Pozostawiając na boku trudności diagnostyczne i spory specjalistów przyjrzyjmy się temu, co z pewnością jest faktem w całym tym zamieszaniu: upływowi czasu (fot. shutterstock.com)
Stanisław Morgalla SJ / slo

Kryzys połowy życia to mit czy rzeczywistość? Gdy wybija czterdziestka, bać się czy kupić sobie wygodniejsze kapcie, by powoli zapadać w starcze otępienie?

Obyś sobie dziób roztrzaskał

Coś jest na rzeczy. Właśnie minąłem niebezpieczną krawędź połowy życia i jak w piosence “Starego dobrego małżeństwa" włączył mi się w głowie przekorny refren: Jest już za późno... Nie jest za późno... Jedna połowa śpiewa tak, a druga zupełnie inaczej. Ale zaraz, moment, połowa czego?... W starym małżeństwie może to i rzecz naturalna (co dwie głowy to nie jedna!), ale w pojedynczej głowie takie rozdwojenie raczej jest niespotykane i pewnie niebezpieczne.

Co prawda mózg, główny lokator głowy, składa się z dwóch symetrycznych połówek, ale mimo tych anatomicznych podziałów obie półkule ściśle współpracują z sobą, a nawet są w stanie przejąć niektóre funkcje, gdy zajdzie potrzeba. Ta trzeźwa uwaga przyniosła mi chwilę wytchnienia, ale tylko chwilę, bo zaraz jak w jakimś koszmarze moje upersonifikowane połowy mózgu zaczęły się przekomarzać ze zdwojoną siłą. Bez wątpienia tracisz głowę - zauważyła z wyraźną ironią prawa półkula. Bredzisz! - zripostowała nerwowo lewa (u mnie dominująca). - Najlepiej przekonajmy się o tym u specjalisty - dodała opanowanym już tonem, nie bez cienia wyższości. Ale przecież to ty jesteś specjalistką w temacie! - śmiejąc się, zauważyła prawa. Na wszelki wypadek zapytałem o zdanie mojego kierownika duchowego, który też jest psychologiem. Ten posłuchał mnie uważnie, ale nie stwierdził żadnego rozdwojenia jaźni czy obłędu, a całe zajście przypisał mojej wybujałej wyobraźni. Odchodząc, zadał tylko proste pytanie: Za późno na co?

DEON.PL POLECA

Czy jest już późno?

To dobre pytanie i chyba jedyny praktyczny pożytek, jaki można wynieść z lektury przeobfitej literatury na temat kryzysu połowy życia. Temat stał się tak popularny i rozpracowano go już na tyle sposobów, że łatwo się w nim pogubić lub ugrząźć na dobre. Utrapieniem jest nie tylko ogromne zróżnicowanie typowych dla tego kryzysu symptomów, ale - co jest chyba logiczną konsekwencją tego pierwszego - niekończące się spory specjalistów na temat tego, czy w ogóle coś takiego w życiu występuje. Dla sporej części naukowców to po prostu mit, który trudno obalić choćby dlatego, że za ojca chrzestnego ma nie byle kogo, bo samego C.G. Junga.

Pozostawiając na boku trudności diagnostyczne i spory specjalistów przyjrzyjmy się temu, co z pewnością jest faktem w całym tym zamieszaniu: upływowi czasu. Fakt jest oczywisty i banalny, bo przypomina nam o nim każde spojrzenie na zegarek czy aktualną datę w kalendarzu. W połowie życia jednak coś w tym spojrzeniu radykalnie się zmienia. Człowiek uświadamia sobie dramatyczną różnicę między zegarem ściennym a zegarem biologicznym. To, co ten pierwszy odmierza beznamiętnym ruchem swoich wskazówek, ten drugi wyraża odczuwalnymi zmianami (na gorsze oczywiście!) w ciele i umyśle. A to nieuchronnie prowadzi do próby cofnięcia wskazówek zegara. Próby skazanej oczywiście na porażkę.

Nie wszyscy do sprawy podchodzą z takim zaangażowaniem. Spora część twierdzi, że na wszystko jest już za późno i pokornie ciągnie swoje życiowe wózki dalej, najczęściej z coraz bardziej pociągłym wyrazem twarzy. Są jednak i tacy co buntują się i próbują udowodnić całemu światu, że nie tylko nie jest za późno, ale że ich czas dopiero nadszedł. Gdy pierwsi kapcanieją, popadają w różne formy depresji i przedwcześnie się starzeją, drudzy wywracają swoje życie (a przy okazji życie rodzin) do góry nogami i uważają to za całkowicie naturalne. Co gorsze trudno rozsądzić.

Kryzys - szansa i niebezpieczeństwo

Każdy kryzys jest czymś ambiwalentnym, tzn. może okazać się w takim samym stopniu szansą zmiany na lepsze, co początkiem katastrofy. Chińczycy nawet dosłownie wyrażają tę dwuznaczność, zapisując kryzys przy użyciu dwóch znaków, z których jeden oznacza szansę, okazję, a drugi niebezpieczeństwo. I to jest dobry klucz do zrozumienia także kryzysu połowy życia (choć z nielubianym znakiem firmowym Made in China). Nawet jeśli jest on mitem, to dla współczesnych ludzi stał się użytecznym elementem samoświadomości i samozrozumienia. I skoro z taką swobodą używany jest do usprawiedliwiania życiowej inercji lub ekstrawagancji, to dlaczego nie wykorzystać go do pozytywnej stymulacji. Na zmianę na lepsze nigdy nie jest za późno. Potrzebny jest tylko mocny impuls.

Gdy przekraczałem mityczną czterdziestkę, znajoma osoba w ramach życzeń napisała mi o małej ciekawostce ze świata zwierząt. Podobno orły w połowie swego życia stają wobec śmiertelnego niebezpieczeństwa. Ich zakrzywione dzioby tak bardzo się rozrastają, że zaczynają się blokować: ptak nie może dosłownie dzioba otworzyć. Otwiera się przed nimi tragiczna alternatywa: umrzeć z głodu albo... pozbyć się dzioba, rozbijając go o skałę.

Jeśli mu się to uda i przeżyje upadek, to wyrasta mu nowy dziób i osobnik może szczęśliwie przeżyć drugą część życia. Urodzinowe życzenia sprowadzały się więc do oczywistego wniosku: żebym sobie dosłownie dziób roztrzaskał. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że opowieść o orłach to ornitologiczny mit: orły wcale tak nie mają. Morał z tej bajki jest jednak taki, że w połowie życia ludzie potrzebują pozytywnych wzmocnień, zwłaszcza gdy są życiowymi rozbitkami. Lecz by je otrzymać, nie trzeba wcale uprawiać sportów ekstremalnych czy wymyślać świata od nowa. Wystarczy otwartymi dopiero co ze zdziwienia oczami uważnie rozejrzeć się dookoła. Tam wszystko już jest gotowe do współpracy.

Oczy szeroko otwarte

Kontakt z rzeczywistością zawsze jest szokiem i zaskoczeniem. Śmiało można porównać go z traumatycznym doświadczeniem upadku na twarz czy uderzenia głową w mur. Z natury bowiem jesteśmy skłonni widzieć tylko to, co chcemy widzieć (widzenie jest tylko metaforą zdolności poznania prawdy, dobra i piękna). Otwarcie oczu boli, bo odziera ze złudzeń, które przysłaniają rzeczywistość, ale uwrażliwia nas na prawdę i na nadzieję, która jest polem popisu dla wyobraźni. Konkretny przykład. Nawet jeśli już wydarzyła się tragedia i rozpadła się rodzina (czy małżeństwo) albo wygasło powołanie kapłańskie czy zakonne, to przecież żyje się dalej. I można żyć mądrzej.

Zawsze jest jeszcze miejsce na przebaczenie czy prośbę o wybaczenie. To krok, który zwykle otwiera nowe i niespodziewane horyzonty. Choć popełnionych błędów nie uda się niestety cofnąć, to przecież można spróbować naprawić ich konsekwencje. A wtedy kto wie, czy i z naszych ust z czasem nie wyrwie się zadziwiony okrzyk, który znamy wszyscy z liturgii wielkanocnej: o szczęśliwa wina. Tą prawdą bije serce chrześcijaństwa. To też jest klucz każdej udanej terapii.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Gdy wybija czterdziestka
Komentarze (43)
A
Anka
9 lutego 2015, 13:24
Chyba 2 lata temu się ukazał na Deonie ten artykuł... :( Nikt nie napisał niczego świeższego?
A
andrzej
8 lutego 2015, 17:10
Artykuł fajny, ale pomija jakże ważny fakt naszej egzystencji. Przecież człowiek składa się nie tylko z ciała. Owa połowa wieku to czas intensywnego budzenia się naszej świadomości. Myślę, że jest to zaprogramowany przez Stwórcę czas w którym musimy zrozumieć, że naszym powołaniem nie jest życie dla ciała.  Owszem, czas ten budzi naturalny odruch ratowania ciała, niczym tonący który pragnie zaczerpnąć ze wszystkich sił powietrza. Jednak kolejne lata udowadniają, że czas dla ciała nie ubłagalnie  przemija. Nastaje czas dla ducha i jest to nowy etap nauki, zupełnie odmienny od poprzedniego. Ci co tego nie chcą przyjąć więdną, ci co przyjmują rozkwitają. Jakże miło jest spotkać uśmiechniętą starszą osobę, a jeszcze bardziej jak owy uśmiech jest naturalny z głębi serca, a nie na pokaz, czy wprost fałszywy. Duchowość człowieka potrafi być tak ogromna jak tylko uzdolni go do tego sam Stwórca. Człowiek bez Boga nie potrafi odnaleźć właściwej drogi dalszego rozwoju, a czasami nawet jej zupełnie nie dostrzega. Łatwiej dostrzec starość jako koniec wszystkiego, jednak człowiek ma o wiele większą przyszłość niż o niej sądzi. Naszą starość można porównać do zrzucania skóry przez węża. Ciało sztywnieje, obumiera, i w końcu zawodzi. Jednak w środku tego ciała rodzi się nowe, duchowe, doskonalsze pod każdym względem i piękniejsze niż najpiękniejsze cielesne ciało. Powinniśmy zrozumieć, że nasze ciała są jedynie fizycznymi nośnikami świadomości, która ma duchowe korzenie i duchową przyszłość. Z jednej strony owe ciała w jakimś stopniu nas ograniczają, jednak z drugiej są wystarczające do zaliczenia etapu pewnej nauki, która jest niezbędna do właściwego rozwoju naszej świadomości. Wszystko tak naprawdę zaczyna się od narodzin Ducha w naszych ciałach. Dotychczas mieliśmy do czynienia z naszą duszą, którą należy karmić z taką samą starannością jak ciało. Jednak przebudzenie Ducha za sprawą Boga jest czymś zupełnie odmiennym od tego co mogliśmy do tej pory pojąć.
A
andrzej
8 lutego 2015, 17:11
c.d. Tutaj jest początek nowego życia bez granic czasowych, z nowymi punktami odniesienia wybiegającymi w odległą przyszłość, a zarazem stanowiącymi jedność z przeszłością. Do tego trzeba dojrzeć i trzeba się tego uczyć. Szkoda, że tak wielu zaniedbuje własne dusze i nie karmi ich należycie. Obawiam się, że dla takich droga przebudzenia Ducha jest o wiele odleglejsza. Być może każdy z nas jest na innym etapie rozwoju i trudno jest uściślić ramy w których mamy się duchowo rozwijać w drugiej połowie swego życia. Jednak ta druga połowa właśnie takiemu rozwojowi ma służyć.  Tylko tak nie popadniemy w pułapki tego świata (budowanych za sprawą upadłych), których celem jest duchowe uśmiercenie jak największej liczby ludzi. Bóg pragnie byśmy odradzali się duchowo w każdym czasie i kroczyli drogami ewoluowania ku duchowej świadomości i jedności z Nim samym. Jest to nie pojęte i jakże trudne do opisania, jeszcze trudniejsze do zrozumienia, gdyż dopiero umysł duszy, czy też już Ducha potrafi ten (tamten) wymiar zgłębiać i pojmować jego fundamenty. A wszystko to dzięki wspaniałemu Bogu, który pragnie być naszym przyjacielem. Czy możemy świadomie odwracać się od kogoś Takiego? Niestety możemy i jest to strasznie przykre!
O
olo
8 lutego 2015, 18:03
Andrzeju, zgadzam się z Tobą, ale tylko do pewnego stopnia: owszem, po 40tce zaczynami dojrzewać duchowo, widzimy lepiej prawdy dawniej ignorowany, np. o tym, co w życiu jest najważniejsze, ale z drugiej strony ciałem dalej jesteśmy i będziemy. Nie zapominaj o prawdzie dość oczywistej - jesteśmy przeznaczeni do zmartwychwstanie nie tylko ducha, ale i ciała. Ciało jest ważnej, bo innego życia - poza ciałem - jak na razie nie znamy :)  pozdrawiam
B
Bart
8 lutego 2015, 10:05
Magiczny próg traktuję w kataegoriach szansy na zmiany. Zmiany oczywiście na lepsze :-) Zyczę wszystkim by poczuli ten sam co ja impuls do zmiany. By zadbali (w koncu i prawdziwie) o zmianę relacji z samym sobą, sobie bliskim osobom i Stwórcą naszego radosnego padołu :-) 
E
Etta
7 lutego 2015, 22:05
Gdy wybije 40 zrób to co ja: ZAPISZ SIE NA YOGE. Poczujesz sie jak nowonarodzony.
K
ke9
8 lutego 2015, 08:52
a wczesniej cie blokowało cos...? może czułeś jakiś ścisk w jelitach...
A
Ania
7 lutego 2015, 21:05
Dzisiejszy 40-latek ma przed sobą co najmniej 27 lat pracy. Co najmniej gdyż nie wątpię, że wiek emerytalny będzie stopniowo podwyższany. Nie uciekniemy od tego. W czasach serialowego Karwowskiego 40-latek miał  ustabilizowaną sytuację zawodową, która pozwalała mu w spokoju dotrwać do emerytury.
R
rzymski
22 stycznia 2014, 15:17
Wszyscy z rozczuleniem opisują kryzys wieku średniego, gdy panowie zwykle, jeśli nie "wyszaleli" się (bo wszak takie prawo jest im należne), opuszczają żonę i wymieniają na inny, lepszy model. Nikt natomiast nie pisze niczego o tym, jak kobieta ciężko przechodzi ten wiek, szczególnie, gdy jest już wypracowana dla dzieci i rodziny i męża, a on najczęściej ją poniża. Nikt nie opisuje kryzysu wieku średniego, jak ciężki jest dla kobiet, i że ona też powinna to przechodzić, o tym powinno się pisać takie same ilości śążnistych artykułów.
O
okioki
12 września 2014, 15:42
kurcze, jesrtem na tym etapie
E
ee
25 listopada 2013, 08:56
A mój mąż po przekroczeniu 40-stki zaczął prawdziwie żyć ! Zdrowo się odżywia, schudł, uprawia sport (rekreacyjnie ale intensywnie), no i zaczął rozmawiać z Bogiem ! A i zainteresowanie żoną jest niesłabnące :)  Same plusy.
O
okioki
12 września 2014, 15:44
Powinno być większe, jeśli nie jest to znaczy że wkrótce Cię Zdradzi.
K
karolinka
25 listopada 2013, 00:23
Tatusiu kochany twoje lata po ukończeniu doktoratu,po zmaganiach życiowych mialy być szcześliwe ,kochamy Ciebie ,Kocha Cie Mama-to dla Ciebie -Tatusiu  mama stworzyla dom i realizowala twoje pragnienia-nie zostawiaj nas,nie odbieraj marzeń-kto nas obroni przed zlem tego świata,kto pomoże w wyszukaniu  studiow- mamy po 12 lat-Tobie w naszym wychowaniu pomogł dziadek a twoj tato-a TY? Tatusiu odrzuć ta złą kobiete ewę ,nie ma wiekszej milości od naszej mamy i naszej-  Wierzymy że się opamietasz -czy widzisz nasze nocne łzy? gdy Ciebie niema-nam zostawileś pieski-to za malo-WRACAJ DO RODZINY-zrob nam prezent na święta-bo giniemy.
K
karolinka
25 listopada 2013, 00:08
Odchodzenie męższczyzny w wieku po 40-tce jest wyrazem braku odpowiedzialności za rodzine. Dzieci w wieku 10-12 lat strasznie cierpią, one w tym wieku potrzebuja ojca,a dziewczynki zawsze pragną być księzniczkami swych ojcow.Porzucenie zony i dzieci do obdzieranie z marzeń i snów, to tragedia dla wypracowanej i kochającej żony dzięki ktorej zwykle męższczyżni osiągnęli status zawodowy.W czasie gdy możnabyloby żyć ,ksztalcić dzieci,odrywać kupony z dorobku dotychczasowego oni odchodzą  do dziwek. Moje wnuczki bliźniaczki  po 12 lat  okradzione i oszukane przez doktora nauk drżą jak ptaki-to okrucieństwo ojca ,i nieodwracalne dla dzieci utraty wartości i wiary w życie.
W
Wojtek1957
23 listopada 2013, 23:00
Do R Mam 56 lat i uważam, że młodzi jeszcze ode mnie czegoś powinni się nauczyć. Jeżeli uchwalą eutanazję dla 50-letnich "starców", to kto ich tego nauczy?
I
Irol
7 lutego 2015, 21:28
wczoraj uchwalili w kanadzie,wiec trzyamc sie z daleka od tego zgnilego zachodu.Cywilizacja zachodnia jest martwa!:-(
A
Adam
23 listopada 2013, 18:19
Mąż nigdy Cię nie kochał. Zalazł pretekst żeby siebie sobie samemu wytłumaczyć.
:
:-II
3 czerwca 2013, 15:24
A mój mąż...skończył 45 lat i odchodzi...bo w związku się dusił... ... Zapytaj go, czy jeszcze wierzy w Boga.
I
IP
3 czerwca 2013, 14:26
A mój mąż...skończył 45 lat i odchodzi...bo w związku się dusił...
K
kate
16 lutego 2013, 20:14
Jak ja nie lubię takiego biadolenia. Kryzys wieku średniego, skończeniu 40 lat, i cóż takiego? Nakręcanie problemu przez takie artykuły. A jak czytam niektóre komentarze, to wydaje mi się, że niektórzy musieli mieć już mentalność starca znacznie wcześniej. A teraz po przekroczeniu "magicznej" czterdziestki po prostu mają oficjalne przywolenie, aby to uzewnętrznić. 
J
Jacek
16 lutego 2013, 01:13
Mamy w pracy kolesia po czterdziestce a zachowuje sie jak 15-letni szczeniak. beka najglosniej jak moze i gdzie tylko ma okazje, a jak nie moze to lyka powietrze i beka dalej, opowiada jakies kawaly, z ktorych nikt sie nie smieje tylko on sam, wyzywa innych i sie z tego cieszy, rzuca metalowymi kolkami w ludzi i tez sie z tego cieszy zupelnie nie zdajac sobie z tego sprawy, ze moze uszkodzic komus wzrok lub stale oslepic a jak mu sie zwroci uwage to sie kloci, ze to ty jestes glupi i sie nie znasz na zartach. w polsce pracowal kilkanascie lat jak przedstawiciel handlowy stad ksywka "tik tak". placi alimenty i splaca pozyczke za chate, moze dlatego tak mu pada na glowe? pali coraz wiecej trawy i od wodeczki tez nie ucieka, ciekawe jak on bedzie sie zachowywal za 10 lat? moze bedzie w wariatkowie?... oby...
L
Lanksztrum
23 listopada 2012, 14:58
Za parę dni kończę 40- ę. Ale ja się czuję młodo. A z tego artykułu i waszych wypowiedzi to wychodzi na to, że czas zwijać żagłe. O Boże.... Widzicie, zawsze można się czegoś nauczyć. 
G
golo
26 października 2011, 15:45
a ja już mam po czterdziestce. I co? I nic. Nic sie nie zmienia...
F
franek
25 listopada 2010, 15:40
Myślę że 40tka to czas. gdy zabiegani zatrzymujemy się na chwilę i orientujemy się, że nie udało i nie uda sie spełnić naszych marzeń. Ale przecież Bóg darował mi ten czas nie po to bym realizował swoje marzenia, ale odkrywał i realizował Jego plan wobec mnie, mojego małżeństwa, otoczenia... Można i trzeba to robic kiedy tylko się da. To jest ciekawe, czasem męczące, nigdy nie nudne. Mam kilkoro dzieci i jeszcze wiecej wnuków. Satysfakcja z życia narastała u mnie z czasem, gdy moi bliscy i znajomi przekonywali się i dawali mi do wiadomości, że jestem porządnym człowiekiem, szukali porad, ... Oczywiście trzeba godnie chorować, godnie być bezrobotnym, godnie wydawać pieniądze, .. Nie zawsze mi się to udawało, ale chyba bilans jest dodatni. Warto zwolnić tempo i nacieszyć sie tym, co dookoła dał nam Bóg. Okazywanie radości i wdzięczności Bogu i ludziom powoduje, że może ktoś też zechce być chrześcijaninem.
W
Wanda
24 listopada 2010, 21:38
Moje'nowe"życie koło pięćdziesiątki  ,zupełnie nieoczekiwanie zaczęło się z pojawieniem się wnuków i oczekiwania na następne wnuki/mam czworo dzieci/.Nie da się słowami wypowiedzieć  tej radosci z  cudu zaistnienia " ludzi ,w których odnajduję odbicie moich rodzicow i dziadków.Nie da się wyrazić tego czułego skurczu serca,kiedy ma się w ręku łapkę  ,która wywodzi się z ciągłości pokolenia.Nie ma wiekszej radości kiedy  można   wnuków prowadzić po górskich ścieżkach,łąkach,strumykach.Pokazywać im motyle,ptaki,muszle ,kamienie....opowiadać Wawel i  uczyć klęczenia przed Najświętszym Sakramentem. Uczyć godnego,cichego zachowania się na Mszy Świętej i zapalania światła na grobach przodków i obrońców Ojczyzny.Nie każdemu pokoleniu Polaków udało się doczekać wnuków.....
M
malkontent
22 listopada 2010, 22:51
Wybić wszystkich powyżej 40.
R
R
22 listopada 2010, 22:02
Podziwiam. Naprawdę. Szapoba (nie wiem jak to jest po francusku). Pozdro. Ja jescze udaję, że cos robię. Może warto robić na prawdę, nie udając? Cokolwiek by to nie było, we wszystkim można znaleźć przyjemność. Wiek nie ma znaczenia, liczy się pasja. Ale oczywiście nie wszystko da się robić w każdym wieku :-) Tosą przypadki indywidualne. Ale na Deona sie nie nadają. Pozdro.
Olinka
22 listopada 2010, 21:50
Podziwiam. Naprawdę. Szapoba (nie wiem jak to jest po francusku). Pozdro. Ja jescze udaję, że cos robię. Może warto robić na prawdę, nie udając? Cokolwiek by to nie było, we wszystkim można znaleźć przyjemność. Wiek nie ma znaczenia, liczy się pasja. Ale oczywiście nie wszystko da się robić w każdym wieku :-)
R
R
22 listopada 2010, 19:01
R, przepraszam bo trochę za ostro wyskoczyłem. Myślę, że w tym wieku wiele osób może czuć się jak w tej piosence: "za młodzi na sen, za starzy na grzech..." Pewnie nie ma gotowych recept jak zagospodarować swoje zycie po pewnym wieku . W jakiś sposób od początku pracujemy na to jak będziemy przezywać swoje starzenie się (zupełnie mi to słowo nie pasuje) Im wcześniej to zobaczymy tym lepiej dla nas. Tak na marginesie, od dwóch lat borylkam się z problemem bezrobocia, trzy jednosti chorobowe, orzeczenie o niepełnosprawności... ale właśnie. Codziennie rano dziękuję Bogu, że daje mi kolejny dzień, że daje siły (oj czasem trudno) aby przezyć ten dzień dobrze, a wieczorem dziękuję za dobre, czasami trudne wydarzenia, za spotkanych ludzi, za doświadczanie Jego opieki i podtrzymywanie w chwilach wątpienia. R, piszesz o wieku. Pismo św. daje nam trochę więcej lat niż 50. Bodajże w Ps 90 czytamy: "Miarą nasztch lat jest siedemdziesiąt, osiemdziesiąt gdy jesteśmy mocni..." Sam się z tym borykam, ale codziennie proszę, o taką głęboką wiarę, że moje zycie jest w rękach Boga. I znowu przypomina mi się piekny psalm 139: Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję. Z daleka przenikasz moje zamysły, widzisz moje działanie i mój spoczynek i wszystkie moje drogi są Ci znane. ... Podziwiam. Naprawdę. Szapoba (nie wiem jak to jest po francusku). Pozdro. Ja jescze udaję, że cos robię.
Jurek
22 listopada 2010, 18:54
R, przepraszam bo trochę za ostro wyskoczyłem. Myślę, że w tym wieku wiele osób może czuć się jak w tej piosence: "za młodzi na sen, za starzy na grzech..." Pewnie nie ma gotowych recept jak zagospodarować swoje zycie po pewnym wieku . W jakiś sposób od początku pracujemy na to jak będziemy przezywać swoje starzenie się (zupełnie mi to słowo nie pasuje) Im wcześniej to zobaczymy tym lepiej dla nas. Tak na marginesie, od dwóch lat borylkam się z problemem bezrobocia, trzy jednosti chorobowe, orzeczenie o niepełnosprawności... ale właśnie. Codziennie rano dziękuję Bogu, że daje mi kolejny dzień, że daje siły (oj czasem trudno) aby przezyć ten dzień dobrze, a wieczorem dziękuję za dobre, czasami trudne wydarzenia, za spotkanych ludzi, za doświadczanie Jego opieki i podtrzymywanie w chwilach wątpienia. R, piszesz o wieku. Pismo św. daje nam trochę więcej lat niż 50. Bodajże w Ps 90 czytamy: "Miarą nasztch lat jest siedemdziesiąt, osiemdziesiąt gdy jesteśmy mocni..." Sam się z tym borykam, ale codziennie proszę, o taką głęboką wiarę, że moje zycie jest w rękach Boga. I znowu przypomina mi się piekny psalm 139: Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję. Z daleka przenikasz moje zamysły, widzisz moje działanie i mój spoczynek i wszystkie moje drogi są Ci znane. ...
K
kieliszek_braciszek
22 listopada 2010, 18:05
 życie zaczyna się po pięćdziesiątce, a najlepsze jest po setce
B
Beata
22 listopada 2010, 17:02
"Najlepszy czas na zasadzenie drzewa minął dwadzieścia lat temu... Kolejny najlepszy czas jest teraz!" Właśnie z tego korzystam :))  W końcu tylko raz ma się 40 lat  ( tak jak 20, 30, 60 czy 70) Pozdrawiam.
Andrzej Szymański
22 listopada 2010, 16:23
Trochę bez sensu pitolenie.
G
gos.c
22 listopada 2010, 14:28
Bycie "rozbitkiem życiowym" to nie żadna hańba. Zresztą na tym cały "dowcip" polega, że ludzie przeżywający kryzys okołoczterdziestkowy postrzegają siebie w ten sposób - że nic nie osiągnęli, że im życie nie wyszło. Z zewnątrz natomiast wszystko wygląda wzorcowo (albo jeszcze lepiej).
G
G
22 listopada 2010, 14:04
R, a co ma zrobić niedołężny 20-latek? Czy uznajemy, że liczy się tylko produktywność i użyteczność społeczna? Były już społeczeństwa budowane na takim przekonaniu. To prosta droga do eutanazji. Przepraszam, ale nasuwa mi się myśl, że miałeś w życiu dużo szczęścia, skoro dopiero teraz, mając 51 lat, zaczynasz obawiać się niedołężności. Jeszcze raz przepraszam R, mam nadzieję, że nie poczułeś się urażony. Pozdrawiam Cię serdecznie. PS. Do niedołężnego na razie Ci daleko, skoro buszujesz po internecie, moi Rodzice tego nie potrafią :)
CL
czterdzieści lat minęło...
22 listopada 2010, 13:45
Życie zaczyna się po 40-tce.
R
R
22 listopada 2010, 13:32
Mam 41 lat i czuję się staro. mam wrażenie, że nie nadążam za światem i młodymi, i czuję się zawodowo niepotrzebna. Ale moja Babcia umierając miała ok. 70-tki i w moim przekonaniu umarła zbyt młodo. Ona nauczyła mnie empatii, wrażliwości na potrzeby innych. Miała czas, gdy inni byli zabiegani, ona "omadlała" rodzinę, dzięki czemu bez ustanku czuliśmy Bożą opiekę. Jak wspomniałam na początku: czuję się jak zawalidroga w świecie, ale to dlatego, że świat mówi, że ważni są tylko samowystarczalni i sprawni. Moje doświadczenie mówi mi co innego. Kocham moich rodziców, cieszę się, że mam wujków i ciocie w wieku różnym. Pracuję przy obsłudze klientów: sami 20-latkowie byliby nie do wytrzymania:) Po co żyć w świecie, w którym jest tylko "rynek pracy", a nie ma rodzin i znajomych. Czy nie będę kochać męża, gdy przekroczy jakiś magiczny wiek? Gdy patrzę wstecz, cieszę się, że nie jestem nastolatką (jak ja to w ogóle przeżyłam?!). Pewnie że wolałabym być piękna i bez zmarszczek, bez bolących kości itp., ale taka już nie jestem. Co więcej, nie chciałabym cofnąć czasu. Boję się starości, ale za nic nie chciałabym drugi raz przeżywać młodości. Masz rację R, ten świat jest dla młodych. Ale z drugiej strony, ciekawe jak długo by przetrwał bez starych. Zdrowy rozsądek, dystans do siebie, mądrość przychodzą z wiekiem (oczywiście nie do wszystkich). Młodość nie bez powodu kojarzona jest z naiwnością, egzaltacją, egocentryzmem. Pozdrawiam starych i "niepotrzebnych". Masz rację: "nie do wszystkich". Moja kochana Babunia była pogodna do samego końca. A Moja Mama jest zgryźliwa i złośliwa. Znam Pogodną staruszkę z 6 piętra, pełną werwy i optymizmu i asystowalem odejściu mojej sąsiadki z vis-a-vis, istenej babyjagi, ktora do końca, do ostatanich chwil złorzeczyła wszystkim i wsztskiemu. Od czego to zależy? Boże uchowaj od starości. Daj zejść przed zniedołężniniem. Amen.
A
Ania
22 listopada 2010, 13:23
Ten świat jest dla 30-paro latków. Gratuluję jednak dobrego samopoczucia i pobożności. R. Ten świat jest dla ludzi w każdym wieku - warunek jeden: muszą umieć i chcieć w nim żyć. Znam cudownych, młodych duchem 70-sięcio i 80-sięcio latków i "starych" dwudziestolatków. R, kibicuję Ci, dla Ciebie też jest szansa, tylko musisz nauczyć się żyć... a na naukę życia mamy czas do samej śmierci...
D
Dag
22 listopada 2010, 13:22
Mam 41 lat i czuję się staro. mam wrażenie, że nie nadążam za światem i młodymi, i czuję się zawodowo niepotrzebna. Ale moja Babcia umierając miała ok. 70-tki i w moim przekonaniu umarła zbyt młodo. Ona nauczyła mnie empatii, wrażliwości na potrzeby innych. Miała czas, gdy inni byli zabiegani, ona "omadlała" rodzinę, dzięki czemu bez ustanku czuliśmy Bożą opiekę. Jak wspomniałam na początku: czuję się jak zawalidroga w świecie, ale to dlatego, że świat mówi, że ważni są tylko samowystarczalni i sprawni. Moje doświadczenie mówi mi co innego. Kocham moich rodziców, cieszę się, że mam wujków i ciocie w wieku różnym. Pracuję przy obsłudze klientów: sami 20-latkowie byliby nie do wytrzymania:) Po co żyć w świecie, w którym jest tylko "rynek pracy", a nie ma rodzin i znajomych. Czy nie będę kochać męża, gdy przekroczy jakiś magiczny wiek? Gdy patrzę wstecz, cieszę się, że nie jestem nastolatką (jak ja to w ogóle przeżyłam?!). Pewnie że wolałabym być piękna i bez zmarszczek, bez bolących kości itp., ale taka już nie jestem. Co więcej, nie chciałabym cofnąć czasu. Boję się starości, ale za nic nie chciałabym drugi raz przeżywać młodości. Masz rację R, ten świat jest dla młodych. Ale z drugiej strony, ciekawe jak długo by przetrwał bez starych. Zdrowy rozsądek, dystans do siebie, mądrość przychodzą z wiekiem (oczywiście nie do wszystkich). Młodość nie bez powodu kojarzona jest z naiwnością, egzaltacją, egocentryzmem. Pozdrawiam starych i "niepotrzebnych".
L:
LUSTRO :) (:
22 listopada 2010, 13:18
  Ja w momencie "40" zaczęłam przygladać się ,życiu: -czy się zaczyna, czy się zacina, czy się zaczyna zacinać...??? Wprawdzie zaobserwowałam raczej to ostatnie, ale to normalka, ta nieuchronność przemijania przyrody...zatem nie zatrzymuję się na tym za długo...    Jak minął mi ten nastrój obserwarora wraz z okrągła rocznicą  uznałam ,że moje życie to naprawdę dojrzało i wciąż dojrzewa z godnością dziecka Bożego.:)  Ps. Jest jeszcze taki żart ,że kiedyś robiło się miny do lustra, a teraz lusto odgrywa się za tamte czasy...ale "z coraz bardziej pociągłym wyrazem twarzy" też sobie radzę starając się o powód do uśmiechu, który "od dwu do stu" jest ozdobą :D
R
R
22 listopada 2010, 12:15
Człowiek nie powinien życ dłużej niż jakieś 50 lat, góra. Potem staje się niedołęgą i tylko zawadza mlodszym. R rozumiem że dla ciebie ta pespektywa jest jeszcze odległa. Ja we wrześniu skończyłem 50 lat. Moi młodzi przyjaciele urządzili mi przyjęcie z tortem na którym widniał napis: Kręć z nami do setki. Tak na marginesie, jestem motorem codziennych wyjazdów na naszym forum wyciagając wielu młodych na rower. R jeżeli prawdą jest to co piszesz tzn, że już się zestarzałeś. Dla mnie 40 to jakaś mitologizacja. Być może dla rozbitków życiowych (jak pisze autor) ma to jakieś znaczenie. Jeżeli się podąża drogą Chrystusa wiek nie ma znaczenia. Nasz Pan żył tylko 33 lata. A mógl zwlekać z ukrzyżowaniem do np. 50-ki i jeszcze wiele na tej ziemi zdziałać.  Na początku XIX wieku w USA średnia życia mężczyzn wynosiła ok 40-ki. Teraz (my w bogatej Europie i USA) żyjemy za długo, bo mamy za dobrze. Ale jak wygląda jakość życia po 50-ce? Rowerem jeździć? Daruj. 50+ nikomu już na rynku pracy nie jest potrzebny. Zostają jakieś smętne kluby "seniorów", którzy utwierdzają się tam w swej "potrzebności" przy kawie, cisteczkach i przyśpiewkach. Dla ścisłości mam 51 lat, a od 40-ki czuję się zupełnie zbyteczny na tym padole. Ten świat jest dla 30-paro latków. Gratuluję jednak dobrego samopoczucia i pobożności. R.
Jurek
22 listopada 2010, 11:59
Człowiek nie powinien życ dłużej niż jakieś 50 lat, góra. Potem staje się niedołęgą i tylko zawadza mlodszym. R rozumiem że dla ciebie ta pespektywa jest jeszcze odległa. Ja we wrześniu skończyłem 50 lat. Moi młodzi przyjaciele urządzili mi przyjęcie z tortem na którym widniał napis: Kręć z nami do setki. Tak na marginesie, jestem motorem codziennych wyjazdów na naszym forum wyciagając wielu młodych na rower. R jeżeli prawdą jest to co piszesz tzn, że już się zestarzałeś. Dla mnie 40 to jakaś mitologizacja. Być może dla rozbitków życiowych (jak pisze autor) ma to jakieś znaczenie. Jeżeli się podąża drogą Chrystusa wiek nie ma znaczenia.
R
R
22 listopada 2010, 11:36
Człowiek nie powinien życ dłużej niż jakieś 50 lat, góra. Potem staje się niedołęgą i tylko zawadza mlodszym.