Świeccy nie śpią i chcą działać. Ale zbyt często zderzają się z proboszczowskim betonem

Świeccy nie śpią i chcą działać. Ale zbyt często zderzają się z proboszczowskim betonem
Fot. Remy Penet / Unsplash

Jest takie hasło, które przewija się od kilku lat w Kościele: budzenie uśpionego olbrzyma. Gdy mówią to duchowni, w pakiecie zazwyczaj jest stwierdzenie, że konieczna jest do tego pomoc – chcę to słowo podkreślić: pomoc - świeckich. Takie podejście pokazuje kilka spraw, niektóre z nich dość boleśnie, zwłaszcza w kontekście proboszczów, którzy stanowią bardzo dużą część duchowieństwa i mają na Kościół ogromny wpływ. 

Mamy na przykład specyficzne poczucie odpowiedzialności u księży, które jest naraz dobre i niedobre. Dobre z powodów oczywistych – takie mają zadanie, więc je wykonują. Niedobre w przypadkach, gdy włącza się nadodpowiedzialność połączona z niepożądanym poczuciem wyjątkowości. W prostym skrócie jest to myślenie typu: to my musimy ogarnąć wszystko, ale nas mało, więc ktoś mógłby pomóc, ale i tak my musimy o wszystkim zdecydować, żeby było jak należy.

Nie jest to specyfika Kościoła, tylko ludzkiej natury i taki niedobry rodzaj nadodpowiedzialności kojarzy mi się z matką, która bierze na siebie większość domowych spraw. Czasem, gdy się już nie wyrabia, zmęczonym głosem prosi dzieci o pomoc, ale finalnie nie jest z niej zadowolona, bo nie robią wszystkiego tak, jak ona by zrobiła. Więc chodzi i narzeka, rzucając hasłami „wszystko muszę robić sama” i „zawsze trzeba po was poprawiać”, lub co gorsza postanawia już nigdy nikogo nie prosić o zrobienie zakupów lub dekoracji na świąteczny stół. A teraz pod tę naszą biedną matkę podstawcie sobie, moi drodzy, proboszcza, księdza dyrektora albo głównego duszpasterza. Nie pasuje? Jesteście szczęściarzami na skali polskiego Kościoła.

Wróćmy na chwilę do uśpionego olbrzyma. To bardzo obrazowe określenie weszło do języka Kościoła po synodzie o nowej ewangelizacji w 2012 roku. Podkreśla ono potencjał, jaki jest w parafiach, ale łatwo zamienić tę myśl na inną: na obraz „biernych wiernych”, niedzielnych katolików, nieangażującego się laikatu, który trzeba wyrwać z rodzaju „duchowej śpiączki”. I choć gorzkie i zbyt uogólniające będzie stwierdzenie, że dopóki księży było bardzo dużo, idea włączania szerszego grona świeckich w aktywność w Kościele dryfowała sobie na odległym horyzoncie myślowym, to niestety jest w nim sporo prawdy. Teraz namaszczonych rąk do pracy jest coraz mniej i duchowni coraz bardziej otwierają się na włączanie świeckich w działania przy parafiach i duszpasterstwach. Kłopot w tym, że często robią to w trybie zmęczonej, nadodpowiedzialnej matki, a nie w poczuciu wspólnoty. A świeccy są kimś, kto ma tylko pomóc; czyli precyzyjnie wykonać zlecone czynności bez możliwości decydowania o tym, co i jak ma być zrobione.
To nie zadziała.

Nasz Kościół potrzebuje jakościowej zmiany w relacjach, z których w efekcie bierze się wspólnota, wiara i wychodzenie z Ewangelią do innych ludzi. To dość oczywiste. Widać to (chyba) z góry, z poziomu biskupów. Widać to z dołu, z poziomu świeckich. Ale wąskim gardłem, kluczowym momentem decydującym jest w tej układance najczęściej… nastawienie proboszczów. A idąc dalej – ich formacja.

Nie uprawiam churchingu, ale lubię podróże i dość często zdarza mi się być na niedzielnej mszy w parafiach w różnych miejscach Polski. Z przyczyn zawodowych obserwuję też różne odległe jednostki parafialne. Wniosek z obserwacji jest jeden, mało zaskakujący: biskup może sobie chcieć, wierni mogą sobie chcieć, ale jak proboszcz nie zechce – nic się nie wydarzy. Żaden uśpiony olbrzym się nie obudzi, a parafianie poproszeni o pomoc zrobią, co im zostało zlecone, i wrócą do szeregu, czasem tylko wkurzeni narzekaniem, że nie wykonali wszystkiego idealnie tak, jak sobie życzył proboszcz.

I gdy szukam klucza do zmiany w Kościele, by był przestrzenią relacyjną, miejscem, gdzie serio jesteśmy nie obok siebie, ale ze sobą, gdzie mamy wspólne sprawy, wspieramy się i razem podejmujemy działania – widzę ten klucz w formacji do probostwa. Relacyjnej, ludzkiej, najbardziej oczywistej formacji, zdejmującej z księdza wyidealizowaną wyjątkowość i klerykalne zdystansowanie. 

I tak, wiem, że są kursy i egzaminy proboszczowskie. A także kolejki i ciche pragnienia o tym, by już wreszcie zostać proboszczem i móc decydować (niemal) niezależnie. Że dla wielu księży funkcja szefa parafii to po prostu rodzaj ulgi, jaką odczuwa człowiek, który musiał zbyt długo mieszkać z apodyktycznymi rodzicami i wreszcie poszedł na swoje, więc może wybierać kolory ścian i porę, o której zgasi światło. Ale probostwo to też test charakteru, osobistej dojrzałości, umiejętności budowania relacji, zdolności do partnerskiej współpracy, do mądrego dzielenia się odpowiedzialnością. Tam, gdzie proboszcz ten test oblewa – nie ma mowy o dobrych relacjach, które są podstawą do wspólnego działania. A wtedy nasz parafialny olbrzym albo wstanie i spróbuje użyć swojej siły, po czym dostanie sto uwag i zakazów, więc machnie ręką i pójdzie spać dalej, albo przeprowadzi się gdzie indziej, w przestrzenie, niekoniecznie kościelne, gdzie może wykorzystać swoje możliwości nie będąc karconym za to, że za bardzo na prawo ustawił kwiatki pod ołtarzem.

Zastanawiam się też, na ile służy nam metafora olbrzyma. Owszem, Kościół ma olbrzymi potencjał, gdy się go rozumie jako ludzką zbiorowość: indywidualnie jesteśmy wspaniale obdarowani, a gdy do tego działamy wspólnie i służymy innym swoją wyjątkowością, nasz Kościół rozkwita i Pan Bóg lubi to. Ale nasza wielkość nie bierze się z rozmiaru ani z rozmachu, tylko z małości. Jeśli jesteśmy olbrzymem, to zbudowanym z mrówek, których napędem jest łaska; i to od współpracy mrówek z łaską i ze sobą nawzajem zależy to, czy potencjał będzie na miarę olbrzyma, czy na miarę mrówki pojedynczej.

Wiele parafii budzi swój potencjał tylko na miarę tej jednej, dowodzącej, zajeżdżającej się, mającej przymus kontroli matki-mrówki, bez której wiedzy, zgody i szczegółowych wytycznych nic się nie może wydarzyć. Czasem aż żal patrzeć, jak proboszcz staje na głowie, by zrobić jak najlepiej absolutnie wszystko, co uważa za dobre, a parafianie czują się tak bardzo niezaproszeni do działania, że przyglądają się tylko z boku, pogłębiając w księdzu poczucie, że musi wszystko zrobić sam. To się nie bierze znikąd; często jest za tym jakaś trudna historia, złe doświadczenia, jakiś niezaopiekowany ból. Niezależnie od przyczyny - wpływa na całą wspólnotę. 

Jak to rozwiązać, by Kościół miał się lepiej? Widzę wielu świetnych proboszczów, którzy mogliby się podzielić swoim know-how, doświadczeniem, wiedzą, rozwiązaniami, a także mądrością i dojrzałością. Pytanie, czy mieliby z kim się dzielić, bo jest też sporo księży, którzy osiągnięcie probostwa uważają za finał ścieżki rozwoju, niezależnie od tego, jak daleko na niej wcześniej zaszli. Jak to zrobić, by ludzie, którzy nie chcą się już uczyć, nauczyli się nowego sposobu bycia w parafialnych relacjach? Nie wiem.

Wiem za to, że proboszczów jest w Polsce pewnie około 10 tysięcy. To w grupie duchownych bardzo duża część; księży diecezjalnych jest około 23 tysiące, więc proboszczowie stanowią tylko trochę mniej niż połowę. A że mają bardzo dużą decyzyjność, można powiedzieć, że ich wizja parafii kształtuje Kościół. I zanim się zacznie prosić świeckich o „pomoc”, może należałoby ukształtować część tych wizji tak, by nie były jak betonowa ściana, o którą jak o falochron rozbije się chęć działania parafian. Bo smutek i zniechęcenie bardzo zachęcają tak zwany laikat do tego, by zapaść w drzemkę i przespać nieciekawy czas, czekając na odwilż i wiosnę.   

DEON.PL POLECA



 

 

 

  

DEON.PL POLECA


 

 

 

Po drugie: że

 

Jesteśmy w kropce

 

 

 

 

 

 

 

 

Marta Łysek - dziennikarka i teolog, pisarka i blogerka. Twórczyni Maluczko - bloga ze Słowem, współautorka "Notesów duchowych", pomagających wejść w żywą relację z Ewangelią. Sporadycznie wykłada dziennikarstwo. Debiutowała w 2014 roku powieścią sensacyjną "Na uwięzi", a wśród jej książek jest też wydany w 2022 roku podlaski kryminał  "Ciało i krew". Na swoim Instagramie pomaga piszącym rozwijać warsztat. Tworzy autorski newsletter na kryzys - "Plasterki". Prywatnie żona i matka. Odpoczywa, chodząc po górach, robiąc zdjęcia i słuchając ciszy.  

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Świeccy nie śpią i chcą działać. Ale zbyt często zderzają się z proboszczowskim betonem
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.