Trudna miłość do starego wiernego przyjaciela

Ucieczka od polskości, to żałośnie małpowane z Gombrowicza odcięcie się od polakowatości, najboleśniej odczuły na swojej – grubej co prawda – skórze, polskie ziemniaki (fot. E. Bartholomew / flickr.com)
Jan Latus / slo

Mój stosunek do kartofla jest mniej więcej taki, jak do narodu polskiego: trudny, powikłany i ewoluujący z latami. Moje zmagania z moim wewnętrznym ziemniakiem, z moim ziemniaczanym alter ego, mają gombrowiczowski charakter, choć oczywiście nie taką rangę.

Rozpoczęło się od dziecinnej, naturalnej akceptacji – z braku znajomości świata i innych opcji. Jadłem więc w domu kartoflankę, w dni powszednie kotlecik z ziemniaczkami i jarzyną, a w postne piątki – placki ziemniaczane posypane cukrem. Byłem szczupły, wręcz chudy i średnio wyrośnięty, ale trzymałem się zdrowo, nie imały się mnie też choroby psychiczne.

Potem wszak wkroczyłem w głupi wiek – a obiektem mojej kontestacji stało się życie w Polsce, w PRL-u. Jednym z kwestionowanych elementów tego życia był ziemniak na każdym stole. Kontestowałem kartofla, że taki przaśny, gminny jest, taki bulwiasty i kartoflany, suchy i bez smaku; wypełniacz pozbawiony smaku i walorów odżywczych, tania karma dla zapychających sobie krzywiczne brzuszki wiejskich chłopców.

Wiadomo, że lepsze było mięsko. – Zjedz chociaż mięso! – upraszała babcia chorujące dziecko. Gdyż wiadomo było, że mięso to siła, a kartofel – tylko oszukiwanie głodu.

DEON.PL POLECA

Nie sposób jednak było jeść samo mięso. Toteż jadaliśmy mięsne potrawy z innymi wypełniaczami, o ileż zdrowszymi i wykwintniejszymi: makaronem, ryżem, ciemną kaszą. Zwłaszcza w czasach Gierka nastąpiło ryżowe rozpasanie. Importowane winko, ryż po hiszpańsku smażony na oliwie na patelni, do tego kurczak i surówki. Żyło się! Kartofle z kapustą zostawiliśmy biednym Sowietom.

Ucieczka od polskości, to żałośnie małpowane z Gombrowicza odcięcie się od polakowatości, najboleśniej odczuły na swojej – grubej co prawda – skórze, polskie ziemniaki. Dodajmy, że były gatunku "amerykany".

Wyżej podpisany autor zerwał za oceanem z polskością, wstydził się jej. Pracował co prawda w polskiej gazecie (jakoś dolary zarabiać trzeba), ale jadał fikuśne krewetki, linguini z małżami, tajskie dania z ryżem, sushi i inne kosmopolityczne obrzydlistwa. Ziemniak pojawiał się w menu tylko czasem – jako nadzwyczaj tuczące i niezdrowe frytki.

Na skutki nie trzeba było długo czekać. JL roztył się i rozpił oraz popadł w depresję. W coraz większej desperacji rzucał się na różne diety-cud: a to tylko mięso, a to tylko słoninka lub wyłącznie woda z cytryną. Słabł w oczach, stał się nerwowy i drażliwy, coraz trudniej skupiał się na tekstach, nawet własnych. Cóż, tak protestował jego organizm.

Ten okres niewłaściwego odżywiania zbiegł się też z – niepotrzebnym i ostentacyjnym – odcinaniem się od Polaków, Polonii w życiu prywatnym. Tak jak na ziemniaku, tak i na Polonii wasz bohater odreagowywał swoje niepowodzenia, urazy i kompleksy.

Błądził tak długie lata. Nawet składając rzadkie wizyty w Polsce lub w polskich restauracjach w Nowym Jorku spożywał dużo mięs i warzyw, a ziemniaczka ledwo tknął. Że niby to zbyt gminny pokarm dla niego.

Wraz z dojrzewaniem, a potem starzeniem się, wyganiamy czasem z siebie demony przeszłości, dochodzimy do zgody z zaszłościami, wybaczamy sobie i innym. Tak więc i ja wybaczałem stopniowo sobie-Polakowi swoje pochodzenie, a moim rodakom – ich wspólne cechy i wady. Nie było rady – trzeba było przeprosić się i z ziemniakiem.

W leczeniu urazów wewnętrznych pomaga bardzo opinia zewnętrznego świata. Takie opinie zacząłem ostatnio zbierać: że ziemniak, wbrew pozorom, zdrowszy jest – i mniej kaloryczny! – niż kasza czy nawet ryż gotowany na parze. Że to nie od kartofelków polskim wiejskim dzieciom rosły brzuszki, tylko z niedożywienia. Że lepiej ziemniaczka do pustego brzuszka włożyć niż nic.

Pierwej nieśmiało, zacząłem przepraszać się z ziemniakiem. Zajrzałem do kilku ulicznych punktów sprzedających baked potatoes, co prawda z różnymi kosmopolitycznymi farszami. Potem odważyłem się na zwyczajnego, klasycznego pieczonego kartofla z masełkiem i solą.

Po pojednaniu z kartoflem przyszła pora na pojednanie się z Ojczyzną. Podążyłem tam, ale jakby bojąc się i wstydząc, wpierw do Paryża pojechałem, Paryża pięknego, pachnącego, błyszczącego, bogatego, ach, za bogatego dla mnie, polskiego parobka. Tam Francuzy ziemniaki mi podawać zaczęli, ale niesmaczne jakieś one były, wydumane, słodkawe, mdłe jakieś. Gdzie im tam było do polskich pyr!

I gdy ucałowałem wreszcie polską ziemię, jeść począłem jak natchniony, odrabiając stracony czas i reperując zdrowie, jeśli jeszcze to możliwe. Pyry jadłem, pyzy na parze, pyzy kładzione, kluski na parze, kopytka, placki ziemniaczane ze śmietaną i po węgiersku, z wołowym gulaszem. Kartofelki do dań mięsnych i jarskich oraz do ryby, zasmażane na masełku albo gotowane, do mięsa albo do zsiadłego mleczka, z masełkiem, solą i koperkiem, i we właściwych, przez Boga ustanowionych proporcjach: dużo kartofelków na widelcu i tylko odrobina mięska, bo mięsko drogie, od święta się je tylko. I trochę jeszcze warzywek, ale niekoniecznie.

Schudłem, ale i nabrałem krzepy. Odzyskałem też, po tylu latach mordęgi z samym sobą, spokój wewnętrzny i jasność kierunku, w jakim zmierzam. Dość kosmopolitycznych slalomów, ucieczek przed samym sobą, prób zmiany cech, który wypiłem z mlekiem matki.

Dość też wędrówek po świecie. A jeśli jednak nadal mam się tułać, niech odtąd towarzyszy mi, odzyskany po latach, stary wierny przyjaciel ziemniak.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Trudna miłość do starego wiernego przyjaciela
Komentarze (1)
T
teresa
23 listopada 2010, 12:10
No tak, jak ci nerki wysiądą[znaczy sumienie zaszwankuje] ,życz sobie,żeby przyszedł do Ciebie ktoś, kto Ci przypomni,jak powinna wyglądać prawidłowa dieta i skąd czerpać dop niej pomysły.Ja dziś robię ulubione pierożki z mięsno-warzywnym farszem do barszczu.Potem ziemniaczki gotowane do pieczonego udka.To dla mojej córki. Zostało mi to po rosole niedzielnym---ale jak się prowadzi domową kuchnię, to takie zazębianie się dań z maksymalizacją oszczędzania jest normalne.A co tam w Łowiczu,pyzy dotarły?