Camino - dlaczego znów to sobie robię?

Camino - dlaczego znów to sobie robię?
(fot. Szlachetna Paczka)
4 lata temu
Logo źródła: szlachetna paczka Katarzyna Osiadło

Odciski są już od dawna, ale teraz popękały i masz już krwawiące rany. Jak to określają Hiszpanie: "twoje stopy chcą wziąć z tobą rozwód". Nadali mi imię Leon, bo jestem waleczny jak lew. Camino to nie jest droga. Camino to życie.

Bartek: - Prezesie, mam sprawę. Chciałbym prosić o urlop. Ale długi.
- Ile?
- 30 dni.

- Chyba oszalałeś.
- No właśnie wszyscy tak mówią, ale ja postawiłem sobie cel. Mówią, że nieosiągalny, a ja właśnie dlatego chcę to zrobić.

Tak było rok temu, kiedy po raz pierwszy wyruszyłem na trasę Camino. Wybrałem szlak francuski. Przeszedłem pieszo 900 kilometrów z Saint Jean Pied de Port w południowej Francji do Santiago de Compostela w Hiszpanii. Trasa św. Jakuba - Camino Frances. Wszyscy mówili, że nie dam rady, bo nie trenowałem, a trasa jest mordercza. Pierwszego dnia, które na Camino Frances nazywa jest "ścianą płaczu" faktycznie miałem dość i zastanawiałem się czy nie porwałem się z motyką na słońce.

Podjąć wyzwanie i wygrać

Wtedy przypomniały mi się słowa ks. Jacka Stryczka, przywódcy Szlachetnej Paczki: "Miarą możliwości człowieka jest największe wyzwanie, jakiego się podjął i wygrał". To właśnie Paczka nauczyła mnie podejścia "nie ma, że się nie da".  Można wszystko - załatwić tonę węgla w centrum Krakowa, wyremontować dom za darmo, przywrócić komuś radość i nadzieję.  Przecież historycznego wyczynu dokonałem zanim wyruszyłem na Camino - jeszcze nikt w mojej firmie nie dostał tyle urlopu pod rząd. A mnie się udało. I jestem na Camino.

Pierwszy dzień i już jest bardzo trudno - "ściana płaczu", czyli 27 kilometrów cały czas pod górę przez Pireneje. Nigdy nie byłem tak spocony i zmęczony. Kiedy w końcu doszedłem na nocleg, miałem takie odciski, że myślałem, że dalej nie pójdę. To był przecież dopiero pierwszy dzień, a ja miałem do przejścia 900 kilometrów! To cały miesiąc takiego chodzenia. Średnia do przejścia w ciągu jednego dnia to 28 kilometrów, a mnie kiedyś tak nogi poniosły, że pobiłem rekord i przeszedłem 48 kilometrów za jednym zamachem.

"Miarą możliwości człowieka jest największe wyzwanie, jakiego się podjął i wygrał". Moim wyzwaniem było 900 kilometrów piechotą na Camino. Kiedy dotarłem na plac przed katedrą w Santiago de Compostela, to dalej nie wierzyłem, że to zrobiłem. Wtedy postanowiłem, że muszę jeszcze wrócić na Camino, choć nie wiedziałem, że nastąpi to tak szybko.

I believe I can fly

Tym razem miałem do wykorzystania 2 tygodnie urlopu i do wyboru dwie trasy możliwe do przejścia w tym czasie - Camino Primitivo i Camino Portugues. Primitivo uznawane jest za najbardziej wymagającą trasę ze wszystkich, trudniejszą nawet od 900-kilometrowego szlaku francuskiego. Na Primitivo idzie się cały czas przez góry. Trasa zajmuje dwa tygodnie, z czego przez 8 dni cały czas wchodzi i schodzi się ze szczytów. To było wyzwanie dla mnie.

W 5. dniu wędrówki wszedłem na szlak dawnych szpitali. Startowałem z 200 m n.p.m. i musiałem wspiąć się na wysokość 1200-1400 m n.p.m. Pamiętam jedno bardzo trudne podejście - strasznie strome, prawie pionowe. Ruszyłem bardzo szybko, chciałem zaatakować ten szczyt i zdobyć go za jednym zamachem, nie zatrzymując się. I jestem już prawie na górze, czołgam się właściwie, ale czuje, że nie daję rady - nogi mi się trzęsą, uda pieką, nie mogę złapać oddechu.

Pamiętam co poczułem, kiedy postawiłem ostatni krok. Od razu usłyszałem w głowie słowa piosenki "I believe I can fly". Jeszcze chwilę wcześniej byłem wykończony, a nagle kiedy stanąłem na szczycie poczułem się wolny, jakbym mógł latać. I właśnie tak się czujesz kiedy podejmujesz wyzwanie i wygrywasz. Czujesz się spełniony. Ale najlepsze jest to, że od razu chcesz iść dalej. Bo na horyzoncie majaczy kolejna góra, którą też chcesz zdobyć. I chcesz znów tak się poczuć.

Waleczny jak Leon

Jak mawia ksiądz Stryczek - góra stoi i ona się nie zmienia. Ale jak człowiek na nią wejdzie, to on się zmieni. Na Camino zmieniasz się z każdym kilometrem, każdym kolejnym odciskiem. Dla mnie dużo cięższe było zejście ze szczytów, niż ich zdobywanie. Któregoś dnia schodziłem cały czas w dół, przez 6 kilometrów. Znów rozwaliłem sobie stopy - odciski popękały, zrobiły mi się rany, były całe zakrwawione. Wtedy Hiszpanie i Włosi nadali mi nowe imię - Leon, bo mówili, że jestem waleczny jak lew. Jeden z nich był lekarzem i zaproponował, że opatrzy mi stopy. Kiedy je zobaczył, powiedział:

- Przejść jeden dzień z takimi ranami to jak przejść całe Camino. Wiem, że jesteś "fighterem". To widać po tobie - zaciskasz zęby i po prostu idziesz dalej, nie poddajesz się. Ale czasami trzeba sobie odpuścić, zrobić dzień wolnego.

To była dla mnie największa lekcja na tym Camino - żeby odpuścić, wrzucić na luz. A ja przecież nigdy się nie poddaję, zawsze walczę do końca. Zrobiłem sobie dzień przerwy, nabrałem energii, dystansu. Choć nie było łatwo wstawać rano i patrzeć jak inni idą dalej. Przecież na tym polega Camino, że się idzie. Jedyne co trzeba zrobić to wstać rano i iść. Nie potrzeba ci niczego więcej, bo całą resztę dostaniesz na trasie - jedzenie, schronienie. Ty musisz po prostu iść. I kiedy patrzysz jak wszyscy ruszają w dalszą drogę to zdajesz sobie sprawę, że Camino to nie tylko droga, Camino to życie.  I tak jak w życiu - czasem musisz się po prostu zatrzymać. To czas, aby wejść w głąb siebie i przyjrzeć się światu.

Otwórz oczy

Kiedy byłem wolontariuszem Szlachetnej Paczki nauczyłem się, że prawdziwa bieda jest cicha, nie rzuca się w oczy. To może być twój sąsiad. Mijasz go codziennie na ulicy w drodze do sklepu albo na przystanek i nawet nie wiesz, jaką historię w sobie skrywa.

Jedna z pierwszych rodzin, jaką odwiedziłem jako wolontariusz Szlachetnej Paczki, mieszkała 3 kamienice od mojego domu. 3 kamienice dalej. Ale w swoim mieszkaniu nie mieli podłogi, wanna była zardzewiała, generalnie wyglądało to jak miejskie slumsy. Ale ci ludzie nie narzekali. Jedyne, czego potrzebowali, to trochę uwagi, chwili rozmowy.

Wejdź na www.superw.pl i zostań wolontariuszem Szlachetnej Paczki lub Akademii Przyszłości.

I tak samo jest na Camino. Mówi się, że podczas tej drogi uczysz się dużo więcej niż w ciągu całego roku w swojego życia. Bo na Camino przyjmujesz bardzo dużo dobra. Ciągle ktoś podchodzi do ciebie, klepie po ramieniu i pyta "que tal?". I uczysz się, że nawet jak cię boli to nie narzekasz, tylko mówisz "muy bien" czyli bardzo dobrze. Bo tam wszystkich coś boli. Każdy idzie kilkadziesiąt kilometrów dziennie, ma odciski, rany, bóle mięśni. Ale właśnie o to w tym wszystkim chodzi - żeby ten ból fizyczny przezwyciężyć. Na Camino najpierw poznajesz swoje granice, a potem uczysz się je przekraczać.

Kiedy twoje stopy chcą wziąć z tobą rozwód

Jest mnóstwo momentów, że naprawdę masz już wszystkiego dość, boli cię wszystko i jak to mówią Hiszpanie "twoje stopy chcą wziąć z tobą rozwód". Był taki dzień na moim pierwszym Camino, kiedy było strasznie gorąco. Byłem już po 40 kilometrach, miałem już serdecznie dość i zacząłem marudzić. Mówiłem na głos, że zjadłbym takiego mrożonego arbuza albo chociaż kawałek melona. Albo lemoniady bym się napił. Minąłem zakręt, a tam przy drodze stała rodzina, która rozdawała pielgrzymom co łaska jakieś napoje i przekąski.

I krzyczą do mnie, zapraszają: "Chodź do nas! Usiądź i odpocznij!". Siadam i wtedy podchodzą do mnie z arbuzem. Szok. Zjadłem, oddaję im skórkę, a oni mówią: "A może melona byś jeszcze zjadł?". Nie mogłem w to uwierzyć! Chyba na nich dziwnie spojrzałem, bo tak zwątpili, że spytali "No to jak nie melona, to może chociaż lemoniady się napijesz?". I wtedy to już szczęka mi opadła do ziemi. No cud, po prostu cud!

Camino to nie tylko droga

I znów wyruszasz w drogę. Każdy krok znów sprawia ci potworny ból, ale spotykasz Hiszpanów, którzy głośno krzyczą "Leo! Leo!", żebyś się nie poddawał i walczył dalej. Przystajesz gdzieś po drodze na sok albo na zimne piwo, siadasz obok nieznajomego, zaczynacie rozmawiać. I nagle ten Francuz opowiada ci swoją historię, jak 13 lat temu lekarze zdiagnozowali u niego raka.

Dawali mu maksymalnie 2 lata. On powiedział, że w takim razie wypisuje się ze szpitala, nie chce się leczyć, chce po prostu żyć. Powiedział sobie, że będzie jadł codziennie czosnek, pił kieliszek wina i będzie cieszył się życiem. Po paru latach poszedł do lekarza i się okazało, że rak zniknął. Kiedy słuchasz takiej opowieści, która trwa dosłownie 20 minut to nagle zapominasz zupełnie o bólu i masz energię, żeby iść dalej.

Na Camino nikt cię nie okradnie, ale każdy zaoferuje ci coś do jedzenia. Po kilkudziesięciu kilometrach docierasz umęczony na nocleg i wtedy przychodzi do ciebie Włoch i mówi "to ja ci zrobię kolację". Najprostsza pasta - z serem, boczkiem, cukinią i pieprzem - a każdy się zajada, po prostu niebo w gębie.

Jak pojedziesz na wakacje, gdzie leżysz na plaży to odpoczywasz, ale nie ładujesz siebie wewnętrznie. Camino to nie jest tylko droga. To są ci wszyscy ludzie, których spotykasz, te wszystkie twarze, ich historie. Najważniejsze jest spotkanie ze sobą i z drugim człowiekiem. W tych wszystkich ludziach, których spotykasz na swojej drodze, w ich oczach widzisz siebie.

Co byś zrobił, gdybyś się nie bał?

W tym roku na swojej drodze spotkałem Zuzię - studentkę prawa z Łodzi. Widziałem ją już na lotnisku w Warszawie, lecieliśmy tym samym samolotem. Potem spotkaliśmy się w Oviedo na noclegu, zaczęliśmy rozmawiać. Następnego dnia każdy poszedł w swoją stronę - ona wybrała Camino Norte, ja szedłem szlakiem Primitivo. Kiedy dotarłem do Santiago, usiadłem przed katedrą szczęśliwy, że znów mi się udało.

Rozejrzałem się po placu i nagle usłyszałem głos: "Bartek?". To była Zuza. Szliśmy inną trasą, ale dotarliśmy do celu tego samego dnia. To było niesamowite! Rzuciliśmy się sobie w ramiona, zaczęliśmy rozmawiać, dzielić się wrażeniami. I nagle ona pyta:

- Słuchaj, a czy o tobie przypadkiem nie było ostatnio artykułu? Że przeszedłeś Camino i byłeś wolontariuszem Szlachetnej Paczki?

Wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia. Pokiwałem głową.

- Bo wiesz, ja wahałam się czy iść, czy sobie poradzę. I wtedy przeczytałam na Deonie Twoją historię. I wtedy pomyślałam, że muszę się odważyć i pójść. I tak sobie myślę, że to będzie moje pocaminowe postanowienie: Zuza, nie bój się! Odważ się żyć!

Podejmij wyzwanie. Wejdź na www.superw.pl i zostań wolontariuszem Szlachetnej Paczki lub Akademii Przyszłości 

Hasło "Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego" w wykonaniu tych, dla których język polski jest wyzwaniem:

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Camino - dlaczego znów to sobie robię?
Komentarze (0)

Skomentuj artykuł

Camino - dlaczego znów to sobie robię?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.