„Każdy dobry uczynek spotka zasłużona kara”. Czy wójt z Rancza miał rację?
Życie człowieka to pasmo ciągłych wyborów. Na każdym kroku musimy podejmować konkretne decyzje. O tym, czy były słuszne, najczęściej dowiadujemy się dopiero po czasie. Przed jednym z takich dylematów stajemy regularnie: czy warto czynić dobro? „Chłodna kalkulacja” coraz częściej podpowiada, że się nie opłaca. A to prowadzi do degradacji jego znaczenia i społecznego zaniku bezinteresowności.
W potocznym języku utarło się powiedzenie, że „za darmo to nawet…”, kończone na różne sposoby – mniej lub bardziej cenzuralne. Najczęściej słyszałem wersję, że „za darmo to nawet w mordę nie można dostać”. Wypowiadamy je odruchowo, półżartem, półserio. Zwykle nie zastanawiamy się nad głębszym sensem tego typu zdań. A szkoda, ponieważ kryje się w nich coś więcej – istota mentalności, którą jako społeczeństwo sami w sobie ukształtowaliśmy.
„Żaden dobry uczynek nie pozostaje bezkarny”
Prawdopodobnie większość z nas oglądała serial Ranczo, w którym w dwie główne role – księdza Piotra Kozioła i wójta Pawła Kozioła – wcielił się Cezary Żak. Jednym z kultowych już powiedzeń tej drugiej postaci stało się zdanie: „każdy dobry uczynek spotka zasłużona kara”. Choć serialowy wójt z dobrymi uczynkami miał niewiele wspólnego, właśnie te słowa zapadły widzom w pamięć szczególnie mocno. Nie bez powodu.
Słysząc je z ust aktora, wielu odbiorców z przekonaniem by przytaknęło, a może nawet przyklasnęło. Zostało bowiem wypowiedziane na głos to, co od dawna krąży w zbiorowej świadomości. Zresztą twórcy Rancza to nie pierwsi, którzy po ten motyw sięgnęli. W języku angielskim od lat funkcjonuje cyniczne powiedzenie no good deed goes unpunished, co znaczy: „żaden dobry uczynek nie pozostaje bezkarny”. W kulturze ten sposób myślenia powracał wielokrotnie, bo rzeczywiście wielu ludzi widzi w nim własne przykre doświadczenia.
„Pierwszy milion trzeba ukraść”
Skąd bierze się takie sceptyczne lub negatywne postrzeganie czynienia dobra? Dobro ma dzisiaj – mówiąc w przenośni – bardzo słaby PR. Przekazy informacyjne zwykle skupiają się na negatywnej stronie świata. W wiadomościach telewizyjnych widzimy wojny, stacje radiowe informują o kolejnych wypadkach na drogach, a treści internetowe przypominają o aferach, skandalach i rozbitych rodzinach. Oczywiście to jasne, że nie wszystko skupia się na negatywnych stronach, ale bądźmy szczerzy – łatwiej znaleźć coś złego do pokazania czy opisania, niż szukać tego, co dobre. Nie wspominając już o różnicy w klikalności nagłówków.
Drugim źródłem sceptycyzmu są osobiste obserwacje i przykłady ludzi, którzy osiągnęli spektakularne sukcesy, kierując się zasadami trudnymi do pogodzenia z etyką. Dobra materialne są prostsze do uchwycenia niż dobro jako wartość abstrakcyjna. Nieuczciwe dążenie do bogactwa, pozycji czy sławy bywa wręcz postrzegane jako opłacalne. Mówi się przecież, że „pierwszy milion trzeba ukraść”. Być może to tylko kolejne powiedzenie rzucane półżartem, ale skoro zna je niemal każdy, coś jednak mówi o naszej zbiorowej wyobraźni. Gdzieś z tyłu głowy wielu z nas nosi przekonanie, że wielkie fortuny rzadko powstają wyłącznie dzięki uczciwej pracy, a nagrodą za nieetyczne postępowanie – a więc tę metaforyczną kradzież miliona – bywa szczęście i sukces rozumiany jako pomnożone bogactwo. A gdzie sprawiedliwość? Ludowa odpowiedź na to pytanie kryje się znowu w innym znanym porzekadle: „Bogatemu to i byk się ocieli, a biednemu zawsze wiatr w oczy”.
„Dobro wraca ze zdwojoną siłą”
Przekonanie, że dobry uczynek ściągnie na mnie negatywne konsekwencje, nie wzięło się niestety z niczego innego jak z codziennego życia. Ileż to razy człowiek chciał pomóc bliskiej osobie, przyjacielowi czy sąsiadowi, a spotkał się z pretensjami. Ile razy zdarzyło ci się powiedzieć: „chciałem dobrze, a wyszło jak zwykle”. „Chcesz pomóc, to jeszcze źle” – myślimy z irytacją. I prawdą jest, że można tak raz, drugi, trzeci, aż w końcu tracimy resztki empatii i chęci, by dla drugiego człowieka kiwnąć nawet małym palcem. To zupełnie zrozumiałe, a w niektórych przypadkach rezygnacja jest wręcz wyrazem asertywności.
Jednak problem tkwi w błędnym rozumieniu istoty bezinteresowności czynienia dobra. Dobre uczynki nie polegają na działaniu w zamian za wdzięczność odbiorców. W takim ujęciu dobro staje się usługą, a wdzięczność – walutą, za którą próbujemy je kupić. Założenie z góry, że odbiorca naszego gestu zawsze okaże nam uniżenie i wdzięczność, może prowadzić do sporego rozczarowania.
Wystarczy przypomnieć sobie zmiany w relacjach między Polakami i Ukraińcami od początku pełnoskalowej inwazji Rosji. Chociaż pojawiły się niesnaski, czy można powiedzieć z czystym sumieniem, że nie warto było pomagać uciekającym przed wojną – zalęknionym dzieciom, wystraszonym matkom, umęczonym babciom i dziadkom? Było warto! Nawet jeśli nigdy nie padłoby żadne „dziękuję” – a przecież padło – człowieczeństwo ma swoje wymagania, którym trzeba sprostać, od których nie można uciec. Bo ponad wszystkimi przysłowiami o nieopłacalności dobra istnieje jedno, które mówi: dobro zawsze zwycięża i wraca ze zdwojoną siłą – zazwyczaj wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy.
Skomentuj artykuł