Czy widząc na ulicy księdza, który uśmiecha się do kobiety od razu węszysz romans?
zdj. poglądowe / depositphotos.com
„Śmierć księdza. Udało się uratować kobietę, która z nim była” – przeczytałam kilka dni temu w nagłówku jednego z artykułów dotyczących wypadku nad polskim morzem. Kapłan, który wybrał się z grupą znajomych na plażę, został porwany przez falę, nie udało się go uratować. Kobieta – jego znajoma – miała więcej szczęścia. Tragedia wstrząsnęła parafianami i tymi, którzy znali mężczyznę. Internet pełny był komentarzy w stylu: „najlepszy ksiądz, jakiego znałem. To ogromna strata dla lokalnego Kościoła” itd. Niestety, ta historia ma też swój bolesny wrzód – ludzki hejt i oskarżenia, że skoro był z kobietą, na pewno była jego kochanką i że zasłużył na karę za swoją zdradę.
Ręce mi opadły, gdy czytałam te komentarze, bo pomyślałam o wszystkich moich kolegach księżach, z którymi czasem rozmawiam albo po prostu spotykam się na kawę. Nigdy nie łączyły nas kontakty intymne, nie przyszło mi to nawet do głowy i na ile znam drugą stronę – im również nie. Pomyślałam o wszystkich tych księżach, którzy tak wiele tracą, gdy z lęku nie wchodzą w normalne relacje z kobietami, bo wiedzą, że ludzie będą patrzeć na nich jak na zdrajców. Być może hejt na zmarłego księdza przyleciał od strony ludzi, którzy kompletnie go nie znali i nie mają zbyt wiele wspólnego z Kościołem, ale we mnie zrodził się bunt na niektórych świeckich, którzy w Kościele są.
Czy widząc na ulicy księdza, który rozmawia z jakąś kobietą od razu stwierdzasz, że mają romans? Czy reagujesz podobnie, gdy kapłan uśmiecha się do kogoś, macha do niego, wita się zwykłym „cześć”? Jeśli tak, skąd w tobie to przekonanie i co o tobie mówi? Nie oszukujmy się. To, jak oceniamy innych niekoniecznie oddaje prawdę. Ba! Często z prawdą nie ma nic wspólnego, bo to tylko i aż twoje wyobrażenia, twój umysł skażony skandalami i jakimś wyobrażeniem patologii – których owszem, nie brakuje w polskim Kościele – ale wcale nie są prawdą o wszystkich.
Nigdy nie ukrywałam tego, że gdyby nie jezuici, nie byłoby mnie dziś w Kościele. Poza aspektem czysto duszpasterskim i duchowością ignacjańską - w której bardzo się odnajduję i która w najtrudniejszym życiowym momencie poskładała mnie do kupy - jest również to, że to właśnie ci zakonnicy pokazali mi, że można tworzyć normalne relacje z księżmi. Relacje, z których czerpią obie strony, w których niekoniecznie spotykamy się wyłącznie w celach duszpasterskich, ale też zwyczajnie towarzyskich. Dziś nie mam problemu z tym, żeby to czego od wielu lat doświadczam w relacji z jezuitami, przenieść na relacje w innych miejscach, np. w mojej diecezjalnej parafii. Nie wiem jak czują się przy mnie księża, których mam wokół siebie - mam nadzieję, że bezpiecznie. Jednak to, jak czują się kapłani i jakie mają intencje wobec mnie to jedna sprawa. Drugą jest to, w jaki sposób to co powinno być normalne, zdrowe i oczywiste odbierają ludzie wokół, ci siedzący codziennie w kościele.
Pamiętam jak kilka lat temu moja przyjaciółka przeżywała fakt, że jej sąsiadka rozsiewała plotki o moim rzekomym romansie z jednym z księży. Mnie ta sytuacja szczerze rozbawiła, księdza również. Wiedzieliśmy przecież jaka jest prawda… Nie mieliśmy nic do ukrycia. Ba! Gdyby ta kobieta podeszła bliżej, usłyszałaby pewnie, że ów ksiądz zwraca się do mnie „pani Magdaleno” i robi to tak naturalnie, że trudno mówić tu o jakiejś wykraczającej poza przyjęte normy relacji. A jednak… Ona wiedziała swoje i wiem, że nie jest to jedyna osoba w mojej parafii, która oskarża kobiety o romanse z kapłanami. Dziś patrzę na tych „podejrzliwych” ludzi z ogromnym współczuciem, myśląc o tym jak zazdrość, zawiść, własne rozwalone relacje i to kłucie, że ktoś może potrafić stworzyć normalną więź, również z księżmi, budzi w nich tak chore i patologiczne skojarzenia. Jednocześnie czuję ogromna złość na te wszystkie pomówienia i plotki, bo przez ostatni rok wielokrotnie słyszałam od rodziców dzieci komunijnych, że trzymają się daleko od Kościoła, bo słyszeli różne oszczerstwa wobec księży, w które po prostu uwierzyli. Kto weźmie odpowiedzialność za tych ludzi; za to, że boją się podejść bliżej, poprosić o spowiedź po latach albo o rozmowę? Czy ci, którzy oczerniają innych – kapłanów i ludzi, których mają wokół siebie - mają świadomość jakie konsekwencje niosą ich oceny? Może warto wziąć to sobie do serca. Na rachunek sumienia również…
Czy widząc na ulicy księdza, który rozmawia z jakąś kobietą od razu stwierdzasz, że mają romans? Czy reagujesz podobnie, gdy kapłan uśmiecha się do kogoś, macha do niego, wita się zwykłym „cześć”? Jeśli tak, skąd w tobie to przekonanie i co o tobie mówi? Nie oszukujmy się. To, jak oceniamy innych niekoniecznie oddaje prawdę. Ba! Często z prawdą nie ma nic wspólnego, bo to tylko i aż twoje wyobrażenia, twój umysł skażony skandalami i jakimś wyobrażeniem patologii – których owszem, nie brakuje w polskim Kościele – ale wcale nie są prawdą o wszystkich.
Nigdy nie ukrywałam tego, że gdyby nie jezuici, nie byłoby mnie dziś w Kościele. Poza aspektem czysto duszpasterskim i duchowością ignacjańską - w której bardzo się odnajduję i która w najtrudniejszym życiowym momencie poskładała mnie do kupy - jest również to, że to właśnie ci zakonnicy pokazali mi, że można tworzyć normalne relacje z księżmi. Relacje, z których czerpią obie strony, w których niekoniecznie spotykamy się wyłącznie w celach duszpasterskich, ale też zwyczajnie towarzyskich. Dziś nie mam problemu z tym, żeby to czego od wielu lat doświadczam w relacji z jezuitami, przenieść na relacje w innych miejscach, np. w mojej diecezjalnej parafii. Nie wiem jak czują się przy mnie księża, których mam wokół siebie - mam nadzieję, że bezpiecznie. Jednak to, jak czują się kapłani i jakie mają intencje wobec mnie to jedna sprawa. Drugą jest to, w jaki sposób to co powinno być normalne, zdrowe i oczywiste odbierają ludzie wokół, ci siedzący codziennie w kościele.
Pamiętam jak kilka lat temu moja przyjaciółka przeżywała fakt, że jej sąsiadka rozsiewała plotki o moim rzekomym romansie z jednym z księży. Mnie ta sytuacja szczerze rozbawiła, księdza również. Wiedzieliśmy przecież jaka jest prawda… Nie mieliśmy nic do ukrycia. Ba! Gdyby ta kobieta podeszła bliżej, usłyszałaby pewnie, że ów ksiądz zwraca się do mnie „pani Magdaleno” i robi to tak naturalnie, że trudno mówić tu o jakiejś wykraczającej poza przyjęte normy relacji. A jednak… Ona wiedziała swoje i wiem, że nie jest to jedyna osoba w mojej parafii, która oskarża kobiety o romanse z kapłanami. Dziś patrzę na tych „podejrzliwych” ludzi z ogromnym współczuciem, myśląc o tym jak zazdrość, zawiść, własne rozwalone relacje i to kłucie, że ktoś może potrafić stworzyć normalną więź, również z księżmi, budzi w nich tak chore i patologiczne skojarzenia. Jednocześnie czuję ogromna złość na te wszystkie pomówienia i plotki, bo przez ostatni rok wielokrotnie słyszałam od rodziców dzieci komunijnych, że trzymają się daleko od Kościoła, bo słyszeli różne oszczerstwa wobec księży, w które po prostu uwierzyli. Kto weźmie odpowiedzialność za tych ludzi; za to, że boją się podejść bliżej, poprosić o spowiedź po latach albo o rozmowę? Czy ci, którzy oczerniają innych – kapłanów i ludzi, których mają wokół siebie - mają świadomość jakie konsekwencje niosą ich oceny? Może warto wziąć to sobie do serca. Na rachunek sumienia również…
Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Skomentuj artykuł