwie kilka miesięcy po osiągnięciu szczytów bogacenia się, znów pogrążyła się w gospodarczej zapaści.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Surowiec, który rządzi światem. Dlaczego wciąż jesteśmy od niego zależni?
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.