Uczucia, które mogą wywołać katastrofę

Uczucia, które mogą wywołać katastrofę
Nie wiem, co mam począć z tym twoim milczeniem. Nie umiem czytać w myślach. (fot. anna_gay)
7 lat temu
Peter M Kalellis / slo

To, w jaki sposób radzimy sobie z uczuciami gniewu i złości, ma decydujące znaczenie dla siły naszego związku i jego szans na przetrwanie. Liczni specjaliści zgodni są co do tego, że w tej sferze należy szukać głównej przyczyny rozpadu związków: partnerzy po prostu nie umieją obchodzić się ze złością, jaką wobec siebie wzajemnie czują.

Nadużywanie gniewu i bezradność odczuwającego go człowieka urastają dziś do rangi wielkiego problemu społecznego; małżonkowie obrażają się słownie i czynnie, agresywnie ranione są dzieci. Jakość życia człowieka zależy w wielkim stopniu od tego, co dzieje się z nim w środku; nie można osiągnąć wewnętrznego spokoju ani spełnienia, dopóki nie okiełzna się i nie opanuje tej potężnej emocji.

Co to takiego gniew? Można go zdefiniować jako nagłe, żywe niezadowolenie, wywołane rzeczywistą lub domniemaną krzywdą albo niesprawiedliwością; towarzyszy mu zwykle pragnienie wymierzenia kary. Wraz ze swymi pochodnymi, jak oburzenie, frustracja, wściekłość, rozdrażnienie, zniecierpliwienie, szał, pragnienie zemsty, gniew zaciemnia umysł i przeszkadza w osobistym rozwoju. W związkach, a szczególnie w małżeństwie, gniew, jeśli nie jest kontrolowany i rozumnie rozładowywany, może wywołać katastrofę. Stanowi on główną przeszkodę w interakcji między ludźmi.

A. pewnego wieczoru wypadła z domu, zabierając dwójkę swoich dzieci, zdecydowana nie wracać do męża. Co mogło doprowadzić do tak drastycznego kroku? "Skończyłam z nim. Jestem wściekła. Nie chcę go już nigdy więcej widzieć!" - plotła gorączkowo. W drodze do sąsiedniego miasta, gdzie mieszkali jej rodzice, obliczała, że jeśli przyjmą ją z dziećmi na jakieś trzy miesiące, zaoszczędzi dość pieniędzy, żeby zdobyć własne mieszkanie. Uśmiechała się nerwowo, myśląc o swych perspektywach, i szeptała: "Nareszcie wolna".

A. i P. byli małżeństwem od jedenastu lat. Kiedy się pobierali, postanowili nie mieć dzieci, pragnęli jednak stale bliskości i seksu i w ciągu paru lat, nie planując tego i właściwie nie chcąc, mieli już trójkę maluchów. Oboje ciężko pracowali, starając się zabezpieczyć rodzinie byt materialny; doszli nawet do posiadania wygodnego domu. Jednak w chwilach fizycznej bliskości działo się z nimi coś niedobrego. Dzielące ich różnice, które w ciągu dwóch lat narzeczeństwa wydawały się nieistotne, a nawet pociągające, zaczęły teraz prowadzić do nieporozumień i sporów. W ich rozmowach wciąż przewijały się uwagi w rodzaju: "śmieszna jesteś", "chodźże tutaj, a nie zgrywaj męczennika", kształtujące ich codzienną interakcję.

A. mówiła na przykład: "Musimy w tym tygodniu odwiedzić rodziców. Mama chciałaby częściej widywać wnuki".
Na co mąż: "Słuchaj, czego ty chcesz ode mnie? Mam pełno spraw na głowie! Nie mogę rzucić wszystkiego i lecieć za każdym razem, kiedy twoja matka sobie tego życzy".
"W takim razie nie przejmuj się tym, kochanie. Pomyśl sobie, że nic nie mówiłam i nie wracajmy do tego. Tak będzie dobrze?"
"Skaranie boskie z tobą".
"A ja to mam z tobą raj, chłopie?"

Czasem kłócili się bardziej bezpośrednio i bezwzględnie, używając innych jeszcze, nie mniej dotkliwych form ekspresji gniewu, co tym bardziej oddalało ich od siebie. Oboje czuli się oszukani; małżeństwo nie dawało im tego, czego oczekiwali. Zaczęli sypiać w oddzielnych pokojach. Zaprzestali stosunków seksualnych, a ponieważ każda rozmowa nieuchronnie prowadziła do poważnej kłótni, zrezygnowali w ogóle z okazywania sobie czułości. A. sprawiało pewną ulgę, kiedy zwierzała się ze swych małżeńskich niepowodzeń koledze - człowiekowi, który zostawił żonę z dwojgiem dzieci i mieszkał z przyjacielem. Nieszczęście zbliża ludzi, A. ze swym nowo zdobytym powiernikiem z łatwością znaj do wała wspólny język i pocieszali się nawzajem, jak mogli. W duszy A. lęgły się wtedy nie wypowiedziane myśli: "Czemu nie spotkałam cię wcześniej? Jesteś taki miły! Jaka szkoda, że nie mogę być z tobą!", a to pogłębiało przepaść między nią a mężem. Uznała w końcu, że nie kocha już P.a i postanowiła się rozwieść. P., w obliczu tak wyraźnych oznak kryzysu, także doszedł do wniosku, że ich małżeństwo było wielką pomyłką.

A. zatrzymała się u rodziców około pół roku. Szybko znalazła lepiej płatną pracę i wkrótce potem mogła się przenieść do własnego mieszkania, rozpoczynając życie kobiety samotnej. Wbrew napomnieniom rodziców i prośbom męża o powrót do domu i jeszcze jedną próbę wspólnego życia, A. podjęła kroki rozwodowe.

Po rozwodzie P. zgłosił się do terapeuty, który pomógł mu zrozumieć, w jaki sposób przyczynił się do rozpadu małżeństwa. Było to już drugie małżeństwo P. zakończone niepowodzeniem. Odchodząc od pierwszej żony, bezwzględnie ją winił, oskarżając o brak zrozumienia i nieustanne skargi. Terapia tymczasem wydobyła na jaw głęboką niechęć, jaką czuł do kobiet w ogóle, i pomogła mu ją przezwyciężyć. Matka P. umarła, kiedy był dzieckiem; w jego podświadomości tkwiło wciąż zrodzone wtedy przekonanie: "Matka opuściła mnie. Zdradziła. Kobietom nie można wierzyć". Ten nie uświadamiany sobie przez P. gniew, przeniesiony na kobiety w ogóle, sprawiał, że w dalszym życiu bronił się przed ich bliskością. Za każdym razem, gdy podchodził do A. z miłością, gniew budził się w nim i pochłaniał całą czułość. Czy P. wiedział, skąd bierze się w nim gniew? Dopiero w trakcie terapii uświadomił sobie, że złość, jaką czuł wobec A., miała bardzo niewiele wspólnego z jej zachowaniem, że była wynikiem zranień emocjonalnych, jakich doświadczył po przedwczesnej stracie matki. Takie powtarzające się ataki gniewu o stałym motywie zakorzenionym w jakimś przeżyciu z dzieciństwa - poważnej stracie lub nadużyciu - nie są wcale rzadkością.

W dzisiejszych czasach więcej małżeństw rozpada się z powodu milczenia i bierności niż przemocy. P. uświadomił sobie dzięki terapii także i to, że gniew wobec żony wyrażał również w sposób bierny i ukryty; kiedy powściągał się lub gdy coś nie pozwalało mu wyrażać się wprost, uciekał się do milczenia, sarkazmu, narzekania i kiepskich dowcipów, nieświadomie przygotowując w ten sposób grunt do kolejnej w jego życiu straty. Przez swój chłód i tłumioną wrogość usiłował wywrzeć na żonie nieuświadamianą zemstę. "Muszę wiedzieć, czemu się gniewasz - nalegała na niego A. - nie wiem, co mam począć z tym twoim milczeniem. Nie umiem czytać w myślach".

Małżeństwo rodzi prawdopodobnie w przeciętnym mężczyźnie i przeciętnej kobiecie więcej gniewu niż uwikłanie w jakąkolwiek inną sytuację społeczną. Poufne notatki terapeutów małżeńskich pełne są informacji o pobiciu żon, dzieci, a nawet mężów. Niezależnie od skali takiej przemocy, a także psychicznych i fizycznych nadużyć w rodzinach, wielu żonom i sporej liczbie mężów udaje się gniew powstrzymać, tłumią go więc, ukrywają kontrolują dochodząc w końcu do stanu, w którym ich prawdziwe uczucia są nieuchwytne nie tylko dla obserwatorów z zewnątrz, ale także dla partnerów, a nawet dla samych tych osób. Świadomie udaje się wówczas, że wszystko jest w najlepszym porządku, bo w przeciwnym razie dynamika sytuacji doprowadziłaby do gwałtownego wybuchu. Pewnego dnia jednak do takiego wybuchu dochodzi - wymiana zdań na temat jakiejś błahostki przekształca się w ostry spór, zdolny zachwiać związkiem lub nawet go rozbić. Zranienia i nierozwiązane konflikty z przeszłości wyłaniają się z głębi podświadomości na powierzchnię - i rozpętuje się wojna.

Czasem tracący porozumienie partnerzy nie kryją stanu, jaki osiągnęli; jedni rozstają się, rezygnując na przyszłość z wiązania się z kimkolwiek, inni szukają sobie nowego towarzystwa i nawiązują romans, aby ukarać współmałżonka lub upewnić się, że mogą być kochani. A. z przytoczonej wyżej historii, szukając kogoś, kto kochałby ją i cenił bardziej niż mąż P., związała się emocjonalnie i fizycznie z kolegą z pracy, pełniącym zrazu rolę powiernika. Mężczyzna ten zapewniał ją, że chce się rozwieść z żoną, którą niedawno opuścił, składał różne obietnice, jednak po roku namiętnego romansu zdecydował, że wraca do żony i dzieci. Zrozpaczona i załamana A. pożałowała wtedy, że nie została ze P. i nie podjęła z nim pracy nad związkiem.

W niektórych związkach partnerzy, bezradni wobec manifestowanego przez siebie nawzajem gniewu, wycofują się z relacji, prowadząc jednocześnie, nawet bardziej stanowczo niż dotąd, walkę o władzę w związku; każde z nich czyha na błąd drugiego, starając się zdobyć nad nim przewagę, żadne natomiast nie chce dostrzegać potrzeb drugiej strony, nie zamierza jej szanować ani widzieć w niej niepowtarzalnej osoby o szczególnych właściwościach i dążeniach. Zachowują wobec siebie dystans, żyjąc od jednego sporu do drugiego; żadne z nich nie dopuszcza możliwości, że idzie fałszywą drogą. Zwykle oboje błądzą, każdemu z nich trudno się jednak do tego przyznać, ponieważ obawiają się, że tym samym przyznaliby rację partnerowi. Taka postawa jest bezowocna. Czasem tacy partnerzy trwają latami w małżeństwie, mając nadzieje, że w końcu coś zmieni się w nim na lepsze, nie może się to jednak stać, skoro prowadzą swą cichą wojnę, nieuchronnie skutkującą rozpadem związku.

Więcej w książce: Odbudowywanie związków - Peter M Kalellis

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Uczucia, które mogą wywołać katastrofę
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.