Ostatni dzień przed śmiercią

Ostatni dzień przed śmiercią
(fot. disparkys / flickr.com / CC BY)
3 lata temu

"Jakie życie, taka śmierć - nie dziwi nic" - śpiewała Edyta Geppert. I miała wiele racji. Jak kto żyje, tak umiera. Na dodatek chyba nikt z nas nie jest w stanie przewidzieć z absolutną pewnością, jak zachowa się w chwili śmierci.

A śmierć to w naszej kulturze nadal temat tabu, chociaż jest tak wszechobecna w mediach. Sporo ludzi umiera niespodziewanie, w wypadkach, żywiołach, zabójstwach, z powodu zawałów serca. Nie mają więc czasu na umieranie. Nie przechodzą dłuższego procesu. W ich przypadku śmierć to po prostu mgnienie oka. Potrzask. Totalne zaskoczenie. Jednak nie zawsze tak się dzieje.

Na początku tego roku w ramach formacji zakonnej pomagałem jako wolontariusz przez 7 tygodni w dwóch hospicjach: w Pucku i Sopocie. Oprócz posługi kapłańskiej, czyli sprawowania sakramentów świętych, rozmów, towarzyszenia chorym podczas ich umierania, do moich podstawowych zadań należało karmienie, kąpanie, mycie, golenie i przebieranie chorych, czasem wypicie wspólnej kawy, czy obejrzenie kolejnego odcinka "Ojca Mateusza". Była to prawdziwa szkoła życia, która zmusiła mnie nie tylko do konfrontacji z tym, przed czym na co dzień sam uciekam: perspektywą choroby, umierania i śmierci. Pobyt w hospicjum uczył mnie, co jest ważne w życiu codziennym.

Oścień śmierci

Przyznam, że najbardziej dojmującym doświadczeniem w hospicjum była dla mnie bezsilność, która jest starciem z własnymi i cudzymi granicami. I to w różnych wymiarach. Nie mogę przecież uzdrowić chorych, nie mogę spełnić większości ich oczekiwań, nie mogę spowodować, aby umierało im się "lżej", ponad to, w czym można im ulżyć. Widok cierpienia każdego człowieka, zwłaszcza bliskiego, każe nam coś zrobić, zaradzić, szukać rozwiązań. Ale często po ludzku nie możemy zrobić tyle, ile byśmy chcieli.

Parę razy czuwałem przy chorych aż do ich ostatniego tchnienia. Zwłaszcza przy tych, którzy nie mieli już bliskich, albo krewni o nich zapomnieli. Nadchodzącą śmierć odczuwa się wówczas wręcz namacalnie. Ludowe wyobrażenia o spersonifikowanej śmierci z kosą wcale nie są jedynie infantylnym wymysłem. Kiedy rozpoczyna się umieranie, widać na ciele człowieka, że zbliża się kres. Czuje się obecność śmierci. Razem z chorym staje się u bramy, jest się świadkiem jego przejścia, ale samemu patrzy się na wszystko z perspektywy tego świata i własnego doświadczenia.

Sama śmierć często jest ulgą. Gorszy jest proces umierania. Pamiętam, że wiele razy, patrząc na kilkudniowe konanie człowieka, co jest niezwykle trudne, zacząłem modlić się do Boga, aby już zabrał tego chorego do siebie. Myślę, że tego najbardziej się boimy: bólu, osamotnienia, utraty kontroli nad każdym aspektem naszego życia, niepewności, co się z nami stanie, pustki, radykalnego ogołocenia. Dzisiaj ból fizyczny możemy już skuteczniej uśmierzać. Ale bólu psychicznego czy cierpienia duchowego nie da się wyleczyć środkami przeciwbólowymi. Czasem lękamy się również sądu, własnej nieuzdrowionej i nieprzebaczonej sobie przeszłości, gryzącego sumienia, pokiereszowanych relacji z bliskimi.

Częściej w tym czasie myślałem o własnej śmierci. Co stałoby się, gdybym dziś lub jutro umarł? W pierwszym odruchu ta myśl napełniała mnie drżeniem, lękiem, czułem jakąś pustkę, jakbym wpadał w przepaść. Nie dlatego, jakobym nie wierzył, że czeka tam na mnie Bóg, cały zastęp świętych, aniołów i moich bliskich. Wierzę, że śmierć to nie koniec, ale świadomość tego, że nagle zniknie mi z oczu cały świat relacji i rzeczy, z którymi jestem zżyty, rodzi lęk.

Śmierć nas przeraża, bo nie mamy żadnego namacalnego dowodu, że "coś" tam istnieje. Nic dziwnego, że jak grzyby po deszczu pojawiają się kolejne sensacyjne książki o tym, jak to ludzie otarli się o tamten świat. Piszą o swoim doświadczeniu śmierci klinicznej, o świetle w tunelu, o świetnym samopoczuciu, niebie, w którym już rzekomo byli. Owszem, nie można tutaj wykluczyć tajemnicy. Nie wszystko da się wytłumaczyć, ale w większości wypadków są to jedynie wytwory ludzkiej fantazji, domysły, przeczucia. Tak naprawdę nie mamy wiedzy naukowej na ten temat. Pozostaje tylko ufność, że tam czeka na nas ktoś dobry i życzliwy. Ale jak tam jest, pozostaje tajemnicą.

Ty nie możesz umrzeć

Oprócz bezsilności, drugim trudnym doświadczeniem jest mechanizm wypierania śmierci. Niektórzy chorzy do samego końca odsuwają od siebie perspektywę nieuchronnej śmierci. Sądzą, że znajdzie się jeszcze odpowiednie lekarstwo, że przecież można coś zrobić. To tylko kwestia czasu. I to jest dziwne, że niby wszyscy wiemy, że umrzemy. Jesteśmy świadkami śmierci. A jednak kiedy śmierć nadchodzi, stoi u bram, czego początkiem jest np. nieuleczalna choroba, sądzimy, że nas śmierć nie dotyczy.

Najbardziej bolesne dla chorego są reakcje rodziny, która często uważa, że w lekarzach, księdzu, pielęgniarkach istnieją cudotwórcze moce. Nie dopuszczają do siebie, że mama, tata, żona, mąż, wkrótce odejdzie. Skutkiem tego pozostawiają nierzadko chorego w samotności, bo przecież do jutra się poprawi. Nawet jak mama mówi, że nie dożyje do poranka (a wielu chorych bezbłędnie przeczuwa ten moment), to często słyszy z ust swoich dzieci: "Niech się mama nie wygłupia. Wszystko będzie dobrze". Na drugi dzień dzieci dowiadują się przez telefon, że mama już nie żyje. Potem następuje fala pretensji do lekarzy, personelu, że nie uratowali, nie zrobili tego, co powinni... itd.

Pan Waldemar czuł się już bardzo źle. Cierpiał na nowotwór płuc. Walczył ze sobą. W jednej chwili mówił, że już umiera, a za chwilę wszystko wypierał, twierdząc, że jego stan się polepszy. Z początku nie wiedziałem, jak to wszystko ugryźć. Przychodziłem do niego na kawę przez parę dni, pomagałem mu w kąpieli, goleniu, układaniu się do łóżka. I tak się powoli zaprzyjaźniliśmy. W pewnym momencie pan Waldemar wybuchnął płaczem. Płakał tak przez dobre dziesięć minut. I błagał, żeby rodzina w końcu pozwoliła mu odejść. Okazało się, że jego żona zaklinała go non stop: "Ty nie możesz umrzeć, nie możesz zostawić mnie samej". Wysłuchałem tego wyznania, po czym zapytałem, czy nie mógłby dzisiaj jeszcze raz powiedzieć żonie, że już chce umrzeć. Powiedział i umarł tego samego dnia wieczorem. Ale rodziny przy nim nie było, bo próbowali mu wmówić, że jutro się przecież ponownie spotkają. I pojechali do domu. Presja rodziny była dla niego większym ciężarem niż choroba. Niestety, mam wrażenie, że taka reakcja z jednej strony podyktowana jest zrozumiałą chęcią zachowania relacji i bliskości, a z drugiej niemalże ciągłym rugowaniem śmierci z codziennego życia.

Podczas choroby i umierania najlepiej dotrzeć do człowieka, kiedy okaże się mu troskę i pomoc w najbardziej fundamentalnych sprawach życia: pielęgnacja ciała, pokarm, napój. Dopiero potem można nawiązać głębszy kontakt.

Pamiętam pana Jarka, niewierzącego i zbuntowanego na Boga i cały świat. Obie nogi amputowane. Kąpałem go i goliłem dwa razy w tygodniu. Codziennie przynosiłem mu obiad, robiłem kawę. Czasem coś bąknął, ale w zasadzie niewiele mówił. Z początku nie wiedział, że jestem księdzem, a nigdy nie pozwalał, aby duchowny przyszedł do niego z komunią świętą. Dyrektor hospicjum uznał, że lepiej będzie, abym nie ujawniał mu wszystkich szczegółów. W sumie pan Jarek, marynarz, który opłynął cały świat, był sympatycznym człowiekiem. Pewnego dnia dowiedział się od kogoś, że jestem księdzem. Pielęgniarki poinformowały mnie o tym przed wejściem do jego pokoju. Nie miałem pojęcia, jak zareaguje. Czy mnie wyrzuci za drzwi, czy będzie przeklinał na czym świat stoi? Byłem pełen obaw. Co się jednak okazało? Pan Jarek nagle zaczął mówić o swojej wierze i niewierze, o buncie, o zawodzie, jaki - jego zdaniem - sprawił mu Bóg. Otworzył się, bo był zdziwiony, że ksiądz pomagał mu w toalecie, karmił go i okrywał. Nigdy czegoś takiego nie doświadczył. I to doświadczenie przełamało w nim opór i lęk. Jednak nie zawsze tak jest. Niektórzy hardo trwają w buncie do ostatniej chwili życia. Jedyne, co można zrobić, to się modlić i być życzliwym dla nich do końca.

Czym obdarzył mnie ten krótki pobyt w hospicjum?

Otrzymałem darmową, ale istotną lekcję: jeśli chcesz dobrze umierać, zawczasu ucz się, jak dobrze żyć. Skoncentruj się na życiu i nie daj się opanować obsesji śmierci. To nieprawdopodobne, jak w hospicjum rozkwita życie, chociaż wielu ludzi uważa to miejsce za umieralnię. Ile tam jest dobroci i życzliwości! Nie zapomnę pana Mietka, wiek około 95 lat, który każdego dnia kosztował dosłownie jedną ulubioną czekoladkę, palił fajkę i zjadał dwa grzybki marynowane, które uwielbiał. Cieszył się życiem i je smakował.

Przez te dwa miesiące zdałem sobie sprawę, jak bardzo próbuję kontrolować swoje życie. Jak wszystko musi być według planu, porządku, ułożone i pewne. Myślałem, że wszystko ode mnie zależy, że ja decyduję. Odkąd opuściłem hospicjum, ta kontrola nieznacznie się zmniejszyła.

Chrystus mówi, że śmierć jest częścią życia. Śmierć obecna jest w naturze, chociażby w widoku obumierających ziaren, z których wyrastają nowe rośliny. Podczas umierania ludzie również dojrzewają, ale nie zawsze widać te owoce gołym okiem.

Kiedy przyjdzie ci nagle myśl o śmierci, nie uciekaj przed nią w hałas, przyjemności, wypieranie, racjonalizację. Spróbuj ją powitać i zaakceptować. Nie walcz z myślą o śmierci.

Gdy w jakimś momencie lub sytuacji ogarnie cię bezsilność, uznaj, że to część życia, a nie twój wróg. Teraz bardziej zdaję sobie sprawę z tego, że jakość i pokój w naszym życiu zależy od tego, jak radzimy sobie z bezsilnością.

W chwili odchodzenia i umierania najważniejsze okazują się nie osiągnięcia, pieniądze, porażki, ale relacje. Nawet jeśli ktoś mocno tę potrzebę wypiera, tak naprawdę pragnie wówczas ludzkiej obecności. Nic nie jej nie zastąpi. A obecność to po prostu słuchanie i bycie. Lepiej poradzimy sobie w życiu z niejednym problemem, gdy nauczymy się słuchać.

Chcesz osiągnąć głębszą relację z chorym, zacznij od troski o jego ciało.

Czy to, że ktoś uważa się za człowieka wierzącego wprowadza jakąś zasadniczą różnicę w przeżywaniu ostatnich dni życia przed przejściem na tamten świat? Bywa różnie. Wtedy właśnie odsłania się, czy mamy do czynienia z głęboką wiarą, czy tylko z wiarą deklaratywną. Nie zawsze ten, kto twierdzi, że wierzy, przeżywa śmierć z Bogiem. Zdarzają się jednak osoby, które są prawdziwym zbudowaniem i przykładem, nawet w tak trudnej chwili jak umieranie.

"Jakie życie, taka śmierć - nie dziwi nic".

Ostatni dzień przed śmiercią - zdjęcie w treści artykułu

Umarłem dziś rano... Tak rozpoczyna się opowieść o pierwszym dniu po śmierci - historia zbawienia ludzkiej duszy...  Chcę przeczytać tę książkę

Pierwszego dnia dusze trafiają na Stację Śmierci, gdzie pod opieką Anioła Stróża dokonują wyboru... między niebem a "niebem". Od tej decyzji zależy ich ostateczny los. Zanim jednak wsiądziemy do pociągu, wraz z głównym bohaterem doświadczamy kuszenia demonów, iluzji grzechu oraz miłosiernego przebaczenia Boga. Anioł uczy nas prawdy o piekle, czyśćcu i niebie. Wspólnie poznajemy historie życia innych osób, przyglądamy się wyborom, jakich dokonały i zachodzącym w nich przemianom.

Ostatni dzień przed śmiercią - zdjęcie w treści artykułu nr 1Tomasz Ponikło, "Józef Tischner - myślenie według miłości. Ostatnie słowa" >> Chcę przeczytać tę książkę

Ta książka to nie tylko opowieść o życiu i myśli Wielkiego Filozofa. To także swoisty "przewodnik" po problemach sensu naszego istnienia, sensu (lub bezsensu) cierpienia, śmierci i zła, a wreszcie zaproszenie do namysłu nad tajemnicą wiary i nadziei.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Ostatni dzień przed śmiercią
Komentarze (16)
M
Maciek
19 stycznia 2014, 21:58
Bardzo dziękuję za ten artykuł. Za paktyczną, prostą i prawdzią, radę jak podchodzić do nieuleczalnie chorych - mój Dziadek miał niedawno udar krwotoczny... oraz za pomysł by nie wypierać myśli o śmierci... <><
Miłosz Skrodzki
Miłosz Skrodzki
5 listopada 2013, 21:50
Jeśli chcesz dobrze umierać, pojednaj się z Bogiem. Nie myśl o śmierci, tylko o tym, co po niej - o spotkaniu z kochającym Ojcem. Poza tym ufaj Bogu - On przeprowadzi cię przez te trudne chwile. I pamiętaj o Jego słowach: Wszystkim duszom, które uwielbiać będą to Moje miłosierdzie i szerzyć jego cześć, zachęcając inne dusze do ufności w Moje miłosierdzie - dusze te w godzinę śmierci nie doznają przerażenia. Miłosierdzie Moje osłoni je w tej ostatniej walce...
E
ela
5 listopada 2013, 07:37
Każdy ksiądz mógłby coś takiego przejść. Wielce by to pomogło naszym parafiom.
G
grace
3 listopada 2013, 03:50
O.Dariuszu wielki szacunek. Zwykle czynnosci przy chorym sa okazywaniem najwiekszej milosci blizniego. Jestem pod duzym wrazeniem po przeczytaniu.
Dariusz Piórkowski SJ
Dariusz Piórkowski SJ
2 listopada 2013, 21:15
No i co? Wypadałoby się albo wytłumaczyć, albo przyznać do herezji, odwołać i przeprosić. ... We wszystkim przyznałem Panu absolutną rację, bo Pan wszystko wie, to co jeszcze mam wyjaśniać. Wypada życzyć wszystkiego dobrego.
MR
Maciej Roszkowski
2 listopada 2013, 16:57
Antonina Krzysztoń "You Tube"- "Ile zostało..."
Dariusz Piórkowski SJ
Dariusz Piórkowski SJ
2 listopada 2013, 15:33
"bo nie mamy żadnego namacalnego dowodu, że "coś" tam istnieje". No widzę, że koledzy z SJ już przechodzą na ateizm... A Pan Jezus i jego zmartwychwstanie hmmm? Czyżbyśmy przestali wierzyć w źródła ewangeliczne? ... Zmartwychwstanie to sprawa wiary, a nie nauki. Przez "namacalny dowód" rozumiem dowód empiryczny, z tego świata. Jedynym "dowodem" są świadectwa apostołów. Proszę więc nie wytaczać tych dział z ateizmem tylko czytać ze zrozumieniem.
R
robocom
2 listopada 2013, 14:17
"bo nie mamy żadnego namacalnego dowodu, że "coś" tam istnieje". No widzę, że koledzy z SJ już przechodzą na ateizm... A Pan Jezus i jego zmartwychwstanie hmmm? Czyżbyśmy przestali wierzyć w źródła ewangeliczne?
A
anna
2 listopada 2013, 13:20
Ojcze Dariuszu, dziekuję za świetny artykul. Rozeslalam link do niego znajomym kapelanom hospicyjnym. Oni zrozumieją. Zresztą wiem, ze Wasz Prowincjal tez byl wolontariuszem w hospicjum. Kazdy, kto tu popracuje, wie, ze wiecej zyskuje niz daje. No a Ty miałeś jeszcze szczęście w Pucku poznac ks. Jana Kaczkowskiego. A do krytykujacych: w hospicjum, w obliczu smierci, sprawy ciala i ducha przeplataja sie z sobą nierozdzielnie:  ksiadz karmi pacjenta, my, medycy czesto musimy rozmawiać na tematy duchowe i często jako pierwsi wysluchujemy jego spowiedzi. wszystkich nieprzekonanych zacheczm do wolontariatu hospicyjnego.
A
agawa
2 listopada 2013, 13:14
ad sacdjo ależ Ty się boisz śmierci... i tego że"Ty-komuś" bądź" ktoś-Tobie" miałby towarzyszyć... idź do hospicjum a dojrzejesz i poradzisz sobie /z agresją i lękiem też!/ pozdrawiam - stara wolontariuszka
M
monika
2 listopada 2013, 13:08
ad "DP SJ" 1. Celem kapłaństwa jest posługa sakramentalna, a nie funkcje pielęgniarskie. 2. Czyli kilkutygodniowa przerwa od kapłaństwa? I po co taka praktyka pielęgnacyjna, skoro normalne zajęcie ma być czymś innym? 3. Siłą rzeczy musiała umniejszyć, a to - już chociażby czasowo, bo nie można równocześnie myć, karmić i sprawować sakramenty, - zajmowanie się przez księdza myciem, karmieniem itd. sugeruje, jakoby ta posługa była przynajmniej tak samo ważna jak posługa dla nieśmiertelnych dusz. 4. Fakt, że wy coś robicie, nie musi oznaczać, że jest to zgodne z wiarą i praktyką Kościoła. Założę się, że tego rodzaju praktyki nie ma w konstytucjach św. Ignacego. 5. Właściwym celem sakramentu święceń jest nauczanie wiary oraz uświęcanie dusz przez sprawowanie sakramentów. Na czym opierasz zdanie przeciwne? Czyżby Ciebie ktoś do czegoś innego wyświęcił? ... Szanowny sacdj, nie rozumiem twojej obsesji. Jeśli Kościół Katolicki Ci nie odpowiada, to pozostań w swojej sekcie i nie dręcz innych ludzi. Najwyraźniej Deon nie jest dla ciebie i tylko tracisz czas, a innym ludziom idziesz na nerwy. 
Dariusz Piórkowski SJ
Dariusz Piórkowski SJ
2 listopada 2013, 12:59
ad "DP SJ" 1. Celem kapłaństwa jest posługa sakramentalna, a nie funkcje pielęgniarskie. 2. Czyli kilkutygodniowa przerwa od kapłaństwa? I po co taka praktyka pielęgnacyjna, skoro normalne zajęcie ma być czymś innym? 3. Siłą rzeczy musiała umniejszyć, a to - już chociażby czasowo, bo nie można równocześnie myć, karmić i sprawować sakramenty, - zajmowanie się przez księdza myciem, karmieniem itd. sugeruje, jakoby ta posługa była przynajmniej tak samo ważna jak posługa dla nieśmiertelnych dusz. 4. Fakt, że wy coś robicie, nie musi oznaczać, że jest to zgodne z wiarą i praktyką Kościoła. Założę się, że tego rodzaju praktyki nie ma w konstytucjach św. Ignacego. 5. Właściwym celem sakramentu święceń jest nauczanie wiary oraz uświęcanie dusz przez sprawowanie sakramentów. Na czym opierasz zdanie przeciwne? Czyżby Ciebie ktoś do czegoś innego wyświęcił? ... Masz absolutną rację we wszystkim. Żyj w pokoju.
Dariusz Piórkowski SJ
Dariusz Piórkowski SJ
2 listopada 2013, 12:37
ad "ksiądz" 1. Z tekstu nie wynika, jakoby celem i zasadniczym zajęciem tej "praktyki" było udzielanie pociechy z wiary, chociażby tylko przez modlitwę, a zwłaszcza przez udzielanie Spowiedzi św., św. Wiatyku, św. Ostatniego Namaszczenia. Natomiast jest powiedziane, że jego właściwym zajęciem było to, co zwykle robią pielęgniarze. W tym czasie mógł i powinien był sprawować właściwą posługę kapłańską, chociażby tylko przez modlitwę. 2. Przeczytaj jeszcze raz, co napisałem był. Jest oczywiste, że doświadczenie posługi chorym powinno być obowiązkowe w ramach formacji PRZED święceniami. 3. Napisałem też, że w sytuacji, gdy brak personelu pielęgniarskiego (jak podanych przykładach świętych), także ksiądz, a nawet biskup powinien być gotów i w stanie pielęgnować chorych. Tym niemniej nie jest to ich właściwe zadanie, zwłaszcza nie kosztem ich właściwej posługi wynikającej z sakramentu święceń. ... Z tekstu wynika, że cele tej praktyki były dwa: posługa sakramentalna i pielęgnacja chorych. Jedno drugiego nie wyklucza. Po drugie, To była kilkutygodniowa praktyka, a nie na okrągło. Po trzecie, pielęgnacja chorych w niczym nie umniejszyła posługi duchowej. Po czwarte, w naszej formacji zakonnej robimy takie praktyki także po święceniach. Po piąte, kapłaństwo w Kościele Katolickim to nie tylko głoszenie Słowa i sprawowanie sakramentów. Proszę poczytać dokumenty Kościoła, chyba że powołuje się Pan na własne opinie i wyobrażenia.
M
marek
2 listopada 2013, 12:29
ad "ksiądz" 1. Z tekstu nie wynika, jakoby celem i zasadniczym zajęciem tej "praktyki" było udzielanie pociechy z wiary, chociażby tylko przez modlitwę, a zwłaszcza przez udzielanie Spowiedzi św., św. Wiatyku, św. Ostatniego Namaszczenia. Natomiast jest powiedziane, że jego właściwym zajęciem było to, co zwykle robią pielęgniarze. W tym czasie mógł i powinien był sprawować właściwą posługę kapłańską, chociażby tylko przez modlitwę. 2. Przeczytaj jeszcze raz, co napisałem był. Jest oczywiste, że doświadczenie posługi chorym powinno być obowiązkowe w ramach formacji PRZED święceniami. 3. Napisałem też, że w sytuacji, gdy brak personelu pielęgniarskiego (jak podanych przykładach świętych), także ksiądz, a nawet biskup powinien być gotów i w stanie pielęgnować chorych. Tym niemniej nie jest to ich właściwe zadanie, zwłaszcza nie kosztem ich właściwej posługi wynikającej z sakramentu święceń. ... A według pism jakiej sekty tak powinno być? Bo w Kościele Katolickim nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ksiądz opiekował się chorymi, także jeśli chodzi o ich ciało.  Ma Pan niezwykle klerykalne podejście do kapłaństwa.
K
ksiądz
2 listopada 2013, 12:12
Szanowny sacdjo, tym razem kompletnie się wyłożyłeś i popisałeś swoją niewiedzą i tym, że nie czytasz tekstów, tylko filtrujesz przez swoje kalki. Nie wiem, gdzie przeczytałeś, że ksiądz Piórkowski zaniedbywał  udzielanie sakramentów. Przecież wyraźnie pisze, że je udzielał w hospicjum. A to, że tam pracował po święceniach, to bardzo dobrze. Jak widać zresztą po owocach. Gdyby każdy ksiądz coś takiego przeszedł, może by inaczej wyglądały nasze parafie. Bzdury opowiadasz że aż boli. Ile to świętych kapłanów pomagało bezpośrednio chorym i ubogim: św. Wincenty a Paulo, św. Damian de Veuster, bł. Jan Beyzym, św. Alberto Hurtado. Poczytaj sobie najpierw i dowiedz się, a nie opowiadaj jakichś wymysłów.
AC
Anna Cepeniuk
2 listopada 2013, 10:47
Dziękuję Ojcu za podzielene się swoim doświadczeniem..... Bardzo mi to było potrzebne.. Właśnie teraz..... bo 3 tygodnie tem odeszła do Pana moja Mama.... Trud i cierpienie właśnie psychiczne w czasie Jej choroby, było bardzo trudnym doświadczeniem i dla Niej i dla mnie.... Ale doświadczyłam również w ostatniej fazie zrozumienia, tkliwości i miłości.... i wiem, że tylko Bóg mógł być srawcą tego.... Dał mi doświadczyć tego, że "niebo dla Niej otwierał" po mojej ostatniej wizycie u Niej... I choć nie byłam z Nią w chwili śmierci, to z relacji pielęgniarki wiem, że "to była śmierć błogosławiona, zasnęła po śniadaniu..."

Skomentuj artykuł

Ostatni dzień przed śmiercią
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.