Między solidarnością a niechęcią. Czy nie dajemy się zbyt łatwo skłócić z Ukrainą?
Pięć lat po wybuchu wojny w Ukrainie polskie społeczeństwo stoi wobec trudnego testu. Z jednej strony wciąż pomagamy uchodźcom i wspieramy organizacje niosące pomoc ofiarom wojny. Z drugiej – coraz częściej słychać głosy niechęci, lęku i wzajemnych oskarżeń. Jak rozmawiać o realnych problemach i interesach Polski, nie ulegając jednocześnie pokusie wykluczenia i nienawiści? To pytanie staje się dziś jednym z najważniejszych wyzwań dla naszej wspólnoty.
Wojna w Ukrainie trwa już piąty rok. Kiedy wybuchła Polacy ruszyli z gigantyczną akcją pomocy dla uciekających z ogarniętego działaniami wojennymi kraju. To pospolite ruszenie widoczne było na każdym kroku. Pomagały liczne organizacje pozarządowe, Kościoły i związki wyznaniowe, samorządy i miliony Polaków na własną rękę. Dziś pomoc na ma już wymiar zdecydowanie mniejszy, ale wciąż trwa. Pieniądze na kontach Caritas oraz innych pomagających nie biorą się z kosmosu. To w zdecydowanej większości dobrowolne wpłaty pochodzące od Polaków. To znak, że nie zapominamy o potrzebujących i wciąż czujemy potrzebę pomagania.
Z drugiej jednak strony coraz silniej przebijają się w debacie publicznej antyukraińskie fobie. W mediach społecznościowych kolportowane są grafiki zachęcające do wyrzucenia Ukraińców z Polski. Jakiś czas temu na rolniczych protestach pojawiły się antyukraińskie hasła. W internecie krążyły listy polskich firm, które kupiły na Ukrainie płody rolne, które następnie przetworzyły i sprzedają w naszych sklepach – na czym tracą rolnicy polscy. A w związku z tym należało te firmy bojkotować. W rozmowach prywatnych coraz więcej osób narzeka na roszczeniowe postawy sąsiadów ze Wschodu, na to, że wypchnęli Polaków z rynku pracy, itp. Te pogarszające się nastroje widać w sondażach. Po obu stronach granicy. Z badania CBOS wynika np. za dalszym przyjmowaniem uchodźców z Ukrainy opowiada się 69 proc. Polaków przeciwko jest 25 proc. badanych. Z kolei przeprowadzone badania na Ukrainie wskazują, że choć Polska wciąż pozostaje krajem przyjaznym dla większości Ukraińców, to jednak pozytywna ocena naszego kraju spadła z 94 proc. do 79 proc.
Teraz do tego wszystkiego dochodzi awantura polityczna. Prezydent Ukrainy zdecydował o tym, by uhonorować jedną z jednostek specjalnych, która walczy z rosyjskim okupantem, mianem „Bohaterów UPA”. W odpowiedzi polski prezydent chce mu odebrać Order Orła Białego, a prawicowi posłowie domagają się wyrzucenia z całej administracji publicznej zatrudnionych w niej Ukraińców. Wszystko to rzecz jasna przenosi się do mediów społecznościowych, które rozpalają się do czerwoności.
Wśród Polaków mamy dwie – sprzeczne ze sobą postawy. Pomocową, za którą stoi odpowiedzialność za tego gdzieś daleko, który potrzebuje pomocy oraz tego, którego do siebie przyjęliśmy. Wykluczającą, wynikającą – jak się wydaje – z ochrony naszych interesów narodowych.
Zwierzchnik Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego abp Światosław Szewczuk, który w Madrycie prezentuje książkę „Kronika świętokradczej wojny”, w rozmowie z serwisem Omnes mówi o cudzie oporu, „nowym Hołodomorze” i nadziei, która pozwala przetrwać lęk.
— Vatican News PL (@VaticanNewsPL) May 26, 2026
️https://t.co/LL0QAWqkCl pic.twitter.com/AulFSCXOrw
To, że tego typu postawy pojawią się można było przewidywać. To całkiem normalne, że w pewnym momencie pojawia się zmęczenie, irytacja, rodzą się konflikty. Jak nie dać się skłócić w tej sytuacji? Jak nie dać się podzielić? To jest wyzwanie dla nas wszystkich – dla mediów, dla polityków, dla samorządów. Bo entuzjazm opada, a pomagać jednak trzeba. Na politykę rządu czy Unii Europejskiej, która – co dziś wydaje się dziwne – w ramach działań pomocowych otworzyła rynki dla Ukrainy – na czym, co jest oczywistością, tracą rodzimi rolnicy – specjalnie wpływu nie mamy. Co nie oznacza jednak, że nie powinno to nas obchodzić. Tak samo jak powinno nas obchodzić to, że Ukraina jest buforem dla całej Europy – a w pierwszej kolejności dla Polski – przed ewentualną agresją Putnia, o której eksperci od bezpieczeństwa mówią coraz głośniej.
Trudno jest to wszystko ze sobą pogodzić. Aczkolwiek nasze postawy powinny zmuszać nas do głębokiej refleksji. Bo przecież gotowość do udzielania pomocy drugiemu człowiekowi, którą wciąż jednak w sobie mamy, kłóci się z postawami wykluczającymi. Istotny problem pojawi się wtedy, gdy te drugie zaczną przeważać nad pierwszymi. W zasadzie będzie to oznaczało odrzucenie całej Ewangelii – podstawy życia chrześcijan, za których jednak – mimo słabszych związków z Kościołem instytucjonalnym – wciąż wielu z nas się uważa. W gruncie rzeczy każdy, kto dziś uczestniczy w sianiu nienawiści, choćby jednym klikiem, lajkiem, nienawistnym komentarzem, zmienia Polskę w piekło. Bo nienawiść raz zasiana nie znika i któregoś dnia wyda straszny owoc.
Jest wyjściem z tej zagmatwanej sytuacji pozostawienie wielkiej polityki politykom i nie zamykanie się na drugiego człowieka. Zbyt wielu wciąż potrzebuje naszej pomocy, naszego wsparcia, zwyczajnego gestu solidarności i miłosierdzia.
Skomentuj artykuł