Ileż człowiek ma powodów do szczęścia

Ileż człowiek ma powodów do szczęścia
(fot. shutterstock.com)
6 lat temu
Eduard Martin / slo

Jana była chyba najbardziej rozpieszczoną dziewczyną, jaką kiedykolwiek w życiu spotkałam, i nie poznałam też nikogo, kto by potrafił tyle narzekać co ona.

Była to dziewczyna bardzo ładna, o słodkim spojrzeniu — kiedy na was spoglądała, to tak jakby wam nasypywała cukru z cukiernicy; skoro tylko wpatrzyła się w kogoś swymi słodko bezbronnymi oczyma, zwyciężała — a co było najgorsze, wiedziała o tym.

Znałam ją od dzieciństwa, chodziłyśmy razem już do przedszkola, następnie do szkoły podstawowej, a potem do średniej, ale chociaż trwało to przez tyle lat, nie mogłabym powiedzieć, że byłyśmy bliskimi koleżankami. Zresztą Jana nigdy chyba z nikim się nie przyjaźniła, nie potrzebowała tego, a poza tym miała niemiły zwyczaj: lubiła ludzi poniżać.

Wiedziała, że kiedy się na coś skarży, potrafi w swoich bliźnich budzić poczucie winy — a wtedy oczywiście skuteczniej nad nimi panuje.
Sprawiała wrażenie ofiary, ale ja dobrze wiedziałam, że jest to jej chytra maska, którą zakłada na twarz, aby łatwiej osiągać swoje cele.

Istnieją ludzie, którzy z niczego nie są zadowoleni.

Gdyby się dostali do raju — chociaż wątpię, czy tacy ludzie dostają się do raju — zapewne od razu by tam narzekali, że aniołowie są za bardzo biali, a rajskie drzewa nie są takie, jak je sobie wyobrażali, i w ogóle że ten raj to nie jest to, co mogłoby być...

Jana była zrzędą. To słowo świetnie ją charakteryzuje i również w naszej klasie przyjęło się jako jej przezwisko. A potem kiedyś Jana pojechała ze mną na łyżwy.
To znaczy — ja jeździłam na łyżwach, a ona przeważnie siedziała w kawiarni naszego schroniska i flirtowała z młodziakami. Chyba wszyscy, których spotkała, wariowali na jej punkcie.

Od czasu do czasu zakładała też narty — dla pokazu. A pewnego razu, zjeżdżając, zresztą powoli, z łagodnego zbocza, jakoś zboczyła i wpadła na drzewo, które miała ominąć. Z daleka zdawało mi się, że uderzyła w nie stosunkowo lekko. Ze śmiechem ruszyłam w jej stronę, aby pomóc jej wstać. Ale Jana nie podniosła się, nie potrząsnęła złotymi kędziorami. Nie poddała się ochoczo opiece zastępu swych wielbicieli. Leżała i jęczała, a potem straciła przytomność.

Wielbiciele nie zatroszczyli się o nią, rozjechali się, ja zadzwoniłam po górskie pogotowie ratunkowe, zawiadomiłam jej rodziców. A potem poczekałam, aż będę mogła ją odwiedzić i dowiedzieć się od lekarzy, co się właściwie z nią stało.

Kiedy następnego dnia przyszłam do szpitala, leżała nieruchomo na łóżku. Patrzyła na mnie. Mówiłam do niej, nie odpowiadała, tylko to ciężkie, ołowiane spojrzenie, utkwione we mnie...

— Co się z tobą dzieje, Jano? — wykrzyknęłam wreszcie bezradnie.
Patrzyła i milczała. MILCZAŁA. A potem wypowiedziała słowa, których nigdy w życiu nie zapomnę.
— Zeby mnie przynajmniej coś bolało... Znieruchomiała.
Zrobiła się z niej duża nieruchoma lalka, martwa lalka, niemająca w swoim ciele żadnego czucia.
ŻEBY MNIE PRZYNAJMNIEJ COŚ BOLAŁO...

Od tego czasu te słowa dzwoniły w moich uszach nieskończoną ilość razy. Były to słowa, które zmieniły moje życie. Z Janą była sprawa trudna. Długo trwało, zanim wreszcie doszła do siebie. W końcu zaczęła się poruszać i po pewnym czasie, w wyniku mozolnej terapii, zaczęła chodzić — najpierw o kulach, potem już tylko z jedną laską, a w końcu i bez niej. Lekarze potrafią dziś działać cuda. A mnie się wydało, że cud stał się też z Janą.

Ta dziewczyna, która dawniej nieustannie na coś się skarżyła, zaczęła być za wszystko, za najmniejszy drobiazg wdzięczna.

Zaczęło się to tak, że kiedy ją pewnego razu odwiedziłam w szpitalu, obwieściła mi głośno — niemal przy tym płacząc ze szczęścia — że tego dnia udało jej się leciutko poruszyć palcem u nogi.

— Dziewczyno — krzyczała do mnie i otwierała szeroko rozweselone oczy — dziewczyno, jestem taka szczęśliwa!
Ileż człowiek ma powodów do szczęścia i nawet o nich nie wie. Może przecież poruszyć palcem u nogi. Może wstać. Może chodzić. Choćby o kulach, Ale może... chodzić. Może poruszać rękoma.

Ileż człowiek ma powodów do szczęścia. I nie wie o nich.
ŻEBY MNIE PRZYNAJMNIEJ COŚ BOLAŁO...

Jakże się dawniej trapiłam z racji tego czy owego! Jak biadałam, że mi się to czy owo nie udało! Ileż człowiek ma powodów do szczęścia... Zawsze.
Również dzisiaj.

Choćby i to... i to... że go coś boli.

Więcej w książce: Radości dla duszy - Eduard Martin

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Ileż człowiek ma powodów do szczęścia
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.