(fot. EssG / flickr.com)
Thomas Jay Oord / slo

Myśl, że ludzkość może poczynić postęp, wydaje się czymś naiwnym. Z kolejną wojną i z jej chaotycznymi następstwami, zagrażającymi katastrofami ekologicznymi i dewiacją, podobno nieodłączną ludzkiej naturze, wydaje się absurdem, aby rzeczy miały się lepiej. Tak naprawdę, powiadają niektórzy, to sytuacja się pogarsza.

Oczywiście nawet pesymiści przyznają, że pewnego rodzaju poprawa nastąpiła. Ludzie poczynili postęp, jeśli weźmiemy pod uwagę wzrost ilości dóbr. Na przykład liczba i stopień złożoności komputerów w sposób wyraźny wzrasta. Z tego powodu niektórzy mówią o nieuchronnym postępie technicznym i któż może zaprzeczać, że więcej ludzi ma obecnie dostęp do większej ilości informacji niż kiedykolwiek przedtem?

Według pesymistów, pomimo wzrostu ilości towarów czy dostępu do informacji, nie widać rzeczywistej poprawy. Wszystko, czego potrzebujemy, to wzrost jakości naszego życia. Paradoksalnie dobra, o których myślimy, że powinny uczynić życie lepszym - na przykład komputery - czasami obniżają naszą ogólną jakość życia. To, czego my rzeczywiście potrzebujemy, to wzrost ogólnej pomyślności. Wzrost autentycznego szczęścia byłby odzwierciedleniem prawdziwego postępu.

W pierwszej połowie XX wieku teolog Reinhold Niebuhr był rzecznikiem idei, że autentyczny postęp jest niemożliwy. Jednak zamiast nazywać tych, którzy tak uważają, "pesymistami", nazywał ich "realistami". Niebuhr reagował na liberalny optymizm, w którym przyszło mu żyć. Większość liberałów przyjmowało szczególny punkt widzenia na ewolucję i pokładało wielką ufność w nauce. Z tego powodu uważali, że postęp jest nieuchronny.

Liberałowie utrzymywali, że każda jednostka musi zdecydować, czy chce pracować, akceptując w niewielkim stopniu postęp, czy występować przeciwko niemu. Działanie wbrew tej zasadzie może spowodować przejściowy regres w naszym pochodzie ku lepszemu światu. Natomiast lepszy świat ma z pewnością nastąpić, ponieważ nie można zatrzymać postępu.

The Irony of American History Niebuhra najwyraźniej przedstawia jego niewiarę w postęp. "Nic, co jest prawdziwe czy piękne, czy dobre, nie czyni pełnego zrozumienia w jakimkolwiek bezpośrednim kontekście historii", pisze Niebuhr. "Paradoks pogoni Ameryki za szczęściem dotyczy tego, że odniosła sukces w sposób bardziej oczywisty niż jakikolwiek inny naród w czynieniu życia 'wygodnym', wpadając jednak w większe absurdy ludzkiego przeznaczenia dzięki tym samym osiągnięciom, przez które uciekła od mniejszych niedorzeczności".

Niebuhr uważał, że religia - przynajmniej chrześcijaństwo - umiejscawia swoją nadzieję w Bogu, który przychodzi spoza historii. Chrześcijanie powinni spostrzegać historię jako paradoksalne przedsięwzięcie, ponieważ to, co najpierw było uważane za dobre i postępowe, w końcu nieuchronnie przynosi zło. Chrześcijanie, powiada Niebuhr, "dostrzegają paradoksalny śmiech boskiego źródła i koniec wszystkich rzeczy".

W przeciwieństwie do Niebuhra Bertrand Russell, jeden z największych filozofów XX wieku, wierzył w postęp. Zamiast sądzić, że religia właściwie interpretuje życie, Russell uważał, iż w rzeczywistości uniemożliwia ona autentyczny postęp. Gdy ludzie religijni pokładają swoją nadzieję w czymś ponad czy poza historią, to wówczas spowalniają marsz w kierunku lepszego świata.

Dla Russella to nauka jest godną zaufania podstawą postępu. Podobnie jak ewolucjonista Herbert Spencer, uważał on, że postęp nie jest przypadkiem lecz koniecznością. Russell był optymistą, twierdząc, że nauka może uczynić świat lepszym miejscem.

Na zakończenie swojego sławnego eseju "Dlaczego nie jestem chrześcijaninem" Russell ujmuje to w ten sposób: "Zaczynamy teraz cokolwiek pojmować rzeczy otaczające nas na tym świecie i opanowywać je po trochu za pomocą nauki, która utorowała sobie drogę krok za krokiem, wbrew chrześcijańskiej religii, wbrew Kościołom, pomimo opozycji wszystkich starych przepisów.

Nauka może nam pomoc przezwyciężyć ten tchórzliwy strach, w którym ludzkość żyła przez tyle pokoleń. Nauka i nasze serca mogą nas nauczyć rezygnacji z poszukiwania urojonej podpory, z wynajdywania sobie sprzymierzeńców w niebie, i używania naszych sił raczej do tego, żeby uczynić z tego świata miejsce w którym żyć warto, a nie piekło".

Kilku badaczy we współczesnym dialogu nauki-i-religii, być może najbardziej wyraźnie John Hedley Brooke, wykazali, że Russell mylił się co do jednej kwestii. Religia nie była i nie jest z założenia przeciwna nauce i postępowi. "Poważne podejście badawcze w historii nauki ujawniło nadzwyczajnie bogaty i złożony związek pomiędzy nauką i religią", zauważa Brooke. "Członkowie Kościołów chrześcijańskich nie są i nie byli wstecznikami; wielu znanych naukowców deklaruje swoją religijność, nawet jeśli ich teologia była czasami podejrzana. Rzekome konflikty pomiędzy nauką i religią mogą okazywać się zwykłą rywalizacją pomiędzy interesami naukowymi i na odwrót - pomiędzy rywalizującymi odłamami teologicznymi.

W rzeczywistości, niektórzy badacze żyjący w pierwszej połowie XX wieku potwierdzili niezbędną rolę zarówno religii, jak i nauki w nieuniknionym marszu ku postępowi. Na przykład teolog liberalny Shailer Mathews dokonał syntezy swojej teologii z jemu współczesną nauką, uwzględniając ewolucję, od nauk ścisłych i teorii rozwoju społecznego po nauki humanistyczne. Mathews uważał, że chrześcijaństwo jest fundamentem nieuniknionego postępu. "Jezus dostarczył podstaw dla trwałego postępu społecznego", twierdził, i "nie ma takiej siły na ziemi czy w piekle, która uniemożliwiłaby realizację najszlachetniejszych idei społecznych, o których marzył świat".

Zatem komu powinniśmy wierzyć? Co my powinniśmy powiedzieć o postępie?

To, co dotychczas przedstawiono, stawia nas przed wyborem dwóch opcji. Albo nic nie może sprawić, aby świat był lepszy, albo świat z konieczności stanie się lepszy.  Innymi słowy, postęp jest albo niemożliwy albo nieuchronny. Którą z opcji mamy wybrać?

Istnieje jeszcze trzecia opcja. opcja ta powiada, że postęp jest możliwy, lecz nie jest nieuchronny. W kategoriach postępu moralnego moglibyśmy sądzić, że miłość może poczynić postępy. Ale możemy także uczynić krok wstecz, porzucić miłość i świadczyć o wzroście złego. W obu możliwościach nie ma nieuchronności. Miłość może lub nie może czynić postępy.

Twierdzenie, że postęp moralny jest możliwy, lecz nie nieuchronny, ma szereg konsekwencji. Niektóre mogą wydawać się oczywiste, a inne niekoniecznie. Na przykład pewne działania czy zdarzenia są lepsze od innych. Mówienie, że miłość może autentycznie się udoskonalać, zakłada wyższość pewnych sposobów życia nad innymi. Powiedzenie, że postęp w miłości implikuje wartościowanie, ma sens, gdy miłość jest rozstrzyganą kwestią. ostatecznie miłość jest słowem brzemiennym wartością.

Mówiąc, że nasza miłość może uczynić świat lepszym, oznacza dokonywanie precyzyjnych ocen odnośnie do działań lepszych i gorszych, co wcale nie oznacza, że wszyscy zgodzimy się co do tego, które działania są najlepsze, a które najgorsze. Problem polega na tym, że my wszyscy, wybierając codzienne konkretne działania, wyrażamy nasze głębokie przekonanie, że wybór działań pewnymi sposobami jest lepszy od wyboru innymi.
Postęp w miłości, innymi słowy, zakłada przynajmniej ogólne pojęcie o tym, które działania promują pomyślność, a które nie. Rozważamy wizję lepszego jutra lub, jak to ujął Henry David Thoreau, "miłość jest próbą zamiany kawałka świata marzeń w rzeczywistość".

Jeśli miłość może uczynić postęp przy założeniu, że taki postęp nie jest nieuchronny, to także wydaje się rozsądne założenie, że jesteśmy wolni do pewnego stopnia. Jeśli bylibyśmy zupełnie zdeterminowani albo przez niebiosa w górze, albo przez atomy na dole, to postęp wydawałby się nieuchronny albo niemożliwy. Lecz my musimy być wolni - chociaż nasza wolność jest ograniczona - jeśli postęp w miłości może nastąpić.

Uznanie, że jesteśmy wolni, by czynić postępy w miłości, chroni nas przed uczuciami rozpaczy, zobojętnienia i osobistego braku znaczenia. Jeśli postęp w osiąganiu większej pomyślności jest niemożliwy, to wydają się stosowne uczucia beznadziejności i apatii. A jeśli postęp byłby nieuchronny, to trudno byłoby nam uwierzyć, że cokolwiek czynimy, ma autentyczne znaczenie. Zycie to nie kwestia żadnej z tych dwóch możliwości.

Na koniec myśl, że postęp jest możliwy, lecz nie nieuchronny, podaje w wątpliwość istnienie kierującej wszystkim boskości, a przynajmniej osłabia myśl, że taka boskość istnieje, że taki Bóg jest dobry. Zapewne wszystkim sterująca, dobra boskość gwarantowałaby postęp w miłości. Ponieważ jednak rzeczywiście występują przypadki zła, to istnienie kierującej wszystkim dobrej boskości wydaje się mało prawdopodobne.

oczywiście można sądzić, że dobry Bóg nie wszystkim kieruje. Takie przekonanie nie byłoby sprzeczne z poglądem, że postęp jest możliwy, ale nie nieuchronny. Rzeczywiście, jeśli my wszyscy mamy ogólne pojęcie, które działania promują pomyślność a które nie, to ten fakt wzmacnia naszą ufność, że taki Bóg istnieje. Istnieją także inne prawdopodobne podstawy wiary w Boga. Jednym słowem rozmaitość wniosków wynika z myśli, że postęp w miłości jest możliwy lecz nie nieuchronny.

Jestem przekonany, że nasze teoretyczne zgłębianie idei postępu w miłości jest ważne. A jeśli ten postęp jest możliwy, ale jeszcze nie nieunikniony, to my, co jest zrozumiałe, potrzebujemy bardziej niż teoretycznej dyskusji. Potrzeba nam także rozmowy o praktyce. Większość z nas, o ile nie wszyscy, rzeczywiście chce świadczyć o tym, że miłość czyni postępy. Chcemy kochać w działaniu i bardzo byśmy chcieli być częścią tego działania.

Wiecej w książce: Miłość sprawia, że świat się kręci - Thomas Jay Oord

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Miłość i postęp?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.